25 maja 2017

Kwiaty i karabiny / Bratysława 1809

Każda pierwsza rekonstrukcja w sezonie ma swój niepowtarzalny urok, jak każdy pierwszy dzień wiosny. Wyciąganie z pudeł halek, sukienek i dodatków, odkurzanie szpeju, pakowanie i pierwsza podróż do XIX wieku mają w sobie czar świeżości, który bardzo lubię - tak jak lubię też pierwsze naprawdę ciepłe, późno majowe i czerwcowe dni. Tym razem celem podróży była Bratysława w 1809 roku.



Rozległy park, w którym stacjonowały wojska powitał nas porywistym, nocnym wiatrem. Mimo bardzo późnej nocy trzeba było rozłożyć namioty i rozlokować w nich oddział. Lubię moment rozkładania obozu, moment, w którym jakiś park czy las właśnie staje się domem. No i lubię spać na sianie. Gdy moja pomoc przy namiotach przestała być potrzebna wypchałam swój siennik sianem i zlokalizowałam ujęcie wody, żeby następnego dnia rano nie marnować czasu na poszukiwania. Tego dnia od razu poszłam spać, zmęczona całym poprzednim tygodniem w zawrotnym, dwudziestopierwszowiecznym tempie życia (czytaj: śpię po 3 godziny na dobę, pracuję po 21 i i tak nie zdanżam).

Fotki żarcia --> wiadomo :3
Za to następnego dnia obudziła mnie wesoła krzątanina w obozie i dzwonienie misek, kubków, sztućców i innego szpeju, bo właśnie wydawano śniadanie. Założyłam peniuar, ukryłam papiloty pod turbanem (tak, nadal nie uszyłam sobie czepka, moja nienawiść do tej części garderoby skutecznie mnie powstrzymuje ;) ) i poszłam sobie pojeść, niczym żołnierz, ale szybko, bo żołnierze śpią w mundurach i rano od razu są gotowi, w przeciwieństwie do cywili. Tak więc dwa pudła leżały na siedzisku ze słomy - w jednym: proch, miarka, prawidło do patronów i specjalny papier; w drugim: papiloty, pudry i szpilki do włosów. Każdy pochylony nad swoim, wedle zainteresowań, choć w sumie też lubię skręcać ładunki, a pomoc zaprzyjaźnionych żołnierzy bywa nieoceniona, gdy trzeba coś zapiąć na plecach szpilkami ;)


Szczęśliwym trafem wymarsz w stronę miasta opóźnił się, dzięki czemu mogłam iść obok oddziału, zamiast szukać napoleońskiego wojska w całej Bratysławie. Rozświetlone, pastelowe kamieniczki sprawiały wrażenie przytulnych, trochę cukrowych, a oddziały manewrujące na placu przed ratuszem i oddające honorowe wystrzały zdawały się odlanymi z cyny, malowanymi figurkami, które dowódca układał w czworobok.

Właściwie, można by spacerować tymi uliczkami i przyglądać się miastu dalej, gdyby się nie zostawiło ciepłego spencera w obozie. Chłód przegnał mnie z powrotem do parku. Po drodze wraz z całym oddziałem zostaliśmy poczęstowani przez cukiernika lodami (lawendowe :3 ) w zamian za zdjęcie za ladą. Soldiering, this is the life!
W obozie żołnierze bynajmniej nie próżnowali - przez kilka długich godzin ćwiczyli musztrę i manewry, a ja w tym czasie siedziałam sobie z doboszami przy ognisku, popijając herbatę z mojego reko czajniczka i szyjąc coś, co dawno powinnam już mieć - reko przybornik do szycia. Tak, jak oryginały, zrobiony jest z resztek materiału pozostałego po szyciu sukni. W drodze na Bratysławę zaczęłam, a w obozie skończyłam go szyć. Wracający z manewrów żołnierze widząc to snuli już rozległe wizje szycia kamaszy, cerowania skarpet itp. skoro tak sobie cały czas szyję i tak to lubię :P


Przed obiadem wybrałam się jeszcze na spacer, by zobaczyć, jak rozległy jest obóz, no i kupić na jednym ze straganów ręcznie haftowany naszyjnik (do przerobienia na broszkę, he he). W obozie było mnóstwo znajomych, z którymi co kilka kroków ucinałam sobie pogawędkę na różne tematy i tak właściwie było aż do rozpoczęcia bitwy, która przerwała moją konwersację o krojach sukni dziewiętnastowiecznych i strojach dobrych dla markietanek.



To była bitwa! W przeciwieństwie do ogromnych batalii rozlewających się po niesamowitych przestrzeniach, gdzie widać masy wojsk przesuwające się po polu jak pionki po szachownicy, mniejsze bitwy mają tę zaletę, że widać szczegół - ogień i dym wystrzałów, sposób ładowania armaty, dowódcę, zarządzającego swoim oddziałem i wydającego komendy, poszczególne elementy rzędów końskich szarżującej kawalerii, emocje na twarzach żołnierzy piechoty, gdy ta kawaleria naciera na przed chwilą uformowany czworobok... Każda bitwa jest inna i każda piękna na swój sposób, ale w każdej najlepsze jest to, że martwi i ranni zawsze powstają z pola, by zjeść kolację.
Wieczorem zaplanowano pokaz artyleryjski - ostrzelanie Bratysławy z drugiego brzegu Dunaju. Huk wystrzałów niósł się po wodzie, wpadając echem na te pastelowe kamieniczki. Teraz tonęły w nocy i tylko błyski i iskry rozświetlały je. Most, na którym staliśmy cały drżał, a ja razem z nim, bardziej niż wystrzałów bojąc się że wpadnę w tę straszną, wartką, rzeczną toń. 



Pokaz zakończył deszcz, na który zanosiło się już od dwóch dni. Wszyscy zaczęli się rozchodzić w różne strony, niektórzy do miasta, inni do obozu. Postanowiłam wrócić w nadziei, że w jednym z większych namiotów znajdę znajomych spod Austerlitz, którzy zapraszali mnie do siebie przed pokazem. Niestety, w nocy pomyliłam drogę i trochę błądziłam w ciemnościach. W momencie, gdy znalazłam właściwą ścieżkę i pomyślałam, jak to dobrze, że wełna jest nieprzemakalna, wpadłam w wielką, czarną kałużę, a zanim zdążyłam pomyśleć, że te białe pończochy były całkiem nowe i że nie mam butów na zmianę - wpadłam w drugą kałużę i już nie było wyboru - trzeba było wracać do namiotu się przebrać. Jakież było moje zdziwienie, gdy po rozchyleniu drzwi odkryłam w środku połowę pułku! Siedzieli sobie radośnie na siennikach, nie mając pojęcia ani o kałużach ani o tym, że mam zwyczaj układać sobie przed zapadnięciem zmroku cały szpej tak, żeby potem w ciemnościach niczego nie szukać i szybko, bezproblemowo się przebrać. Trochę czasu zabrały tłumaczenia, że wcale nie chcę ich wyrzucać, ale wszystko mam z błota - i potem te roszady w deszczu między dwoma namiotami. Przed północą leżałam już na swoim posłaniu, wsłuchując się w deszcz bębniący o lniane ścianki i spływający bokiem na trawę. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że podczas snu pozbędę się poduszki, wyrzucając ją częściowo poza obręb namiotu i że ona też będzie do prania. Widocznie rekonstruktor jest trochę jak dziecko - brudny, znaczy szczęśliwy.


ENGLISH: The post tells the story of Bratislava 1809 reenactment. I spent a nice, relaxing weekend, living with friends in historic camp, sewing historic stuff, watching the battle, "shooting" the city with cannons and hiding in canvas from may rain. A pleasant beggining of the season :)

10 komentarzy:

  1. Powiesz skąd masz te cudne nożyczki? Zakochałam się.
    Świetny post <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Tigera xD Były tam w zeszłym roku :P

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Szczególnie ta w czasach napoleońskich ;)

      Usuń
  3. Ach jaka jesteś zachwycająca - co ta za wspaniałe hobby. Jestem ABSOLUTNIE zauroczona !!!!! Cudownie - ściskam - Margot :))))

    OdpowiedzUsuń
  4. Mi też się to niesamowicie podoba :D

    OdpowiedzUsuń