26 listopada 2016

Leśna wróżka na drodze do Hay / Bronte 1840s gown



Zawsze brakowało mi trochę w tego typu postach kilku słów o samej sukience, więc dzisiaj, eksperymentalnie, dopiszę to na początku :)
Dawno nie szyłam już nic z lat 1840. i wychodzi na to, że szyję je zaledwie raz na rok! :O W 2014 uszyłam kopię fioletowej sukni ze zbiorów MET, w 2015 strój jeździecki, a w tym roku jesień ponownie przywołała we mnie brontowe nastroje i uszyłam ciepłą, wełnianą suknię dzienną, którą mogłaby nosić Jane Eyre w listopadowe dni. Nie jestem tylko do końca przekonana do tej falbanki i chyba wymienię ją na zdobienie z frędzelkami - co sądzicie?


"Był to piękny dzień, spokojny, chociaż bardzo zimny; zmęczona byłam, przesiedziawszy w bibliotece całe przedpołudnie; pani Fairfax właśnie napisała list, który czekał okazji, by go zaniesiono na pocztę, więc włożyłam kapelusz i płaszcz i ofiarowałam się odnieść go do Hay"



"Grunt był stwardniały, powietrze spokojne, droga samotna. Szłam szybko, dopóki się nie rozgrzałam, a wtedy zwolniłam kroku, by nacieszyć się i zastanowić nad przyjemnością, jaką mi dawała ta chwila i widok dookoła. Była godzina trzecia; zegar kościelny wybijał ją, gdy mijałam dzwonnicę. Urok tej godziny leżał w bliskim zmierzchu, w niskich, bladych promieniach słońca. Znajdowałam się o milę od Thronfield, na ścieżce znanej latem z obfitości róż polnych, jesienią z orzechów i jeżyn, a nawet teraz posiadającej pewne kolorowe skarby w postaci głogów."


"Z miejsca, gdzie siedziałam, mogłam patrzeć na Thornfield; szare, blankami uwieńczone mury dworu były głównym przedmiotem rzucającym się w oczy w dolinie pode mną; lasy i drzewa z gniazdami wronimi wznosiły się na tle nieba na zachodzie"


"Doszedłszy do przełazu, zatrzymałam się na chwilkę, rozejrzałam dookoła i słuchałam, spodziewając się, że tętent kopyt końskich rozlegnie się znów na ścieżce, a jeździec w płaszczu, z psem nowofunlandzkim, podobnym do Gytrasha, stanie mi ponownie przed oczami"


"Pozostawszy sama, podeszłam do okna, nic jednakże stamtąd nie mogłam zobaczyć: zmrok i płatki  śniegu przesłaniały wszystko, nawet krzaki na trawniku. Spuściłam storę i wróciłam do kominka. Żarzące się węgle układały się w obraz trochę podobny do obrazu, który gdzieś widziałam (...) wtem weszła pani Fairfax (...)
- Pan Rochester byłby rad, gdyby pani ze swoją uczennicą zechciała wypić z nim herbatę dziś wieczór w salonie".


ENGLISH: I used to put quotes and photos in a posts like this but I felt as if it was incomplete in some way, so today is the first time, I decided to write few words about a gown, too. It seems I sew 1840s only once a year. That`s scary, as I really love the period. In 2014 I made a MET gown inspired, violet dress and wore it in original Bronte country, Haworth. In 2015 I made riding habit and now autumn brought me some Bronte chills again. So I decided to sew warm, woolen, grey daygown. The one, Jane Eyre could wear in cooler days during her stay in Thornfield Hall. The thing I am not sure about is that ruffle V thing. I consider riping it off and sewing there a knitted tape with tiny tassels - what do you think?
/ Photos taken by a friend in one of my beloved forests. Gown, hair and makeup made by me.


/wszystkie cytaty pochodzą z Ch. Bronte, Jane Eyre. Autobigrafia. Tł. Teresa Świderska.

10 listopada 2016

Szarlotkowa zupa na rozświetlenie listopada (przepis z 1846 r.)



Ostatnio w poście o Jenie pisałam o tym, że nasz obóz znajdował się w sadzie pełnym jabłek. Oczywiście jako wytrawna camp follower musiałam zaszabrować kilka (konkretnie 53 sztuki :P ) tych jeńskich, pysznych jabłuszek i zrobić z nich jakieś historyczne pyszności. Jedną z nich jest słodka, jabłeczna zupa według przepisu z 1846 roku. Co prawda przepis zaleca jedzenie jej z biszkoptami jabłecznymi (zrobionymi z musu jabłkowego i piany z białek), ja jednak jadłam ją z makaronem (dobra) lub ze zwykłymi biszkoptami. Smakowała jak szarlotka! Mieć szarlotkę na obiad - czy to nie wspaniałe? :)


Jan Szytler, Kucharka oszczędna, 1846 r.
  • Przepis zaleca pieczenie jabłek, przetarcie ich przez sito i połączenie z kompotem ugotowanym z pozostałych obierek i gniazd nasiennych. Próbowałam tej metody i przyznam, że takie jabłka nie różnią się niczym w smaku od zwykłego musu jabłkowego. Można więc uprościć sobie ten proces po prostu rozgotowując miąższ jabłek w garnku. Najlepsze są winne, kwaśne, ale jeśli takich nie mamy można dodać soku z cytryny. 
  • Cukru do mojej zupy nie dodawałam, bo jabłka są wystarczająco słodkie, ale śmietanka, którą użyłam była za to słodka (płynna 12% do kawy) i taką mogę polecić. Gdy robiłam tę zupę pierwszy raz z kwaśną śmietaną smakowała mi mniej.
  • Rada z dodaniem wina jest bardzo dobra, myślę, że słodkie lub półsłodkie pasowałoby idealnie!
  • Na koniec dobrze posypać zupę cynamonem.
Zupa jest gęsta, kremowa i delikatna w smaku, ale wystarczająco aromatyczna i kwaskowata, żeby nie uznać jej za mdłą. Z biszkoptami smakuje jak szarlotka, i to w dodatku w wersji light, bo jest o wiele mniej kaloryczna, niż tradycyjne ciasto. Polecam na jesienne, słodkie śniadania i obiady! :)


ENGLISH: Now, after a summer season of reenactment has ended, I can go back to my 19th century cooking routine! Today I cooked an apple soup after recipe from 1846`s polish cookbook "Kucharka oszczędna". The soup matches well with pasta but it is much better with biscuits - tastes like an apfelstrudel cake! Really! :D

The original recipe is more complicated but after I tried it for the first time, I realised I can achieve the same result in a more simple and quicker way. And so it goes:

What we need:
* juicy apples - 3 per person,
* lemon juice if the apples are not sour enough,
* sugar if the apples are not sweet enough,
* glass of sweet or semi-sweet wine (it is optional),
* sweet cream, 12% fat,
* cinnamon.

What we do:
I peeled the apples, chopped them and cooked the pieces in a very small amount of water. Then I blended them until they are smooth mouse. If the mouse isn`t sour enough, you shall add lemon juice. If it isn`t sweet enough, you add sugar. You can also pour there, while cooking, one glass of wine - original recipe says it is optional, so it`s up to you :) Then I poured some cream into the hot mousse and just mix it without boiling or heating. The recipe says you should put some cinnamon on top while serving. And that`s all!

30 października 2016

Jena 1806 / 2016


 Co prawda sezon letni już się skończył, ale od czego jest jesienne reko? Jadąc na Jenę obawiałam się nie tyle o nowy strój (który udało mi się uszyć na czas), ile raczej o pogodę. Wiadomo, jak jest zimno, deszczowo i wietrznie, spanie w namiocie jest dość wytrawną przyjemnością, a spanie w reko namiocie na słomie jako dziewiętnastowieczna panna - sportem ekstremalnym. Uwielbiam! 
Tym razem, ze względu na porę roku bardzo dobrze się wyposażyłam, ugotowałam nawet jedzenie i z takim ekwipunkiem zjawiłam się w piątek w nocy w towarzystwie żołnierzy Legii Naddunajskiej w obozie na polach pod Jeną.

fot. Jakub Wróbel
Nasz obóz w dzień i w nocy :)
Wystarczyło się trochę oddalić, by w ciemności poczuć pod trzewikami coś, co bynajmniej nie przypomina grudek ziemi. A po rozejrzeniu się dokoła, zauważeniu licznych drzew o drobnych liściach i podniesieniu z ziemi tego czegoś zrozumieć, że oto obóz znajduje się w środku sadu, a na ziemi leży mnóstwo słodkich, soczystych jabłek! Toż to wymarzona lokalizacja dla głodnych żołnierzaków! Ledwie ubrałam się w mój nowy strój (sznurowanie gorsetu w ciemnościach i zimnie - nie polecam!), zaraz znajomi zaopiekowali się mną, częstując słodkim miodem pitnym i zapraszając na spacer do sąsiedniego ogniska, przy którym również siedzieli nasi. Miłe powitania przerwał jeden z nich, który nadbiegając z ciemności oświadczył, że oto przy częstowaniu tabaką pomylił cesarza w szarym płaszczu ze zwykłym żołnierzem. Zaraz uformowała się linia i żołnierze zaczęli oddawać honory i śpiewać. Napoleon wstał, by przywitać się z oddziałem. Również i mnie nie ominął uścisk, a właściwie pocałunek dłoni, czym byłam podekscytowana cały wieczór!
Zanim położyłam się spać, czekały mnie jeszcze improwizowane tańce z żołnierzami w obozowej kantynie. Było tam tłoczno i gwarno, jak w ulu, co rusz witał się ze mną jakiś znajomy spod Waterloo, Austerlitz lub Heilsbergu - bardzo miło było ich wszystkich tu spotkać! Kufle dźwięczały, grajkowie grali żywo i trzeba było uważać, by nie powpadać na siebie w tym szalonym tańcu!

Loczków brak, szmizetka rozwiana - tak się wygląda po tańcowaniu w kantynie xD

Dopiero około drugiej wczołgałam się do namiotu i zasnęłam, ciesząc się z ciepłej (jak na październik) nocy, ale nie pospałam długo - o 7 rano ciszę przerwał sygnał z trąbki, na który odpowiedziałam tylko, że nie ma takiej możliwości i chyba ktoś tu sobie żartuje, po czym owinęłam się szczelniej i znów zamknęłam oczy. Ale nie dało się już spać, gwar narastał, a mnie czekało historyczne ubieranie, które trwa ze cztery razy dłużej, niż współczesne. Założyłam więc mój peniuar i poszłam na drugi koniec obozu, by umyć się tam w lodowatej wodzie i obudzić. Gdy wróciłam do namiotu, nie byłam jeszcze ani ubrana, ani uczesana, a jeden z żołnierzy pomagał mi właśnie sznurować gorset (to urocze, gdy są tacy pomocni!), gdy dowódca wrzasnął: "Za 15 minut!" - "Za 15 minut - co?" zapytałam. "No, wymarsz", odparł żołnierz, wprawiając mnie w niemałe osłupienie, bo wieczorem wszyscy mówili, że będzie to godzinę później. Nie było wyboru, musiałam zrezygnować z wymarszu wraz z wojskiem, obiecując, że odszukam ich, jak tylko będę gotowa. Z resztą, miałam na to cały dzień, bo bitwa miała odbyć się dopiero po południu. Z tą myślą zasiadłam leniwie do nesesera, który spełnił swoje zadanie kolejny raz. (Wiem, że jestem Wam winna post o tym, jak go zrobiłam i w ogóle, jak działa i obiecuję to nadrobić, jak tylko znajdę czas. Zdjęcia już mam :3 ), spokojnie się ubrałam, pomalowałam i uczesałam. Huzarzy za moimi plecami również korzystali z lustra, a jeden ze znajomych żołnierzy zdążył przy nim nawet ułożyć swoje wąsy ;)
 
Marta przed...
...i Marta po xD

Po wymarszu w obozie było cicho, żar dogasał w ognisku, postanowiłam więc skorzystać z zostawionego tam imbryka i ugotować sobie śniadanie. Była kawa i owsianka z jabłkami, których nazrywałam sobie z drzewa, a jedno piękne, czerwone dostałam od przechodzącego obok oddziału. Po śniadaniu dostrzegłam jeszcze jakichś żołnierzy na drugim końcu obozu i postanowiłam do nich dołączyć. Opuszczając nasze miejsce przez chwilę walczyłam z myślami, czy na pewno zasznurowałam namiot i zgasiłam ognisko ;)

Moje śniadanie i ja aka ludzie, którzy jedzą xD


Na miejscu okazało się, że pozostali żołnierze, to moi znajomi z Czech! Bardzo ucieszyłam się na ich widok, z resztą nie tylko ich - okazało się, że chyba większość żołnierzy wyruszała z obozu dopiero teraz! Wysłuchaliśmy krótkiej mowy Napoleona i wyruszyliśmy w stronę sąsiednich pól, depcząc po strasznym błocie. Po drodze zdążyłam jeszcze pozdrowić moich znajomych Prusaków, z którymi niestety nie miałam już później okazji się spotkać.
Pole bitwy było dość mocno oddalone od obozu, ale pogoda okazała się łaskawa, więc droga nie była uciążliwa. Na miejscu szybko odnalazłam moich żołnierzy z pułku, którzy, jak się okazało, musieli stać tę godzinę w polu! Pomyślałam tylko, że dobrze zrobiłam, zostając rano w obozie i odwlekając mój wymarsz :)

fot. Judith Heidelbergensis
fot. Jakub Wróbel
Głodne wojsko zostało nakarmione bratwurstem i piwem, a ponieważ jeden z żołnierzy dobrowolnie (!) oddał mi swój karnet, ja również się posiliłam. Choć wojska były już gotowe, godzina bitwy stale się przeciągała. Spacerując w tym czasie po polach, zdążyłam odnaleźć zupełnie przypadkiem moje znajome z Waterloo i wraz z nimi najpierw czekałyśmy na bitwę, a potem dzieliłyśmy się wrażeniami z obserwowanej ze wzgórza batalii. Wystrzałów było sporo, trzy razy kursowała karetka i raz na pole bitwy wpadła spłoszona sarna, by zniknąć w lesie nieopodal. Nas oczywiście najbardziej interesowały mundury. Porównywałyśmy przystojnych kawalerzystów, podziwiałyśmy jak równo maszeruje piechota w linii i jak jeden z oddziałów pięknie przy tym śpiewał oraz szukałyśmy wzrokiem prusaków ukrytych za małym zagajnikiem w dolinie. Tak minęła nam cała bitwa. Moje znajome nie nocowały w obozie, więc pożegnałam się z nimi, jak tylko zauważyłam, że wojsko oddala się w całkiem innym kierunku i dzieli mnie od niego ogromna połać pola. 
 
Szybko nadgoniłam dystans i raz-dwa znalazłam się w obozie. Tam trwała już radosna krzątanina. Otworzono kantynę i kramy, do których koniecznie chciałam iść, by zrobić konieczne sprawunki. Potrzebowałam własnego imbryka i choć subiekci oferowali mnóstwo innych wspaniałych przedmiotów, skusiłam się jeszcze tylko na strusie i pawie pióra. Wracając ze sprawunkami, skręciłam w inną dróżkę między namiotami i znalazłam się blisko sztabu - na tyle blisko, by rozpoznać moje znajome, do których dołączyłam. Chwilę później natknęłyśmy się na samego cesarza, który obdarzył nas miłą pogawędką.
Rozmowy przeciągnęły się, zapadł zmierzch, rozpalono znów ogniska. Resztę nocy spędziłam wśród nowych i starych znajomych, rozmawiając przy ogniu i winie. Nad nami rozpościerała się noc.


ENGLISH: The Jena battle reenactment was an amazing opportunity to meet with lots of friends and to have a really nice time with them by the fireplace and during the battle. The best moments, I can remember are: when I realised, I met almost all of my napoleonic era friends in one place; when I cooked myself a porridge by the fireplace after my regiment already left for battle; when one of my soldier-friends used my necessaire to wax his moustache; a conversation with Napoleon; an evening dances in the tavern full of soldiers; a taste of red wine by the fireplace and apples picked straight from the trees; a shopping in a historical stall; battle observation with friends; a night time in the bivouac and many, many more. It was really amazing! I am always so happy to attend napoleonic reenactments, it makes me full of life and, as one of my friends noticed, there are special sparks in my eyes when I am with them, between white tents, by the warm fireplace.

13 października 2016

Branicka jesień / 1810s weekend at Branice manor

fot. P. Kowalczyk
Wygląda na to, że tegoroczny sezon letni rozpoczął się i zakończył w dworku w Branicach. W kwietniu zaskoczyło mnie tam słońce i grzałam się przyjemnie w jego pierwszych w tym roku promieniach w mojej wełnianej, szarej sukni, a we wrześniu trafiłam na pierwszy zimny weekend końca lata... I choć nie mogliśmy tym razem tańczyć i piknikować na trawie przed siedemnastowiecznym lamusem, równie miło spędziliśmy czas w empirowym salonie. Były oczywiście robótki ręczne (ja szyłam moją, planowaną na lato - widać, jak to u mnie jest z czasową realizacją zadań xD białą sukienkę z początku wieku), rysowanie (rysunki pewnie pojawią się prędzej czy później na instagramie ;) ), herbata, rozmowy i piastowanie dzieci, które nic sobie nie robiły z deszczu i chmur i jak tylko znudził im się domek dla lalek, zaczęły biegać przemoczone po dworze i zbierać kasztany do swoich bonnetów.
Choć w sobotę się spóźniłam, i to grubo, nie czułam się z tego powodu stratna, bo tym razem czekał mnie jeszcze drugi dzień w dworku. Tak, wraz z państwem Chantberry nocowałam tam! Wieczorem, gdy wszyscy opuścili dwór, we trójkę kosztowaliśmy szampana z cudownych, kryształowych kieliszków i sfingowaliśmy testament pewnego jegomościa ;)
W niedzielę zaś spotkała mnie miła niespodzianka - dworek odwiedziła jedna z czytelniczek tego bloga, którą teraz serdecznie pozdrawiam! :) Poza tym zdarzyło się też coś, co zdarza się rzadko i nie ma na to reguły. Gdy pod koniec dnia wyszłam pospacerować po okolicy i owinięta szalem włóczyłam się po zmęczonym latem, tonącym w szarym, wilgotnym zmierzchu ogrodzie nagle poczułam się tak prawdziwie przeniesiona w czasie. Miałam wrażenie, że oto jestem sobie panną Martą, która na chwilę opuściła ciepły, gwarny salon; wrażenie, jakby dziewiętnastowieczność była czymś tak naturalnym jak niedzielna herbatka u babci. Niezwykłe! :)

fot. P. Kowalczyk

fot. P. Kowalczyk

fot. Mme Chantberry






fot. P. Kowalczyk

fot. Mme Chantberry
ENGLISH: The last weekend of summer was spent in Branice manor. Despite the bad, foggy and rainy weather, we were having a good time together. I managed to finish my white, summer gown bodice (finally! I shouldn`t say this but it was planned as an outfit for the past summer. Shame!!! :D ) and a drawing of 17th century quincha, I started in April. With Mr and Ms Chantberry I also spent a night in the manor - the 19th century silence there, after we blew out all the candles was amazing and scary at the same time! :D

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.