14 lutego 2017

Wiktoriańskie sposoby dbania o włosy


 Często wiele osób pyta mnie o różne fryzury historyczne, o to, jak trzymają się moje loczki i jak jestem w stanie utrzymać na co dzień tak długie włosy. Pomyślałam więc, że przyda się post zbiorczy o tym, jak dbać o włosy, używając w miarę historycznych metod. Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam :)

P R O F I L   W Ł O S Ó W

Każda pielęgnacja zależy od tego, czego wymagają nasze naturalne włosy i jakie są. Idealne do historycznych fryzur są włosy naturalnie kręcone / falowane, o naturalnym kolorze (lub zafarbowane na kolor występujący w naturze), długie i puszyste. Wtedy nie trzeba z nimi nic specjalnie robić - wystarczy ułożyć i już. Natomiast włosy słabe, cienkie, przerzedzone zamiast na siłę zapuszczać, lepiej zostawić krótkie i zainwestować w doczepiane loczki, warkocze lub nawet gotowe koki - tak będzie łatwiej i szybciej, a słabe cebulki nie będą stale obciążone.

Moje włosy są naturalnie całkiem proste, przed każdą rekonstrukcją muszę więc je kręcić na papiloty. Są też zupełnie gładkie, także nie ma szans na naturalną puszystość i objętość fryzury. Poszczęściło mi się jednak jeśli chodzi o ich anagen - dzięki długiej fazie wzrostu mogę sobie nosić historyczną długość bez doczepek (choć w sumie na rekonstrukcjach i tak są upięte i tego nie widać :P )



                                                C Z Y S Z C Z E N I E   I   P I E L Ę  G N A C J A

W XIX wieku myto włosy różnymi miksturami. W ich składzie można spotkać m. in. mydło, wywar z mydlnicy lub żółtka. Włosy myto (na dzisiejsze standardy!) rzadko, bo raz na tydzień lub dwa. Musimy jednak pamiętać, że w XIX wieku inaczej się odżywiano, wokół mniej było zanieczyszczeń i sztucznych substancji, wpływających na gospodarkę hormonalną człowieka, a co za tym idzie - przetłuszczanie się włosów. Poza tym, środki do ich pielęgnacji były na bazie olejków, więc włosy i skóra głowy były dobrze nawilżone i organizm nie miał już potrzeby produkowania większej ilości sebum.
 
Idąc tym tropem, współcześnie najwygodniej jest korzystać z delikatnych szamponów bez sls, odżywek na bazie olejków (od lat używam świetnej odżywki sprowadzanej z krajów arabskich, w której składzie są praktycznie same olejki!) i w ramach intensywniejszego odżywiania - olejowania włosów raz na jakiś czas. Olejowanie jest z resztą polecane w kilku wiktoriańskich urodowych poradnikach, a jeden z olejków do tego przeznaczonych (wzmacniający cebulki włosów i pobudzający do wzrostu) wkrótce zrekonstruuję na blogu :)
Dobrym i stosowanym ówcześnie środkiem nabłyszczającym jest też octowa płukanka, zamykająca łuski włosów i nabłyszczająca je (przepis na lawendowy ocet toaletowy też wkrótce na blogu). Aby włosy były błyszczące i nie potargane, lepiej unikać drażniących środków (jak chemiczne farby do włosów i trwała ondulacja) i wysokich temperatur (suszarki, lokówki), które bardzo niszczą strukturę włosa i przez to wpływają na jego łamliwość. W efekcie zamiast długich pukli jest szorstkie, poszarpane siano, wizyta u fryzjera i stwierdzenie, że przecież nie da się zapuścić ładnych i zdrowych włosów jak w XIX wieku ;)

W XIX wieku rozczesywano włosy grzebieniami wykonanymi z szylkretu, kości słoniowej, metalu lub drewna (a w późniejszych dekadach także ebonitu), natomiast szczotkowano je szczotkami z naturalnego włosia, najczęściej z dzika. Szczotkowanie miało rozprowadzić po włosach olejki, odżywić i wygładzić pasma. Przyznam, że to jest element wiktoriańskiej pielęgnacji, który pomijam. Współcześnie mamy spory problem z elektryzowaniem się włosów (ubrań, koców itp.) przez obecne w domach urządzenia elektroniczne. W sezonie grzewczym już w ogóle nie wyobrażam sobie nawet próby takiego wyczesywania włosów, uderzenie pioruna dałoby pewnie podobny efekt :P

Żeby nie było, że jestem historyczniejsza od dziewiętnastowiecznych, całkiem współczesnym środkiem, którego używam i polecam jest silikonowe serum (w drogeriach dostępne często pod nazwą "olejek", ale skład prawdę Wam powie ;) ), które nałożone po myciu i przed nakręcaniem loków otula włosy cieniutką warstewką i zabezpiecza je przed uszkodzeniami mechanicznymi. Natomiast akcesorium, które bardzo pomoże przy pielęgnacji długich pukli jest osławiony tangle teezer - niezniszczalna wprost szczotka, która rozczesze nawet najbardziej natapirowane i poplątane włosy bez uszkodzeń i szarpania :)

To jedyny raz, gdy nosiłam moje dwa sztuczne warkocze. Zgadniecie, które to? /fot. Mme Chantberry

C Z E S A N I E   I   U K Ł A D A N I E

Jak już wspomniałam, najpierw trzeba zakręcić włosy. Robię to najczęściej dzień wcześniej, po myciu włosów (szamponem, a jeśli nie są jeszcze do umycia, odświeżam je myjąc odżywką. Do tego nadadzą się wszystkie drogeryjne odżywki, mające wysoko w składzie behentrimonium chloride - substancję myjącą, o wiele łagodniejszą niż te dodawane zazwyczaj do szamponów) lub po zwilżeniu ich Eau de Portugal - dziewiętnastowiecznym płynem do loków (już wkrótce go poznacie!). Koniecznie trzeba odczekać, aby włosy podeschły naturalnie! Nakręcenie mokrych skutkuje wilgotnymi strąkami (które jak wyschną będą całkiem proste), a suchych - słabym i krótkotrwałym skrętem. Idealny moment na papiloty jest wtedy, gdy włosy nie są już wilgotne, ale nie są też całkiem suche, czyli suche na tyle, że mogłybyśmy wyjść od razu zimą na dwór. To chyba najlepszy opis tego szczególnego momentu. Potem jest już bez problemu - dzielę włosy na sekcje (uwzględniając przedziałek przyszłej historycznej fryzury) i nakręcam na długie paski bawełny. Może to być stare prześcieradło lub ścinki pozostałe po szyciu. W takich papilotach można spokojnie spać, bo są miękkie - nic nie wbija się w głowę i nie przeszkadza. Następnego dnia rano można też ukryć je pod fantazyjnie zawiązaną chustą / turbanem lub czapką i tak dotrwać do wieczornego czesania.

Podczas czesania nigdy nie uwalniam wszystkich loków na raz. Zawsze zaczynam od tych w tyle i ułożenia koka, a potem od upięcia pozostałych loków z przodu, po bokach twarzy. W XIX wieku do wypełnienia koka używano wypełniaczy z naturalnych włókien lub takich zrobionych z własnych włosów (tak, zbieranych ze szczotki --> opcja dla reko ultrasów xD ), natomiast współcześnie mamy w drogeriach bardzo fajne, lekkie zamienniki z włókiem sztucznych, w różnych kształtach i rozmiarach. Loki upinam szpilkami, czyli mówiąc po naszemu wsuwkami w kolorze moich naturalnych włosów. Dzięki temu nie są widoczne. Szpilki mam w trzech rodzajach: konstrukcyjne mocne i słabe - do podtrzymywania wypełniaczy i części fryzury oraz tzw. kokówki do podpinania i układania samych loków. Jeśli główna konstrukcja fryzury jest mocna, możemy na niej oprzeć podpinane kokówkami loki i warkocze. Możemy też uzupełnić fryzurę doczepkami (trzeba tylko uważać, aby dobrze trafić z kolorem!), dodać kwiaty, sznury kamieni lub pereł, pióra i inne ozdoby, zależnie od efektu, jaki chcemy osiągnąć.

W XIX wieku nie używano lakierów, pianek i innych utrwalaczy tego typu (zamiast nich stosowano tłuste pomady), wobec tego ja też z nich nie korzystam. Często możecie zobaczyć na moich zdjęciach z rekonstrukcji fryzury w początkowym lub nawet zaawansowanym stanie rozwalenia (po całym dniu biegania po polach lub kilku skocznych tańcach na balu ;) ). Myślę, że w XIX wieku było podobnie, z resztą w pisanych ówcześnie powieściach obyczajowych i pamiętnikach mamy wzmianki o tym, że panna po przyjściu ze spaceru poszła poprawić strój i włosy - wiatr pewnie zrobił swoje i trzeba było na nowo ułożyć poszczególne loczki lub nawet zaczesać się inaczej.

Tak, po rekonstrukcji często jest się martwym i śpi się cały następny dzień xD

P O   R E K O N S T R U K C J I

Po rekonstrukcji czasem trzeba od razu przygotować włosy na następny dzień. Wtedy najlepiej nie rozczesywać loków, tylko zwilżyć pukle Eau de Portugal i znów nakręcić na papiloty, podążając za skrętem z dnia poprzedniego. Oczywiście takie loki będą słabsze, możliwe też, że nie chwycą na tyle, aby ułożyć podobną fryzurę. Wtedy można spróbować upięć z warkoczy, którymi ratowały się dziewiętnastowieczne panny (bo hej, przecież one też nie kręciły tych loków codziennie, a nie wszystkie miały naturalnie kręcone włosy!). Gdy nie ma czasu lub możliwości (bo jest noc, a śpi się w namiocie), można nakręcić tylko loki przy twarzy, a resztę zostawić i rano zwinąć w mały koczek ukryty na cały dzień pod kapeluszem. Taki myk bardzo przydaje się, gdy mamy ładny kapelusz, a większą część dnia spędzimy i tak na dworze. Jeśli wieczorem będzie bal, zostają nam warkocze... lub sztuczne loczki - ja takich nie mam, bo bardzo trudno dobrać mi ich kolor pasujący do mojego naturalnego. Mam tylko dwa sztuczne warkocze i jak dotąd nosiłam je tylko raz...

Jeśli następnego dnia nie ma rekonstrukcji, najlepiej rozpuścić włosy i tak je zostawić. Bez szarpania, wyrywania, rozczesywania na siłę splątanych loków. Tych naturalnych i tak się nie rozczesuje, a włosy zakręcone na papiloty po kilku(nastu) godzinach same się rozprostują - wtedy można już bez problemu je rozczesać. Zawsze przed rozczesaniem sprawdzam, czy włosy już się rozprostowały, jeśli nie, zdarza mi się nawet iść spać w takich prostujących się lokach i rozczesać je dopiero rano.

Po wyjęciu wszystkich ciężkich ozdób, doczepek, wypełniaczy i po usunięciu wsuwek cebulki włosów obciążone tym wszystkim przez ostatnie kilka godzin potrzebują odpoczynku, dlatego lepiej też nie wiązać od razu włosów, tylko zostawić rozpuszczone. Jeśli jednak zaraz po rekonstrukcji trzeba koniecznie wyglądać jak człowiek, można zapleść z tych rozprostowujących się pukli delikatny warkocz lub upiąć prosty, luźny kok z minimalną ilością słabych wsuwek.

Po sezonie rekonstrukcyjnym włosy potrzebują odpocząć i zregenerować się. Dobrze jest wtedy częściej je olejować i pić różne ziółka (np. wywar z pokrzywy) lub drożdże, aby wzmocnić je od środka, jeść dużo natki pietruszki na wzmocnienie cebulek i wzrost nowych włosów oraz wrócić do prawidłowo zbilansowanej diety.


ENGLISH: The post reveals the secret of my 19th century coiffures and hair care which lets me have historic accurate length of the hair for the period. If any of you is interested in full translation, let me know and I will make a twin post in english :)

3 lutego 2017

Tomorrow does not exist! / the Duchy of Warsaw`s Lancers` party hard


Zmrożony śnieg trzaskał pod butami, gdy w małym, nadwiślańskim lasku szukałam przejścia do XIX wieku ukrytego za wrotami warowni. Było ciemno, a chłodna, styczniowa noc obiecywała długą zabawę w karczmie przy trunkach i trzaskającym wesoło ogniu.

The snow creaked upon my feet when I searched intensively for a gate to 19th century hidden in the woods. It was cold outside and frozen, January night was a promise of a warm and cheerful evening by the fireplace with my napoleonic era lancers friends.



Jak tylko weszłam do środka, powitały mnie liczne znajome twarze. Zdążyłam zawrzeć też kilka nowych znajomości, zanim bal oficjalnie się rozpoczął. Wkrótce wniesiono szampana i ostrygi i już, już po chwili pierwsze pary ustawiły się do poloneza... którego tańczyłam aż dwa razy, bo ułani chętnie prosili do tańca.

As I entered the fort, I saw many of my friends there. I also managed to make some new connections before the ball opened. The champagne and oysters were served and after a while polonaise started to form in the middle of the inn. I had a pleasure of dancing it twice as lancers were very eager to dance.


Po takim początku gospodarz zaprosił wszystkich do stołów, które uginały się od historycznego jadła. W świetle świec ogrzewały się i pachniały różne niezwykłe specjały: w przykrytej wazie parujący rosół z cytryną i ryżem, na srebrnych paterach sery, owoce morza, ryby i pieczona kiełbasa w towarzystwie owoców i bakalii, owoce zatopione w galarecie jak w kolorowym szkle, jagnię nadziewane kurczętami z grzybkami i knedlami ze śliwkami (serio, tak się da i jest pysznie! Nigdy nie przypuszczałam, że cięższe, mięsne dania mogą być tak dobre z owocami!). Jednocześnie ułani chętnie częstowali różnymi, przeróżnymi trunkami mocniejszymi i słabszymi i ani się obejrzałam, a dookoła mojej zastawy stał już wianuszek kieliszków z różnobarwną zawartością, na której planowałam, niczym powieściowy diuk des Esseintes, wygrywać alkoholowe symfonie.

After a dance we had a pleasure to rest a while before household brought delicious, 19th century food. The cook followed original receipts and ways of serving so we could taste many surprisingly good flavours, as: broth served with rice and lemon slices, many kinds of cheese, seafood and baked sausage with sweet fruit, delicate salad and delicacies, fresh friut inside the glossy jelly, lamb filled with chicken served with mushroom, beetroot and sweet dumplings with plums inside. During the dinner we could also try many kinds of alcohol so it wasn`t even a wink and I found myself beset by a little alco army.





Mimo ciepłej sukni z grubego aksamitu (szyłam ją ręcznie chyba ze dwa tygodnie! Biżuteria z mosiądzu i jadeitu to też moja robota ;) ) chłód szybko opadł na ramiona, podeszłam więc ogrzać się do ognia, gdzie nagle z jednego z niepozornych worków wyskoczyły... kury! Ułani znani są z fantazji, słyszałam też opowieści o przemycaniu kur pod rogatymi czapami, ale nigdy nie spodziewałabym się ich na żywo na balu! Słodkie, biegające kurki zostały wkrótce schwytane i przekazane gospodyni balu, a pułkowa kapela zabrała się żywo do grania.

Although my gown was thick enough for the weather (handsewn velvet, jade & brass jewellery is also made by me) it seemed to get chilly so I moved to the fireplace to get warm and noticed some tiny creatures jumping out of the sack. The chicken! And another one! And another! I read some original stories about the lancers hiding chickens in their shakos but didn`t even expect they bring them alive to the ball! How extraordinary! How sweet!


fot. M. Drzewiecki

Nie musiałam długo czekać. Gdy karczmę wypełniły skoczne oberki, zostałam porwana do tańca przez podoficerów i wirowałam długie minuty w blasku ognia do żywej, szybkiej muzyki. Cała karczma rozmyła się w migoczące barwy i dźwięki, gdy jak kometa niesiona tańcem przemierzałam jej przestrzeń. Utkwiłam wzrok w zmieniających się, złotych epoletach na ramionach wokół mnie i pozwoliłam tak nieść się muzyce przez noc.

Before the midnight regimental band started to play the joyous 19th century traditional music and soon all the guests found themselves dancing madly. Happy of not having a train in my gown, I had to be careful - it is so easy to loose control in the spin and fall to each other! - so I focused my eyes on those shiny, golden epaulettes changing quikly as I changed my dance partner.



Po chwili wszystko ustało, żołnierz ukłonił się i odprowadził mnie do ogniska, gdzie na ławie i skórach baranich mogłam odpocząć i upiąć uwolnione w tańcu loki. W tym samym czasie podeszło do mnie dwóch ułanów (którzy na wyścigi rezerwowali u mnie tańce) niezadowolonych, że oto tańczyłam z jednym z nich, a nie z drugim. Zażartowałam coś o pojedynku i moment później rzucono białą rękawiczkę. Ktoś przyniósł szable i pistolety, odszukano sekundantów i... już miałam iść po płaszcz, żeby przyglądać się pojedynkowi na zewnątrz, gdy nagle rozbrzmiała muzyka i znów zostałam porwana do tańca!

After first set of dances I had to take some rest by the fire to put my released curls in their previous place. Just a while after two lancers came to me arguing about amount of whirls I danced with each of them. An idea of asking for a duel seemed to be a clever joke... until they started to challenge! Someone brought them sabers and as I started searching for my pelisse to follow them outside, someone grabbed me to a dance and again an inn started to swirl insanely around.



Wzniesiono toasty za księcia Poniatowskiego i Księstwo Warszawskie, a zwycięzca pojedynku triumfalnie spalił rękawiczki w ogniu. Noc przechyliła się ku następnemu dniu, a zabawa wydawała się nie mieć końca. Młody, niedoświadczony ułan porwał gospodarzowi z kuchni granaty i wetknął mnie i mojemu rozmówcy cząstki owoców, niwecząc tym samym słodki deser na zakończenie wieczoru i narażając się gospodarzowi karczmy. Tymczasem jego pojedynkowy adwersarz, decydując się (po kilku mocniejszych trunkach) na przebycie drogi na drugą stronę stołu przez ten stół niefortunnie zahaczył ostrogą o obrus. Wolałam zasłonić oczy i tylko huk tłuczonego szkła, srebrnych tac i kandelabrów spadających na podłogę dał mi wyobrażenie o tym, co się stało. 

So we drunk toasts for prince Poniatowski and Duchy of Warsaw, the winner of the duel burnt his gloves in an act of wildness and the night started to become a day. A young lancer stole some pomegranate from the kitchen and gave parts of it to the guests, devastating the concept of a dessert. One of the duelists realising his brillant idea of walking to the opposite side of the table by walking through it hooked his spur in the cloth and (yup, that`s `tomorrow does not exist` part ;) ) I just closed my eyes hearing this incredible noise of plates, glasses, dishes and chandeliers falling apart.


fot. M. Drzewiecki
Wieczór zdecydowanie miał się ku końcowi, goście powoli zaczynali rozjeżdżać się do domów. Przemiły wachmistrz, wbrew moim nieśmiałym protestom zorganizował mi podróż do domu i tak, po 5 rano zdjęłam diadem i ułożyłam się na poduszkach, wiedząc już, że wstający właśnie dzień będzie krótki i raczej senny.

So it was over. Guests started to leave as the pale, morning hours approached. Amiable sergeant, don`t even minding my shy protests organised a transport for me and so I left this cheerful,  glistening inn just to change 19th century for the 21st and my ballgown and tiara into nightdress.


17 stycznia 2017

Mroźny odwrót spod Moskwy, 1812

fot. Loreta Baliukyniene

Zimą 1812 roku świat pokrywała gruba warstwa zimnego, mokrego śniegu. Ciężka, podobnie jak odwrót zmarnowanego wojska spod Moskwy.
Po długiej, całonocnej podróży w końcu stanęliśmy przed bramą wjazdową do małej, litewskiej wioski. Kilkanaście krytych strzechą chat, schowanych wśród malowniczych wzniesień, pokrytych szadzią lasów i zamarzniętych jezior wydawało się doskonałą kryjówką dla naszego pułku. Trochę błądziliśmy po wiejskich ścieżkach, zanim znaleźliśmy otwarty i przyjazny dom, a w nim - niezwykle gościnnych przyjaciół z Litwy.


Zajęliśmy przytulny pokój na piętrze i jak tylko zdążyłam zmienić suknię (zdecydowałam się na wełnianą szarą z białą szmizetką) i ułożyć włosy (tym razem było to mniej popularne od loczków, ale również modne w 1810. upięcie z warkoczy) zaproszono nas na dół. Tam czekał już stół zastawiony litewskimi pysznościami, które co tu ukrywać, uwielbiam! Tak cudowne chleby różniaste (najlepszy był czarny, miękki, jak ciasto, tylko mniej słodki), pyszne, dojrzewające mięsiwa i oszronione kiełbasy, sery i przede wszystkim suszona ryba tak twarda, że jak się nią uderzy o stół, to prędzej ten stół pęknie, niż z rybką coś się stanie, a do tego pachnąca trochę jeziorem, trochę morzem, trochę jakąś pradawną tajemnicą... No takie pyszności są tylko tam! Żałowałam tylko, że nie wzięłam robótki - miałabym czymś zajęte ręce i nie mogłabym cały czas podjadać.


Zanim za oknem pojawił się zmierzch, zaczęły zjeżdżać się kolejne pułki. Wkrótce w domu zaroiło się od żołnierzy. Powitaniom nie było końca. Szybko opróżniały się kolejne butelki okowity i innych trunków, pewien młody żołnierz czytał wspomnienia starego wojaka z innych kampanii i pięknie recytował strofy (w sumie to niezwykłe, jak w XIX wieku poezja jest żywa i piękna, nie to, co w naszych czasach). Z pokoju dał się jeszcze słyszeć gromki śpiew, gdy wchodziłam po schodach na piętro, by już położyć się spać. Po drodze natrafiłam jeszcze na brawurową akcję ratowania pewnego młodego żołnierza, której przez współczucie tu nie opiszę ;)

fot. Loreta Baliukyniene
Właściwie spałam lepiej i dłużej, niż w XXI wieku. Bladym świtem zerwałam się, słysząc przez uchylone okno pohukiwanie ptaków gdzieś daleko. Najwyższy czas rozwinąć loki i ubrać się zanim wojsko wstanie i dowództwo zarządzi wymarsz. Gdy zeszłam na dół na śniadanie, okazało się, że stół został posprzątany, a za ten bohaterski czyn odpowiadali znajomi żołnierze, którzy przyjechali późno w nocy, dołączyli do zabawy i właściwie prawie nie położyli się spać. Bojowy harcap jednego z nich to moje dzieło - skoro nie wzięłam robótki, zajęłam się czym innym ;) Tego poranka, przy herbacie pomagałam też robić patrony - ładunki do karabinów i właściwie tak minął mi czas do wymarszu. 

fot. Loreta Baliukyniene

Miałam na sobie 8 grubych, w większości wełnianych warstw ubrań, przez co wyglądałam i czułam się trochę jak bałwan, ale za to było mi zupełnie ciepło, gdy skradałam się krok w krok za oddziałem. Trzeba było patrolować teren i zabezpieczyć go przed ewentualną napaścią wrogich wojsk. Woltyżerowie biegali od zagrody, do zagrody, czając się na wroga i strzelając bez rozkazu, kilku z nich zostało wziętych do niewoli, ale już zbliżył się nasz oddział i linia przeciw linii ostrzeliwali się na polnej ścieżce między krytymi grubą strzechą chatami. Oddaliłam się nieco i skręciłam w stronę zamarzniętego młyna... a może to była wiejska kapliczka? Po drodze ostrożnie ominęłam przykryte śniegiem jezioro i zagrodę, w której, jak się okazało były piękne konie! Nieco dalej, w budynku stajni grzały się owce. Postanowiłam nie niepokoić gospodarza, wiedząc, że pewnie i tak wkrótce zawita tu wojsko po zaopatrzenie. 

Wróciłam do oddalającego się w stronę miasteczka oddziału. Żołnierze ścigali wycofujących się Rosjan i na rynku doszło do ostatecznego starcia. Armaty grzmiały przy wtórze karabinów. Ich głosy niosły się daleko, daleko echem wśród okolicznych wzniesień i lasów. Walka wręcz zakończyła starcie i na ulice wyszli cywile. W tłumie wyhaczyłam przyjaciela, który pozwolił mi postrzelać jeszcze ze swojego karabinu. Gdy zabrakło wrogów, inni żołnierze zajęli się rozstrzeliwaniem stojących na rynku bałwanów. 

fot. Loreta Baliukyniene
fot. Loreta Baliukyniene
BANG! / fot. Loreta Baliukyniene
Po wygranej bitwie, pewni bezpieczeństwa naszych oddziałów wróciliśmy do goszczącego nas domu. Przed gankiem, na ziemi odgarniętej ze śniegu rozpalono ogniska, a na nich warzyły się kartofle i kapusta z mięsem. Za namową żołnierza przysunęłam się do nich i poczęstowałam się. Tak posilona wróciłam znów na do miasteczka na rynek. Okazało się, że mimo niedawnej bitwy jest tam otwarty warsztat bursztynnika. Zawsze z chęcią oglądam błyskotki, tym chętniej, jeśli jeszcze mogę posłuchać o tym, jak są robione. Część była wykonana z bursztynu, a część z kości słoniowej. Moją uwagę zwrócił mały pierścionek z nanizanych maleńkich bursztynów. Wręczając mi go, rzemieślnik przyjrzał się mi dokładnie i wypowiedział dobre życzenie, które wzięłam ze sobą.

Selfiak w dziewiętnastowiecznym lustrze podczas biżu szopin... yyy sprawunków ;)
fot. Loreta Baliukyniene
 Tymczasem nad ogniskiem rozpalonym na ganku naszego domu obracał się już baran w przyprawach, pilnowany skrzętnie przez furierów. Przez okna widać było mnóstwo postaci, a na zewnątrz wciąż kręciło się kilku żołnierzy, robiąc porządki z karabinami i amunicją. Jeden z nich znów pozwolił mi postrzelać ze swojej broni. Bardzo lubię ten rodzaj rozrywki, dla panny podążającej za wojskiem strzelanie jest przydatną umiejętnością, a w czasach pokoju przydaje się oczywiście na polowaniach. Strzeliłam dwa razy, a za trzecim zdarzyło się coś niespodziewanego. Być może proch był z innego przydziału, więc mocniejszy. A może było go tym razem nieco więcej, w każdym razie podczas wystrzału karabin szarpnął do tyłu ze cztery razy mocniej niż zazwyczaj, obrócił całą moją postać w prawo, odrzucił moją prawą rękę i wylądował daleko na ziemi. Z karabinem chyba nic się nie stało, z moją ręką było trochę gorzej - bolała bardzo, no i nie mogłam nią ruszać. Oto panna Marta została ranna w epoce napoleońskiej!

fot. Loreta Baliukyniene
fot. Loreta Baliukyniene

fot. Loreta Baliukyniene
Nie było wśród nas medyka, więc musiałam radzić sobie sama. Postanowiłam, że muszę zobaczyć, co się stało. Zdjęcie obcisłych rękawów mojej szarej sukni było czymś, czego w tej chwili pragnęłam najbardziej. Z resztą, zmierzch zapadał, a i tak miałam zmienić suknię na wieczór. Wdrapałam się po schodach i weszłam do pokoju. W środku żołnierze odpoczywali, ktoś wyciągnął karty i kości, ktoś głośno żartował. Odpięłam suknię i zdjęłam jej górę z rękawami. Po zdarzeniu z karabinem nie było śladu, choć ruch ręki był nadal mocno ograniczony. Ciepło pokoju i miły gwar sprawiły, że położyłam się. Ramię ułożyłam tak, aby odczuwać je jak najmniej i miałam nadzieję, że jak się obudzę, zobaczę sporego siniaka. Siniaki są znane, poczciwe i niegroźne, czekałam więc aż się pojawi, nasłuchując wesołych rozmów z głębi pokoju. Dowódca pułku nakrył mnie ciepłym, wełnianym płaszczem i zasnęłam na chwilę.

fot. Loreta Baliukyniene
Obudziła mnie ogólna radość z powodu powrotu żołnierzy wysłanych po furaż. Co prawda nie było mojego oczekiwanego siniaka, ale ręka miała się lepiej i nieco odzyskała ruchomość. (Jeśli jesteście ciekawi, jak skończyła się ta historia, to tak, wymarzony siniak w końcu jest, a ręka prawie całkiem odzyskała ruchomość, także jutro idę na fitness i ćwiczę z ciężarami #girlpower ) Zmieniłam suknię na wieczorową. Wybrałam tę białą z trenem i aksamitnym stanikiem wieczorowym. Potem cały czas żałowałam tego wyboru, bo musiałam ciągle uważać, aby się nie ubrudziła, a tren nie został przydepnięty. Treny są ogólnie mało praktyczne, nie polecam ;) Uczesałam włosy od nowa, wpinając w nie diadem. Tak przygotowana zeszłam po schodach na dół, a tam... powitały mnie owacje! No tak, niepozorna panna Marta w wieczorowej sukni wzbudziła żywe zainteresowanie! Tym razem biesiada okazała się głośniejsza, niż ta poprzedniego dnia. Prawie niemożliwym stało się przeprowadzenie przygotowanych przez gospodarzy gier. Po jakimś czasie wycofałam się do drugiego pokoju, w którym wydawało się spokojniej. Długi, zimowy wieczór szybko zamienił się w noc i trzeba było położyć się spać. A choć Litwini są niezwykle gościnni i najchętniej nie opuszczalibyśmy wioski co najmniej przez tydzień, trzeba się było zbierać, maszerując dalej wśród śniegu, w stronę Księstwa...



ENGLISH: Soon here or I will make the whole post again in english - depends on time :)

8 stycznia 2017

Kaseta z błyskotkami / o moim neseserze

Czesanie na Deltuvie w lipcu, fot. Ukmerges Tvic
Zrobiłam go właściwie prawie rok temu, bo w lutym i post o nim jest chyba najbardziej przekładanym na później postem w historii istnienia tego bloga :D Ale za to mogę teraz przynajmniej z czystym sumieniem powiedzieć, że neseser sprawdził się w akcji, i to w różnych warunkach!
 
--> O neseserach ogólnie pisałam tutaj, także jeśli jesteście ciekawi, zapraszam do posta :)

Mój zrobiłam z drewnianego, zbijanego pudełka zamykanego na małe złote (w kolorze) zawiasy. Zdecydowałam się na barwy biało-złote właśnie ze względu na te zawiasy, no i na to, że jednak nie jestem profesjonalna, nie znam się w ogóle na inkrustowaniu i innych rzemiosłach tego typu. Biel jest w sumie uniwersalna i wybierając ją wraz ze skromnym zdobieniem, mogłam mieć pewność, że uniknę kiczu. Malowałam go w sumie kilka dni (każda warstwa musiała dobrze wyschnąć) farbami do decoupage`u i przezroczystym werniksem. Ich skład nie jest historyczny, ale to moje pierwsze takie pudełko i pierwsze malowanie w ogóle, dlatego wolałam skorzystać z gotowych farbek. 


Wnętrze mojego nesesera jest modułowe, czyli w zależności od potrzeb mogę wymieniać jego szufladki i puzderka. Wyjmowane szufladki zrobiłam (tak samo, malując drewno) dwie - jedną wąską, a drugą szerszą. Do tej wąskiej pasuje widoczna na zdjęciach, współczesna paleta cieni. Podobne rozwiązania przechowywania farbek w kostkach stosowali dziewiętnastowieczni malarze w podróżnych pulpitach (np. w tym). Z cieniami nie wygląda to źle, choć jest jeszcze do dopracowania, bo na rekonstrukcjach okazało się, że jednak poręczniejsza jest dla mnie mała, zamykana paleta, którą zazwyczaj wożę ze sobą na współczesne wyjazdy.


Pędzle do makijażu, chusteczki do poprawek i małe lusterko trzymam w etui szytym na wzór dziewiętnastowiecznych portfeli i przyborników do szycia. Na małe kosmetyki, których nie da się przełożyć do lepszych opakowań uszyłam mały mieszek. Taki sam duży mam na kosmetyki kąpielowe. To zawsze lepiej wygląda, gdy idę przez historyczny obóz z takim workiem i lnianym ręcznikiem, niż ze współczesną kosmetyczką. Na podkład do twarzy i inne przekładalne kosmetyki przygotowałam zestaw szklanych słoiczków opatrzonych przedrukiem oryginalnej etykietki z apteki w Brassac (która już nie istnieje, sprawdzałam ;) ).

Na biżuterię mam dwa małe, ośmiokątne puzderka kupione na targu staroci na Kole. Są szklane, więc dobrze widzę, co jest w środku i nie mam problemu z gubiącą się biżuterią ;) Szpilki do włosów trzymam w pudełku z oryginalnego, dziewiętnastowiecznego nesesera (kupiłam również na Kole), które pierwotnie było pudełkiem na... mydło! :D


W skład nesesera wchodzą także dwa lustra - jedno w otwierane wieko pudełka wprawił mi szklarz (przez nie cały neseser jest dość ciężki D: ), a drugie kupiłam przez internet. Jest stare, i choć nie łudzę się, że dziewiętnastowieczne, to dobrze takie udaje. W zestawie była też szczotka, ale przyszła z czyimiś siwymi włosami D: i było to takie straszne, że do dziś jej nie ruszyłam xD (co ciekawe, Bella kupiła sobie bardzo podobny zestaw i też miała tę historię z czyimiś włosami. Ble!). Aby lustro nie potłukło się w podróży uszyłam mu płaską poduszkę z kieszonką, w którą je wkładam. Poduszka położona na wierzch wszystkich pudełek i szufladek sprawia, że w podróży nic się nie przesuwa i nie obija.


Ogólnie, po kilku wyjazdach z tym pudełkiem wiem, że zrobienie go było genialnym wprost pomysłem. Nie mam problemu, żeby samodzielnie zasznurować się w gorset, bo duże lustro, nawet w namiocie, dobrze daje mi wgląd w gmatwaninę sznurków na moich plecach. Nie muszę się też kryć z robieniem makijażu i czesaniem, bo wszystko wygląda odpowiednio i jak należy - nie ma plastiku na wierzchu, ani szczególnego bałaganu. Poza tym wreszcie biżuteria i dodatki mają swoje miejsce i nie latają luzem w foliowych torebkach po walizce. Oczywiście nie jest to jego ostateczna wersja, bo wciąż mam sporo współczesnych mroków i mroczków do eliminowania, będę więc go jeszcze uzupełniać, a nowościami podzielę się oczywiście na insta ;)


ENGLISH: The post is about the necessaire box I made in February and which I have been using the whole reenacting season. It is made of wood, painted by me with white and gold varnishes. It contains two "drawers" (wooden, painted the same way), two glass jewellery boxes & hair pins box, that was original a soap box (all bought at the flea market), old hand mirror with cushion I made so it won`t crush during journey and a historical pattern pocketbook for makeup brushes. All problematic cosmetics like concealer or mascara have a place in tiny sack. For eyeshadows I organized a pallette that make them look similar to watercolor paints from 19th century paint box and for replacable cosmetics like foundation I made some tiny glass jars with reprint of original label from 19th cent. pharmacy in Brassac on top. I am glad with the result as it hepls me to get ready in the morning at the historical camp. I don`t need to hide with all the plastic stuff and I can also put my corset on my own, because the huge mirror lets me see all the rope mess in the back ;) It is not it`s final form, though. I will probably remake it, by buying some new elements etc. Whatever I do, I will show it to you on my instagram, so stay tuned! :)

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.