17 sierpnia 2016

Empirowy high life / Napoleonske hry 2016

fot. Dina Khusainova
Tym razem do XIX wieku podróżowałam sama. Po wielu godzinach w pociągach i ostatnim etapie podróży pieszo, znalazłam się wreszcie w Austerlitz z początku XIX wieku. Kwaterunek miałam w jednej z małych, uroczych kamieniczek przy głównej ulicy, prowadzącej do zamku. Jak tylko znalazłam się w moim pokoju na poddaszu i wyjrzałam przez okno (jakie to dziwne, gdy prawie nie poznaje się latem tego zimowego, grudniowego Austerlitz!), od razu poczułam się jak dwieście lat temu. Zaraz zajęłam się przygotowywaniem zestawów na następny dzień i nakręcaniem włosów na papiloty (co pokazywałam na instagramie). Sobota szykowała się bardzo intensywna: spacer po wnętrzach zamku, towarzyszenie Marii Luizie podczas jej ślubu, piknik i bal. A w międzyczasie wizyta w żołnierskim obozie celem odszukania moich znajomych z grudnia. Jeden z nich miał w nocy wartę i już pisał do mnie, żebym go odwiedziła. Nic z tego! Poszłam spać, a następnego dnia wybrałam się do zamku.

fot. Dina Khusainova

fot. Michal Gallo
Gdybym miała poświęcić wnętrzom Sławkowskiego Zamku należną im część tekstu, nie wystarczyłoby miejsca w tym poście, napiszę więc tylko, że są piękne - meble, sztukateria, malowidła na ścianach i portrety. Rekonstrukcja cywilna tam byłaby marzeniem, ale na razie cieszę się z tego, co już i tak tam jest - balu w cudownej jak sen sali balowej. To jednak miało być wieczorem, a teraz nadszedł najwyższy czas odprowadzić pannę młodą do ślubu. Oczywiście przyszła cesarzowa jechała powozem zaprzężonym w czwórkę koni, a ja, wraz ze świtą czekałam w namiocie sztabowym. To niezwykłe, ale w zeszłym roku śniło mi się, że jestem w sztabie - i sen spełnił się! Oto byłam pośród dam dworu, oficjalnie prezentowana cesarzowej, witając się z nią, no i siedziałam w namiocie sztabowym jako jedna z tych dam :)

fot. Michal Gallo
Dla przeciwwagi, w czasie przeznaczonym na piknik od razu poleciałam do obozu, by odszukać moich znajomych. Niestety, na próżno! Nigdzie nie widziałam zielonych, woltyżerskich epoletów... Trafiłam natomiast do artylerii i poczęstowana od razu mocną, aromatyczną wódką ("typowi żołnierze" :D ) trafiłam na piknik. Tam państwo Chantberry z przyjaciółmi rozłożyli koc i spędziłam z nimi miłe chwile na rozmowach i poczęstunku. Trzeba koniecznie dodać, że Hanka - czeska rekonstruktorka z okazji niedawnych urodzin pana Chantberry upiekła w prezencie wspaniały, orzechowy tort z profilem solenizanta wykrojonym z marcepanu :)

fot. Akce Acaballado
fot. Akce Acaballado
fot. Dina Khusainova

Po pikniku udało mi się wreszcie odnaleźć mojego woltyżera. Okazało się, że ich pułk pełnił honory przy Mohyla Miru i po prostu nie było ich rano. Porozmawialiśmy trochę i obiecaliśmy się spotkać po bitwie, która nieuchronnie nadciągała. Wróciłam do pokoju na poddaszu - stamtąd słyszałam tylko złowrogie odgłosy armat i wystrzałów. Gdy wyszłam na zewnątrz i dotarłam do zamku, było właściwie już po wszystkim. Widziałam ostatnie momenty szarży kawalerii oraz wojska wracające do obozu i postanowiłam poczekać niedaleko na moich woltyżerów. Owszem, wrócili, czyścili karabiny. Gdy nieśmiało podeszłam, ich dowódca zwolnił mojego znajomego (szykując dla niego przywilej nocnej warty po raz drugi he, he ) z obowiązku. Ten, choć uczerniony prochem, chętnie wziął mnie na spacer wśród bukszpanów i "antycznych" rzeźb. Wkrótce jednak nastał czas szykowania się na bal, woltyżer więc wrócił do obozu, a ja poleciałam znów do mojego pokoju. Trzeba było się przebrać i od nowa zaczesać, co z prawie rozkręconymi lokami było ledwie możliwe.

fot. Dina Khusainova

fot. Dina Khusainova

Bałam się, że spóźnię się na bal, toteż widząc kilka osób, wchodzących do pałacu bocznym wejściem, poleciałam od razu za nimi. Nikt nie protestował. Odźwierna powiedziała tylko po czesku, żebym zamknęła za sobą drzwi, jak już wejdę. Szłam schodami w półmroku za cesarzową, marszałkami i najbliższą świtą. Wraz z nimi weszłam do całkiem ciemnej sali, która po oświetleniu okazała się... nie, nie (jak myślałam) szatnią, w której mogłabym zostawić spencer, a jedną z pięknych sal z portretami, którą oglądaliśmy rano. I wtedy zrozumiałam, że nie powinno mnie tu być. Zwierzyłam się ze swoich rozterek jednemu z wysokich oficerów, ale on uspokoił mnie tylko. Cesarzowa zwróciła uwagę na niesforny busk (tak, zawsze mi się to przytrafia i nieprzywiązany do gorsetu busk wyłazi górą xD ), a przemiła i bardzo stylowa pani Stepanka zagaiła miłą rozmowę na temat rycin modowych i tak poczułam się mniej nie na miejscu, niż to w rzeczywistości było.
Główne drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka jasność, gwar i ciepło balowej sali. Muzyka zagrała głośniej i cesarzowa oraz główni goście weszli na złotą salę w pełnym blasku i glorii - a ja wśród nich! Nie wiem, czy czułam się bardziej wspaniale, czy zakłopotana, dość, że po oficjalnym wejściu wdrapałam się na podwyższenie i wraz z damami czuwałam nad cesarzową odbierającą ukłony tańczących poloneza par. Moi znajomi posyłali mi pytające, zdziwione spojrzenia, a ja z jednej strony byłam niesamowicie rozbawiona nieplanowanym figlem, z drugiej strony zastanawiałam się, jak im to opowiem - i kiedy wreszcie do nich dołączę!

fot. Dina Khusainova

fot. Dina Khusainova

W końcu cesarzowa zwolniła mnie z obowiązku damowania i pozwoliła tańczyć. Nie miałam jednak z kim! Wszystkie pary były już porozdzielane! Idąc w stronę krzeseł dla nietańczących dostrzegłam w tłumie moich woltyżerów. Przyszli na bal! Zaraz dałam im sygnał białą rękawiczką i odnaleźli mnie w tłumie. Chwilę później dławiliśmy się ze śmiechu, po moim niedawnym wybryku. Żołnierze bardzo się postarali - mieli czyste twarze i ręce, rękawiczki oraz balowe spodnie z pończochami, a i tak zebrali słowną chłostę od pana Chantberry za szable, bikorny i chlebaki. Dobrze, że nikt nie zauważył podkutych butów! W tańcu moi młodzi przyjaciele sprawdzili się doskonale - nieustraszeni w próbowaniu nowych figur, podobnie jak w bitwie nie cofali się przed niczym. Żaden kadryl nie był im groźny, dzięki czemu ja oraz kilka innych dziewcząt wytańczyłyśmy się na balu. Zanim pogaszono świece, na salę wpadł dowódca woltyżerów, mówiąc coś o rozkazie i pochodniach. Wszyscy wyszliśmy za wojskiem. Tam, przy fontannie, czekał na nas pokaz - wystrzały artylerii oraz film wyświetlany na kroplach i mgiełce z wyrzucanej przez fontannę wody. Siedząc na wilgotnej trawie, w muślinowej sukience i balowych pantofelkach, czując chłód opadający na rozgrzane tańcem ramiona, pomyślałam tylko, że tego dnia było wszystko i nie mogłoby być lepiej.

fot. Akce Acaballado

27 lipca 2016

W fotograficznym atelier


Schodziłam po stopniach w puszystej sukni, uważając na jej biel. Saletran srebra, jak mnie ostrzeżono zostawia niezmywalne plamy, których przecież nie chcę na sobie mieć. Drobinki kurzu drżały w rozświetlonym powietrzu, dzień był słoneczny i upalny. Za oknem wybujałą zielenią pysznił się ogród. Był lipiec roku 1866, bardzo podobny do wielu poprzednich lipców i wielu tych, które miały nastąpić. Tego dnia, w fotograficznym atelier mój obraz miał być zdjęty i utrwalony na kolodionowej płytce.

Fotografa jeszcze nie było, przygotowywał pierwszą płytę, na której już za chwilę miał się pojawić zapis obrazu, wizerunek mnie, wpatrzonej w obiektyw. Szklane oko aparatu, na razie przysłonięte i przyciemnione spało. Jego wnętrze wydawało się czarne i puste; niemożliwe, że w takiej próżni dzieje się zdjęcie, powstają się obrazy. Naprzeciwko - rozwinięte, malowane płótno, fotel, na którym od razu usiadłam i stelaż, podtrzymujący wątłą postać podczas pozowania. Nade mną dwie muślinowe zasłonki, regulujące dopływ światła. Poprawiam plisy na sukience, opieram się o brzeg fotelu, czekam.

Fotograf otwiera wnętrze aparatu, montuje płytę ukrytą w drewnianej kasecie - światło nie ma do niej dostępu, można otworzyć ją tylko od środka, odsłonić ją w ciemnym wnętrzu aparatu i pozwolić, by zapisała się na niej jedna chwila - prześwietlone przez obiektyw pięć sekund z lipca 1866. Wszystko jest już gotowe: ostrość ustawiona, wilgotna, szklana płyta w środku. Nie wolno się ruszać, stoję więc sztywna i zastygła, patrzę w rozstawiony aparat - przyczajony jak pająk na długich, cienkich nogach, z jednym, dużym, lśniącym okiem, jeszcze zakrytym. Gdy fotograf je odkrywa, płynie w nie prosto wiązka ciepłego, letniego światła. Wstrzymuję oddech. Nieruchoma patrzę w szklane oko, liczę sekundy. Letni wiatr porusza szarozielone trawy i blade łubiny kwitnące w ogrodzie za oknem. Złote fotony muskają moje ciało. Poruszone przez płytki oddech, wpadają w ciemną, zamkniętą skrzynkę i zostają tam. W jej środku, teraz, dzieje się zdjęcie.

- I już - fotograf zamyka obiektyw - nie ruszała się panienka, nie trzeba było nawet stelaża - wyjmuje płytę z aparatu, znów szczelnie zamkniętą i idzie do ciemni. Ja za nim. Ściskam sprężystą krynolinę, podnoszę puszyste halki. W środku jest ciemno i parno. Absyntowy, powietrzny zapach eteru unosi się wokół. Wdycham go. Fotograf otwiera drewnianą szkatułkę, a w środku - szklana płytka, wymiary 31x25, pokryta szarawą mazią. W niej jestem. W niej zapisana śpię. Patrzę, jak fotograf zdejmuje z półki fiolkę z przyciemnianego szkła i leje na nią płyn. Ostrożnie, by wywołać mnie z kolodionu, wywabić z ciemności do światła. Powoli wyjawiają się kształty, bardzo nieufne, jeden po drugim wychodzą z szarawej masy. Oto negatyw, mogę zobaczyć, jak wygląda. Wydaje się niewyraźny, gdy płyta powoli zanurza się w toni i kolejne fale cyjanku potasu zabierają jej obraz. Rozpływam się, znikam. Przypływy i odpływy, jak morze, regulowane światłem księżyca, na chwilę znów wywabiają mnie z ciemności. Wynurzam się i łapię oddech. Z każdym z nich linie zdają się wyraźniejsze, mocniejsze. Fotony fruną do światła-matki jak ćmy do żarówki.

Woń eteru rozwiewa się i oto jest - zdjęcie. Gdy się go teraz dotknie, wszystko zniknie. Można je zmyć lub zostawić, można je rozmazać palcem. Wszystko w rękach fotografa. Przyglądam się obrazowi, przyglądam się sobie w nim. Tak, to na pewno ja: wpatrzona w aparat badawczo i nieufnie twarz, nieco zmrużone, kose oczy. Ja -  zastygła w kolodionowej masie, spoglądam w obiektyw, a złote światło pada z lewej. Druga strona ginie w cieniu, na zdjęciu pożera ją ciemność.

Fotograf polewa zdjęcie werniksem. Szelak pachnie jak sosnowe perfumy, pachnie jak bezkresny las. Zapach zalewa mnie i zawraca w głowie; przepływa przez obraz i ścieka gęstą smużką do fiolki. Zdjęcie oparte o ścianę schnie. Jedno z sześciu tego popołudnia. Jedna z sześciu zdjętych kolejno warstw światła, jedna z sześciu chwil chwyconych tego lipca w kolodionową siatkę jak pachnące lasem, przyszpilone ćmy. Potrzebują czasu, czas utrwala czas, światło wywabia światło. Chwycone w szkło sekundy czekają na swoją wieczność.

                                                                           ***
Reszta zdjęć wykonanych techniką mokrego kolodionu przez Marcina Szwaczko (Retro Atelier)







11 lipca 2016

Deltuva 1812

fot. vilkmerge.lt
O tym, że bardzo, bardzo chcę jechać na Deltuvę wiedziałam już po zimowych Rumszyszkach. Napoleońskie reko roku 1812 w dziewiętnastowiecznej scenerii Litwy, w dodatku latem, kiedy można rozbić obóz na zewnątrz i siedzieć do późna w noc przy ogniu - to brzmi po prostu idealnie!
 
♡♡♡

Może i podróż była bardzo długa, ale jak tylko dotarliśmy na miejsce i zobaczyłam ten piękny obóz, wprost nie mogłam się doczekać momentu, w którym będę już całkiem dziewiętnastowieczna i pospieszałam żołnierzy 9 pułku, starając się nie szkodzić, a nawet pomagać w rozkładaniu namiotów. Niedługo później nasz fragment obozu był już gotowy. Miejsce okazało się idealne - obok namiotu 7 pułku, zamkniętej na razie piwniczki i ogromnej, cienistej lipy, pod którą prawie od razu ułożyli się zmęczeni podróżą żołdacy. Ja natomiast wreszcie miałam szansę być w obozie od samego początku, a co za tym idzie zarządzić prawdziwie babski porządek w naszym namiocie. Żadnego walającego się wszędzie szpeju i elementów umundurowania, pustych butelek po trunkach, resztek jedzenia i robaków z siana (choć przyznam, że sianko ładne wybrali żołnierze :3 ) - nic z tych rzeczy! W namiocie panował porządek piękny jak z jakiejś ryciny, a ja mogłam zająć się czesaniem...
W akcji znów sprawdził się mój neseser, choć w ogromnym upale i tylu warstwach ubrań wszystko szło naprawdę mozolnie - tak wolno, że nawet śpiący pod lipą żołnierz po chwili przyglądania się przyznał, że oni to jednak mają łatwiej z mundurami ;) 

fragment naszego obozu
fot. Ukmerges Tvic
fot. Gimtoji Zeme
fot. Gimtoji Zeme
Ponieważ przyjechaliśmy dość wcześnie, zdążyliśmy nawet na śniadanie, które stanowiła przepyszna jajecznica z mięsem i warzywami. Było tak gorąco, że aby ugasić pragnienie, piłam wino rozcieńczone z wodą, przez przypadek stosując metodę sprzed 200 lat :D
Nadszedł w końcu czas powitania francuskiego oddziału i przemarszu wojsk. Ja zostałam w obozie, mając czas na rozejrzenie się po okolicy. Oprócz stodoły z odkrytą niedawno piwniczką, w której po bitwie rozlewano trunki, kościoła nieopodal i kilku dorodnych lip na terenie obozu znajdował się również staw, a za nim - kopiec. W tym miejscu miała się odbyć bitwa, do której po obiedzie (Litwini są bardzo gościnni i sowicie częstowali jadłem :3 ) zaczęliśmy się szykować. Trzeba było przygotować broń i ładunki (na mojej misce są jeszcze nawet niewielkie ślady prochu ;) ), a potem przemaszerować na pole bitwy. Tym razem dowódca zalecił, bym trzymała się z boku i tak też zrobiłam. Siedziałam w cieniu drzew i obserwowałam bitwę, tym razem bardzo obfitą w wystrzały (było chyba z sześć armat!) i wybuchy (dwie szopy poszły z dymem), a po bitwie dałam moim żołnierzom wodę, żałując, że nie mam na nią takiego dużego dzbana (kolejna rzecz na liście reko sprawunków ;) ). Jeden z żołnierzy pozwolił mi również trochę postrzelać do jeziora, zanim wróciliśmy do obozu.

Witanie francuskich wojsk / fot. vilkmerge.lt
fot. Gimtoji Zeme
fot. Gimtoji Zeme
fot. Gimtoji Zeme
fot. Gimtoji Zeme
Otworzono wspomnianą piwniczkę i zaczęło się świętowanie - rozpalono ogniska, część żołnierzy grała i śpiewała, a część udała się za pole bitwy i za kopiec do bani (łaźni). Ja razem z nimi. Jako dwie odważne dzierlatki postanowiłyśmy wraz z Mery, że spróbujemy, choć na dobrą sprawę Mery też była tam żołnierzem. Wyobraźcie sobie małe pomieszczenie z rozgrzanymi kamieniami, na które co rusz ktoś wylewa parującą, trochę szałwiową wodę - i że leżycie w tym ukropie i dymie, a cały pułk kosmatych jak diabły żołnierzy smaga was brzozowymi gałązkami. Brzmi jak obietnica raju, co? ;) Zaraz jednak trzeba było wylać na głowę kubeł zimnej wody, a nawet kilka - i to dosłownie. A ponieważ była to całkiem dobra zabawa - od razu wrócić do łaźni. I jeszcze raz. I jeszcze.
Jak to stwierdził jeden z żołnierzy "jeszcze nigdy tak czysty na reko nie byłem", a ja przyznałam mu rację, jednocześnie ciesząc się, że mogę wreszcie wypróbować całkiem nową koszulę i mój dziewiętnastowieczny szlafroczek. Długie włosy, całkiem rozkręcone suszyły się na wolnym powietrzu, przy dymie ogniska. 

W piwniczce i pod lipą

Widzicie, jaki porządek w namiocie? :3

Nasz obóz w dzień i w nocy, widziany z kopca
 
Mimo bardzo późnej pory wieczór był długi, a noc zdawała się nie nadchodzić - Deltuva jest bardziej na północ, niż mój Śląsk i jeszcze o 23 nie było całkiem ciemno. Resztę wieczoru i nocy spędziłam przy ognisku z moimi żołnierzami i z Mery, bardzo dobrze się bawiąc. Było późno, czy raczej - wcześnie, jak wczołgałam się do namiotu i poszłam spać (na świeżo wypranym sienniku - czekał na to rok, więc uwaga jest warta wynotowania xD ). Rano obudził nas nadchodzący deszcz, trzeba więc było bardzo szybko zwinąć namioty, a potem zostało już tylko się pożegnać i ruszyć w drogę. Jaka szkoda, że Litwa jest tak daleko!

fot. Ukmerges Tvic

ENGLISH: Last week I attended Deltuvos Musis event in Lithuania. I got there with my friends from 9th Infantry Regiment and spent really amazing time! I enjoyed much the camp life as everything there (even plain houses, church and a barn) was looking 19th century. The battle was full of artillery (six canons, as far as I remember) and explosions and there was also "banya" - eastern, 19th century baths, we enjoyed much. I must also mention great hospitality of the lithuanian soldiers. It was all amazing, I want to be there once again!

2 lipca 2016

Dziewiętnastowieczny chłodnik


Jakie jedzenie jest dobre na upały? Zimne! A w XIX wieku? Okazuje się, że też :) 
Podczas upałów ówcześni nie tylko nosili lżejsze ubrania i chronili się przed skwarem na wsi lub w starych posiadłościach o grubych murach. Często jedli też lżejsze potrawy, korzystając z sezonowo dostępnych roślin. Czerwiec jest miesiącem, w którym wszystko rośnie, jest zielone i świeże, w dodatku jest ciepło, jest to więc najlepszy czas na chłodnik!


Przepis, z którego korzystałam pochodzi z książki "Skrzętna gospodyni czyli Tom drugi kucharki oszczędnej" autorstwa Jana Szytlera wydanej w 1846 roku. Właściwie wszystko jest w nim oczywiste, wystarczy wziąć się za gotowanie! Jedyną trudność mogą stanowić ilości i proporcje, ale tu podeszłam do tego po prostu tak, jak podchodzę do gotowania każdej zupy i brałam tyle składników, ile sama uznałam za stosowne.  

Czego użyłam:
  • mały kubek kwaśnej śmietany 18% 
  • garść posiekanego, świeżego kopru,
  • łyżeczka różowej soli,
  • pęk świeżych liści szczawiu,
  • mały kieliszek octu jabłkowego,
  • łyżeczka estragonu,
  • botwinka z dwóch buraków,
  • dwa (na porcję) plasterki chudej szynki
Jak gotowałam: Najpierw utarłam posiekany koper z solą. Potem ugotowałam (w oddzielnych garnkach) szczaw, botwinkę i ocet z estragonem (nie polecam wąchać, wypala gorzej niż zmywacz do paznokci D: ). Ugotowany szczaw zmiksowałam, dolewając octu. Dodałam koper z solą, dolałam śmietany. Już na talerzu dodałam pokrojone łodygę botwinki i szynkę.

Jak smakuje: W sumie dobre to, choć dla mnie o wiele za kwaśne. Ale ja tak już mam, że wolę słodkie (na własną zgubę!) i pikantne/słone rzeczy, a za kwaśnym smakiem raczej nie przepadam. Myślę, że jeśli jeszcze kiedyś spróbuję tego chłodniku, wymienię śmietanę na mniej kaloryczny i lżejszy jogurt. Tym z Was, którzy lubią chłodniki lub kwaśne rzeczy albo po prostu chcą spróbować XIX wieku polecam tę prostą zupkę :)


ENGLISH: The dish I cooked is a polish cold soup made of boiled leaf vegetables and cream called chłodnik (the cooler ;) ). I followed original recipe from 1846, from a J. Szytler`s book "Skrzętna gospodyni czyli Tom drugi kucharki oszczędnej".
 Ingredients:
* sour cream, one cup
* handful of chopped fresh dill
* salt, one tea spoon
* handful of fresh sorrel
* vinegar, a tiny glass
* tarragon, one tea spoon
* beet leaves of two beetroots
* two slices of lean ham

Instructions:
Pound the dill with salt. Boil in separate pots: sorrel, beet leaves and vinegar with tarragon. Strain the leaves. Blend sorrel adding gradually vinegar. Add cream and dill. Cut stalk of beet leaves into tiny slices and put in the soup. Add cut ham and it`s ready :)

How it tastes: It`s tasty but much too sour for me (as I like more sweet or spicy dishes) but apart from that it is a nice dish which can be served as a dinner on a hot day - exactly as they did it back then, in 1846 :)

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.