15 września 2016

W dziewiętnastowiecznych ogrodach sztuki

fot. Monika Kozień

Miły mój!
Ledwie przekroczyłam próg domu, ledwie zsunęłam szal z ramion, a już piszę do Ciebie. Obiecałam Ci oddać na papierze wszystkie wrażenia z dnia spędzonego w będzińskim pałacu z przyjaciółmi i tak zrobię. Żałuję, że nie mogło Cię być wśród nas! Tego dnia pałac wprost tonął w kwiatach! Przyjemnie było spotkać się z dawnymi znajomymi w jego strojnych (jak na dom bogatego pana von Kramsta przystało) lecz przytulnych wnętrzach, a po południu rozłożyć piknik w cieniu wysokich, ogrodowych drzew; tam rozmawiać, spacerować i grać w przeróżne gry na świeżym powietrzu. Niestety podczas jednej z nich ucierpiała nieco moja suknia, ta z jedwabnego muślinu z błękitną szarfą, dlatego szybko wróciłam do cienia. Wiesz, że każda z nas otrzymała ozdoby z kwiatów? Nikt do końca nie wiedział, jak rzecz przypadnie mu w niespodziance, a na mnie czekał lekki, pierzasty wachlarz, który okazał się całkiem miłym zaskoczeniem. Pod koniec dnia, w jednej z sal przygotowano koncert na harfę, którego wysłuchałam z prawdziwą przyjemnością. Gdy ciało, ciasno zasznurowane w sukni spoczywa jak kamienna rzeźba, cudownie jest uwolnić myśli, by płynęły wraz z muzyką - nikt nie wie, dokąd, oprócz Ciebie i mnie...


fot. Monika Kozień

fot. Monika Kozień

fot. Monika Kozień
fot. Monika Kozień

fot. Muzeum Zagłębia w Będzinie
fot. Monika Kozień
fot. Monika Kozień

fot. Monika Kozień

fot. Monika Kozień
fot. Monika Kozień
ENGLISH: The Garden of Arts event was set in a beautiful palace in Będzin. We spent there an entire day picnicking, playing victorian games and just chilling in the pleasant company of friends. Later in the evening there was also an amazing harp concerto, I enjoyed very much. I would like to spend more victorian days like this :)

30 sierpnia 2016

Błękitna markiza / Robe a l`Anglaise


Elżbieta Czartoryska, znana jako Izabela Lubomirska (1733-1816) nazywana błękitną markizą ze względu na kolor sukni, które nosiła. 

Harmonika szklana - popularny pod koniec XVIII wieku instrument złożony z wprawianych w wirujący ruch szklanych kloszy. Muzyk, dotykając ich wilgotnymi palcami, wprawiał je w drżenie. Dźwięki szklanej harmoniki ze względu na swój niezwykły charakter owiane były mistyczną aurą. Wierzono, że słuchanie szklanej muzyki może wywołać stany depresyjne.









Robe a l`Anglaise (lata 1780.)

Zdjęcia: B. Konowrocki

Uczesanie, makijaż, strój: Buduar Porcelany

Zdjęcia w Łazienkach Królewskich w Warszawie














17 sierpnia 2016

Empirowy high life / Napoleonske hry 2016

fot. Dina Khusainova
Tym razem do XIX wieku podróżowałam sama. Po wielu godzinach w pociągach i ostatnim etapie podróży pieszo, znalazłam się wreszcie w Austerlitz z początku XIX wieku. Kwaterunek miałam w jednej z małych, uroczych kamieniczek przy głównej ulicy, prowadzącej do zamku. Jak tylko znalazłam się w moim pokoju na poddaszu i wyjrzałam przez okno (jakie to dziwne, gdy prawie nie poznaje się latem tego zimowego, grudniowego Austerlitz!), od razu poczułam się jak dwieście lat temu. Zaraz zajęłam się przygotowywaniem zestawów na następny dzień i nakręcaniem włosów na papiloty (co pokazywałam na instagramie). Sobota szykowała się bardzo intensywna: spacer po wnętrzach zamku, towarzyszenie Marii Luizie podczas jej ślubu, piknik i bal. A w międzyczasie wizyta w żołnierskim obozie celem odszukania moich znajomych z grudnia. Jeden z nich miał w nocy wartę i już pisał do mnie, żebym go odwiedziła. Nic z tego! Poszłam spać, a następnego dnia wybrałam się do zamku.

fot. Dina Khusainova

fot. Michal Gallo
Gdybym miała poświęcić wnętrzom Sławkowskiego Zamku należną im część tekstu, nie wystarczyłoby miejsca w tym poście, napiszę więc tylko, że są piękne - meble, sztukateria, malowidła na ścianach i portrety. Rekonstrukcja cywilna tam byłaby marzeniem, ale na razie cieszę się z tego, co już i tak tam jest - balu w cudownej jak sen sali balowej. To jednak miało być wieczorem, a teraz nadszedł najwyższy czas odprowadzić pannę młodą do ślubu. Oczywiście przyszła cesarzowa jechała powozem zaprzężonym w czwórkę koni, a ja, wraz ze świtą czekałam w namiocie sztabowym. To niezwykłe, ale w zeszłym roku śniło mi się, że jestem w sztabie - i sen spełnił się! Oto byłam pośród dam dworu, oficjalnie prezentowana cesarzowej, witając się z nią, no i siedziałam w namiocie sztabowym jako jedna z tych dam :)

fot. Michal Gallo
Dla przeciwwagi, w czasie przeznaczonym na piknik od razu poleciałam do obozu, by odszukać moich znajomych. Niestety, na próżno! Nigdzie nie widziałam zielonych, woltyżerskich epoletów... Trafiłam natomiast do artylerii i poczęstowana od razu mocną, aromatyczną wódką ("typowi żołnierze" :D ) trafiłam na piknik. Tam państwo Chantberry z przyjaciółmi rozłożyli koc i spędziłam z nimi miłe chwile na rozmowach i poczęstunku. Trzeba koniecznie dodać, że Hanka - czeska rekonstruktorka z okazji niedawnych urodzin pana Chantberry upiekła w prezencie wspaniały, orzechowy tort z profilem solenizanta wykrojonym z marcepanu :)

fot. Akce Acaballado
fot. Akce Acaballado
fot. Dina Khusainova

Po pikniku udało mi się wreszcie odnaleźć mojego woltyżera. Okazało się, że ich pułk pełnił honory przy Mohyla Miru i po prostu nie było ich rano. Porozmawialiśmy trochę i obiecaliśmy się spotkać po bitwie, która nieuchronnie nadciągała. Wróciłam do pokoju na poddaszu - stamtąd słyszałam tylko złowrogie odgłosy armat i wystrzałów. Gdy wyszłam na zewnątrz i dotarłam do zamku, było właściwie już po wszystkim. Widziałam ostatnie momenty szarży kawalerii oraz wojska wracające do obozu i postanowiłam poczekać niedaleko na moich woltyżerów. Owszem, wrócili, czyścili karabiny. Gdy nieśmiało podeszłam, ich dowódca zwolnił mojego znajomego (szykując dla niego przywilej nocnej warty po raz drugi he, he ) z obowiązku. Ten, choć uczerniony prochem, chętnie wziął mnie na spacer wśród bukszpanów i "antycznych" rzeźb. Wkrótce jednak nastał czas szykowania się na bal, woltyżer więc wrócił do obozu, a ja poleciałam znów do mojego pokoju. Trzeba było się przebrać i od nowa zaczesać, co z prawie rozkręconymi lokami było ledwie możliwe.

fot. Dina Khusainova

fot. Dina Khusainova

Bałam się, że spóźnię się na bal, toteż widząc kilka osób, wchodzących do pałacu bocznym wejściem, poleciałam od razu za nimi. Nikt nie protestował. Odźwierna powiedziała tylko po czesku, żebym zamknęła za sobą drzwi, jak już wejdę. Szłam schodami w półmroku za cesarzową, marszałkami i najbliższą świtą. Wraz z nimi weszłam do całkiem ciemnej sali, która po oświetleniu okazała się... nie, nie (jak myślałam) szatnią, w której mogłabym zostawić spencer, a jedną z pięknych sal z portretami, którą oglądaliśmy rano. I wtedy zrozumiałam, że nie powinno mnie tu być. Zwierzyłam się ze swoich rozterek jednemu z wysokich oficerów, ale on uspokoił mnie tylko. Cesarzowa zwróciła uwagę na niesforny busk (tak, zawsze mi się to przytrafia i nieprzywiązany do gorsetu busk wyłazi górą xD ), a przemiła i bardzo stylowa pani Stepanka zagaiła miłą rozmowę na temat rycin modowych i tak poczułam się mniej nie na miejscu, niż to w rzeczywistości było.
Główne drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka jasność, gwar i ciepło balowej sali. Muzyka zagrała głośniej i cesarzowa oraz główni goście weszli na złotą salę w pełnym blasku i glorii - a ja wśród nich! Nie wiem, czy czułam się bardziej wspaniale, czy zakłopotana, dość, że po oficjalnym wejściu wdrapałam się na podwyższenie i wraz z damami czuwałam nad cesarzową odbierającą ukłony tańczących poloneza par. Moi znajomi posyłali mi pytające, zdziwione spojrzenia, a ja z jednej strony byłam niesamowicie rozbawiona nieplanowanym figlem, z drugiej strony zastanawiałam się, jak im to opowiem - i kiedy wreszcie do nich dołączę!

fot. Dina Khusainova

fot. Dina Khusainova

W końcu cesarzowa zwolniła mnie z obowiązku damowania i pozwoliła tańczyć. Nie miałam jednak z kim! Wszystkie pary były już porozdzielane! Idąc w stronę krzeseł dla nietańczących dostrzegłam w tłumie moich woltyżerów. Przyszli na bal! Zaraz dałam im sygnał białą rękawiczką i odnaleźli mnie w tłumie. Chwilę później dławiliśmy się ze śmiechu, po moim niedawnym wybryku. Żołnierze bardzo się postarali - mieli czyste twarze i ręce, rękawiczki oraz balowe spodnie z pończochami, a i tak zebrali słowną chłostę od pana Chantberry za szable, bikorny i chlebaki. Dobrze, że nikt nie zauważył podkutych butów! W tańcu moi młodzi przyjaciele sprawdzili się doskonale - nieustraszeni w próbowaniu nowych figur, podobnie jak w bitwie nie cofali się przed niczym. Żaden kadryl nie był im groźny, dzięki czemu ja oraz kilka innych dziewcząt wytańczyłyśmy się na balu. Zanim pogaszono świece, na salę wpadł dowódca woltyżerów, mówiąc coś o rozkazie i pochodniach. Wszyscy wyszliśmy za wojskiem. Tam, przy fontannie, czekał na nas pokaz - wystrzały artylerii oraz film wyświetlany na kroplach i mgiełce z wyrzucanej przez fontannę wody. Siedząc na wilgotnej trawie, w muślinowej sukience i balowych pantofelkach, czując chłód opadający na rozgrzane tańcem ramiona, pomyślałam tylko, że tego dnia było wszystko i nie mogłoby być lepiej.

fot. Akce Acaballado

27 lipca 2016

W fotograficznym atelier


Schodziłam po stopniach w puszystej sukni, uważając na jej biel. Saletran srebra, jak mnie ostrzeżono zostawia niezmywalne plamy, których przecież nie chcę na sobie mieć. Drobinki kurzu drżały w rozświetlonym powietrzu, dzień był słoneczny i upalny. Za oknem wybujałą zielenią pysznił się ogród. Był lipiec roku 1866, bardzo podobny do wielu poprzednich lipców i wielu tych, które miały nastąpić. Tego dnia, w fotograficznym atelier mój obraz miał być zdjęty i utrwalony na kolodionowej płytce.

Fotografa jeszcze nie było, przygotowywał pierwszą płytę, na której już za chwilę miał się pojawić zapis obrazu, wizerunek mnie, wpatrzonej w obiektyw. Szklane oko aparatu, na razie przysłonięte i przyciemnione spało. Jego wnętrze wydawało się czarne i puste; niemożliwe, że w takiej próżni dzieje się zdjęcie, powstają się obrazy. Naprzeciwko - rozwinięte, malowane płótno, fotel, na którym od razu usiadłam i stelaż, podtrzymujący wątłą postać podczas pozowania. Nade mną dwie muślinowe zasłonki, regulujące dopływ światła. Poprawiam plisy na sukience, opieram się o brzeg fotelu, czekam.

Fotograf otwiera wnętrze aparatu, montuje płytę ukrytą w drewnianej kasecie - światło nie ma do niej dostępu, można otworzyć ją tylko od środka, odsłonić ją w ciemnym wnętrzu aparatu i pozwolić, by zapisała się na niej jedna chwila - prześwietlone przez obiektyw pięć sekund z lipca 1866. Wszystko jest już gotowe: ostrość ustawiona, wilgotna, szklana płyta w środku. Nie wolno się ruszać, stoję więc sztywna i zastygła, patrzę w rozstawiony aparat - przyczajony jak pająk na długich, cienkich nogach, z jednym, dużym, lśniącym okiem, jeszcze zakrytym. Gdy fotograf je odkrywa, płynie w nie prosto wiązka ciepłego, letniego światła. Wstrzymuję oddech. Nieruchoma patrzę w szklane oko, liczę sekundy. Letni wiatr porusza szarozielone trawy i blade łubiny kwitnące w ogrodzie za oknem. Złote fotony muskają moje ciało. Poruszone przez płytki oddech, wpadają w ciemną, zamkniętą skrzynkę i zostają tam. W jej środku, teraz, dzieje się zdjęcie.

- I już - fotograf zamyka obiektyw - nie ruszała się panienka, nie trzeba było nawet stelaża - wyjmuje płytę z aparatu, znów szczelnie zamkniętą i idzie do ciemni. Ja za nim. Ściskam sprężystą krynolinę, podnoszę puszyste halki. W środku jest ciemno i parno. Absyntowy, powietrzny zapach eteru unosi się wokół. Wdycham go. Fotograf otwiera drewnianą szkatułkę, a w środku - szklana płytka, wymiary 31x25, pokryta szarawą mazią. W niej jestem. W niej zapisana śpię. Patrzę, jak fotograf zdejmuje z półki fiolkę z przyciemnianego szkła i leje na nią płyn. Ostrożnie, by wywołać mnie z kolodionu, wywabić z ciemności do światła. Powoli wyjawiają się kształty, bardzo nieufne, jeden po drugim wychodzą z szarawej masy. Oto negatyw, mogę zobaczyć, jak wygląda. Wydaje się niewyraźny, gdy płyta powoli zanurza się w toni i kolejne fale cyjanku potasu zabierają jej obraz. Rozpływam się, znikam. Przypływy i odpływy, jak morze, regulowane światłem księżyca, na chwilę znów wywabiają mnie z ciemności. Wynurzam się i łapię oddech. Z każdym z nich linie zdają się wyraźniejsze, mocniejsze. Fotony fruną do światła-matki jak ćmy do żarówki.

Woń eteru rozwiewa się i oto jest - zdjęcie. Gdy się go teraz dotknie, wszystko zniknie. Można je zmyć lub zostawić, można je rozmazać palcem. Wszystko w rękach fotografa. Przyglądam się obrazowi, przyglądam się sobie w nim. Tak, to na pewno ja: wpatrzona w aparat badawczo i nieufnie twarz, nieco zmrużone, kose oczy. Ja -  zastygła w kolodionowej masie, spoglądam w obiektyw, a złote światło pada z lewej. Druga strona ginie w cieniu, na zdjęciu pożera ją ciemność.

Fotograf polewa zdjęcie werniksem. Szelak pachnie jak sosnowe perfumy, pachnie jak bezkresny las. Zapach zalewa mnie i zawraca w głowie; przepływa przez obraz i ścieka gęstą smużką do fiolki. Zdjęcie oparte o ścianę schnie. Jedno z sześciu tego popołudnia. Jedna z sześciu zdjętych kolejno warstw światła, jedna z sześciu chwil chwyconych tego lipca w kolodionową siatkę jak pachnące lasem, przyszpilone ćmy. Potrzebują czasu, czas utrwala czas, światło wywabia światło. Chwycone w szkło sekundy czekają na swoją wieczność.

                                                                           ***
Reszta zdjęć wykonanych techniką mokrego kolodionu przez Marcina Szwaczko (Retro Atelier)







Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.