16 lipca 2017

Opuszczony klasztor, winnice i bitwa w rzece / Znojmo 2017

Morawy mają dla mnie jakiś niesamowity czar i bardzo mnie przyciągają. Uwielbiam to miejsce, jest w nim coś mistycznego, jakaś bardzo stara tajemnica zaklęta w płaskowyżu, szumiąca w rzekach i polnym wietrze. Tajemnica, która nie pyta o odpowiedzi, nie wymaga rozwiązania, tylko po prostu jest. Nie ważne, czy na zimnym, grudniowym Austerlitz, czy latem wśród nagrzanych upałem winnic i słonecznikowych pól.
Zaraz po przekroczeniu Bramy Morawskiej zza chmur wyjrzało słońce, deszcz i chłód zostały w XXI wieku w Polsce, a ja obudziłam się z podróżnego snu w zupełnie innej krainie - krainie pachnącej słońcem, dojrzewającymi winogronami i winem; gdzie pośród złotych pól, gęstych lasów i wijącej się rzeki Dyji na jednym ze wzgórz stoi malowniczy zamek. Postanowiliśmy jechać tam i zobaczyć go od środka zanim nastanie zmierzch i trzeba będzie rozstawiać obóz. Wnętrza zamku zasługują na osobny post (śledźcie instagrama, tam są zdjęcia!), napiszę tu tylko, że są bardzo bogate i że strasznie chciałabym, żeby kiedyś ktoś zrobił tam jakieś cywilne reko!

Nie tak daleko od zamku, w mieście znajduje się ogromny, opuszczony klasztor otoczony parkiem. W tym właśnie parku stacjonowały wojska napoleońskie (i tzw. Rakuszaki czyli Austriacy, uwielbiam to słowo :D ) i my również rozłożyliśmy tam swoje namioty. Właściwie od razu wyciągnęłam z torby dwa kawałki lnu i zaczęłam szyć z nich chlebak - żeby był gotowy na następny dzień na bitwę. Poszłam z szyciem tam, gdzie było słychać najwięcej znajomych głosów i tak, na szyciu i rozmowach minął wieczór. Przed wejściem do namiotu sumiennie obiecałam sobie dokończyć szycie rano, gdy znów będzie światło.

Nasz obóz / fot. Rysavy Ivo
Tymczasem rano okazało się, że namiot - nie tylko ten, w którym spałam, ale i każdy inny w obozie - jest postawiony na mrowisku! Klasztor i park to wielkie królestwo mrówek, w które wkroczyliśmy i zostaliśmy przez nie zaatakowani :D Plusy były takie, że przynajmniej mrówki były cywilizowane i nie gryzły, ale za to były dosłownie wszędzie! Gdy w końcu wygramoliłam się z namiotu, otrząsnęłam z mrówek i zrobiłam poranną toaletę, akurat nastał czas na śniadanie, porcję tabaki (która była wśród żołnierzy z 1809 wielkim hitem! Każdy ją wdychał i ja też zostałam wiele razy poczęstowana tym specyałem czyszczącym kompleksowo zatoki i mózg xD ) - i szycie chlebaka. Skończyłam go dosłownie w momencie wymarszu i od razu mogłam go przetestować ;)


Z perspektywy kilkukilometrowego marszu powiem, że jednak koszyk jest wygodniejszy, przynajmniej dla kogoś jak ja ze spadzistymi ramionami, na których nic się nigdy nie trzyma :P Po dotarciu na miejsce okazało się, że do bitwy mamy jeszcze mnóstwo czasu, dołączyłam więc do pikniku, który rozłożyła moja czeska znajoma z Austerlitz. Uwierzycie, że wraz z mężem-żołnierzem i maleńką córeczką spała w namiocie i dała sobie ze wszystkim radę? Niesamowite! Zanim zaczęła się bitwa, zdążyłam jeszcze przyjrzeć się koniom, których odgłosy słyszałam w nocy w okolicy obozu i zobaczyć dwa powozy - jeden odkryty zaprzężony w dwa czarne konie i słodkiego źrebaka i drugi, zamknięty. Jak się niedługo potem okazało, oba brały również udział w bitwie! Sama potyczka po jakimś czasie przeniosła się dalej, poza pole bitwy. Pospieszyłam w tamtą stronę - w cieniu drzew szemrała swobodnie rzeka - ta sama, nad brzegiem której wcześniej spacerowałam. Prosto w tę spokojną rzekę jak piorun runęła kawaleria, rozbijając krople wody w gorącym powietrzu. Za kawalerią - wozy, a z brzegu - piechota. Nasza dzielna piechota! Wszyscy prosto w rzekę, by w wodzie toczyć dalsze walki! Biedne Rakuszaki zostały doszczętnie pokonane, czas wracać do obozu...
fot. Rysavy Ivo

fot. Rysavy Ivo

fot. Rysavy Ivo

fot. Rysavy Ivo
Na miejscu okazało się, że wieczorem szykowana jest uczta w klasztornych podziemiach, a ja nie mam żadnej sukienki na zmianę! Poszłam więc na spacer nazbierać kwiatów do przybrania miniatury z księciem Pepim i czegoś do włosów. W końcu znalazłam rosnące przy murze tuje i krwawniki i nimi przybrałam włosy. Gdy wróciłam do obozu, okazało się, że przybył tam teatr wędrowny i wystawiają sztukę! Mimo, iż była po czesku, wiele żartów dało się zrozumieć i bawiłam się na tej sztuce całkiem nieźle!

Zakończeniem dnia była uczta, na którą mroczny klasztor otworzył swe podwoje. Stoły dla gości i te zastawione jedzeniem znajdowały się w miejscu dawnej, klasztornej winiarni. Teraz po przemowie gospodarza jej wnętrze na powrót rozbrzmiało głosami biesiadników i życiem. Mało jest win, które w ogóle mi smakują, ale te produkowane w Znojmie z winogron z lokalnych winnic to wyjątek - były przepyszne! (nawet teraz, pisząc ten post popijam sobie takie :) ) Tak, jak i wszystkie dania, które ledwie zmieściły się na moim reko talerzu i w moim reko żołądku ściśniętym gorsetem. 
fot. Rysavy Ivo
Po powrocie z uczty obóz właściwie zamarł. Następnego dnia rano szykowała się kolejna bitwa, postanowiłam więc iść w ślady żołnierzy i tak samo zaszyć się w namiocie. Akurat jak skończyłam wieczorną toaletę i przygotowanie stroju na kolejny dzień, z nieba spadł deszcz. Zasypiając słyszałam tylko jak inni krzątają się w namiotach, próbując zabezpieczyć szpej, ale mnie już wszystko było obojętne. Dobranoc ;)

Rano zauważyłam tylko, że jakiś piesek ;) zjadł wczoraj moje smakołyki z uczty, które zostawiłam na talerzu na później (bo gorset). To dobrze, dzięki temu się nie zmarnowały, a deszcz umył mój reko talerz i właściwie jako jedna z pierwszych byłam spakowana i gotowa do wymarszu. Rakuszaki uciekały lasem i tam, na polanie miała być kolejna bitwa. Po przejściu przez las zatrzymaliśmy się przy wejściu na polanę i czekaliśmy na rozkazy. Wkrótce wojska uformowały się w szyki i wymaszerowały na pole. Zanim wszyscy opuścili las, dowódca kawalerii wydał rozkaz "damy - na wóz" i dzięki temu miałam możliwość przejechania się otwartym wozem. Każdy, kto myśli, że przejażdżka takim wozem to spokojna rozrywka emerytów i rencistów, grubo się myli! Gdy wóz ruszył z impetem po polnych wybojach, podskakując na każdym kamieniu myślałam, że wszyscy zginiemy xD Tak to jest, gdy nagle przypominasz sobie, że w 1809 nie było jeszcze bhp - wóz pędzi, dookoła szczelajo, ty walczysz, by z tego wozu nie wypaść... a to tylko dwa konie i źrebak. Książę Pepi powoził tak sobie w 8 koni D:

fot. Rysavy Ivo
Jeśli miałabym podsumować Znojmo - uwielbiam rekonstrukcje w Czechach-Morawach! Słoneczne winnice i pyszne wino, bitwa w rzece, obóz przy opuszczonym klasztorze i uczta w jego podziemiach oraz dzika przejażdżka powozem, a przede wszystkim wspaniałe towarzystwo. Czy można chcieć więcej? :)

Stylówa nad rzeką vs. na ucztę w opuszczonym klasztorze. Która lepsza? ;)
ENGLISH: Znojmo-Dobsice was 1809 battle when napoleonic troobs were chasing Austrians after Wagram. This year`s reenactment was my first there and I really loved it! I love Moravia in general, as there is a special spirit for me there. Winter Austerlitz has it`s charm but summer, sunny and hot Znojmo set near Austrian border between green vineyards, slow rivers and forests, with castle Vranov nad Dyji on the hill and huge, abandoned monastery near the town - was just perfect! Our camp was set in a monastery`s park and one of the entertainments there was a wandering theater in Saturady evening. Although the play was in czech language, I could understand much and it was really funny!
There were two battles - the first one on Saturady, that finished in the water. All the soldiers - our brave, polish infantry regiments, cavalry and even carriages finished fighting in a river what was really picturesque moment! The second one took place on the field near the forest. Durig this battle I was riding a carriage! A really crazy experience, and dangerous as well when driving through a field full of potholes and stones! Saturday evening ended with an amazing feast given in the monastery`s underground. I didn`t take any dress for change so I decorated my hair and minature of prince Poniatowski with real flowers and branches. It was lovely event, I enjoyed every part of it and was happy to attend it!

29 czerwca 2017

Empirowa syrenka / strój kąpielowy (!) z lat 1810.


(English below)
Tak, wiem, że w latach 1810. na plaży królowały wozy kąpielowe, długie, powłóczyste, lniane koszule, wstyd i turbany. Wiem, że nikt nie plażował tak, jak robimy to dziś - ta moda zaczęła się dopiero w połowie XIX wieku. ALE jakiś czas temu natrafiłam na rycinę "Les Nageurs" (pływacy) ze zbioru paryskich karykatur "Le Suprême Bon Ton" z lat 1810-1815. 
Pierwsze, co na niej widzimy, to skaczący do wody mężczyźni, drugie - dwie postacie pływające w morzu... Dopiero za trzecim spojrzeniem dostrzegamy kobietę... Tak, kobietę! Musiała pływać tak, jak i inne postaci, a teraz siedzi sobie w łódce i wykręca mokry turban z wody. A co ona na sobie ma? No cóż to jest? Czy to nie wspaniały kostium pływacki z początku wieku? 

źródło / source
 
Niesamowite odkrycie! Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to karykatura, a więc rycina nie odzwierciedla rzeczywistości, jest bardziej okiem puszczonym do widza, tak jak i pozostałe z tej serii, obrazujące np. bonnety długie jak tunele i zanurzonych w nich kochanków. Nie jest to więc rzetelne źródło historyczne. Ale gdyby... gdyby jednak... No nie, to zbyt bardzo mnie korciło! Musiałam sprawdzić, czy da się to zrobić! Musiałam to uszyć! Wykrój powstał rok temu, ale nie udało mi się skończyć stroju przed końcem lata, więc przezimował w szafie i rok później, w ramach leczenia depry posthistorycznej po Florencji (post będzie, jak fotografowie opublikują wszystkie zdjęcia, cierpliwości ;) ) wykończyłam ten strój. 10 godzin jazdy pociągiem okazało się zbyt krótkim czasem na haft bargello (choć w moim, pierwszym w życiu wykonaniu, to bardziej burdello xD ) na pasku, więc wyhaftowany jest tylko do połowy, ale kto by się tam martwił paskiem, skoro całość wyszła dokładnie tak, jak chciałam!

Wykrój to mieszanka: krótkiej sznurówki, sukienki typu bib front, męskich culottes i dziecięcego kombinezonu sketeton suit. Co prawda rysowanie go i dopasowywanie części wywróciło mi mózg na lewą stronę, ale czegóż bym nie zrobiła, żeby zostać małą, empirową syrenką ;)










ENGLISH: Although I know carricatures are not historical appropriate source for sewing, I just couldn`t help to make this Le Suprême Bon Ton (Les Nageurs - the Swimmers, 1810-1815, Paris), girly (!) swimming suit! It is amazing, that 200 years ago someone drew this, almost modern, scene of swimming and dressed his characters in such, almost modern swimming suits! Maybe he was the time traveller, like me? ;) 
 Anyway, it differs much if we compare it with extra loose, long, linen shirts and bathing carriages of early 1800s. An 1810s joke? Free imagination? Or rather a capture of some extraordinary people who really might have existed then? 

I just had to make it! Had to try, if it is possible to sew and wear something like this - and I succeeded. The pattern took me hours to think over, draft and match parts together. It is a mix of: short stays, bib front dress, men culottes and a child skeleton suit. Whoa!
I finished it with some bargello embroidery on the belt, which stays unfinished on the photos (10 hours in a train to the seaside was not enough) and more messy-brothello than real bargello, but it was my first attempt, so not so bad though :D 
What do you think?
 

2 czerwca 2017

Godzina pąsowej róży / suknia z salonu Mme Olympe, 1865 rok


Salon Mme Olympe Boisse znajdował się w Nowym Orleanie, przy Canal Street, pod numerem 154. Idąc modnym trotuarem, między szpalerami smukłych drzew, trudno było nie przystanąć przed witryną, za którą pyszniły się jedwabne materie i zdobne w hafty, wstążki i koronki, sprowadzane z Francji chapaux. Pani Olympe w końcu była Francuzką, a miejskie ptaszki śpiewały, że co jakiś czas odbywa ona podróż do źródeł, w poszukiwaniu natchnienia i inspiracji. Suknie sygnowane złotą metką (jedne z pierwszych metkowanych w ogóle!) Mme Olympe w gorącym, parnym i hałaśliwym Nowym Orleanie były synonimem dobrego gustu, troski o wygląd zewnętrzny i... zasobnego portfela. Drzwi salonu przekraczały nie tylko szanowane damy z towarzystwa, czy wkraczające w dorosłe życie dziedziczki, lecz także wysocy oficerowie w poszukiwaniu podarków w dobrym guście. Madame dobierała strój do wieku, charakteru, sposobu bycia i karnacji klientki, czyniąc każdą swoją suknię małym dziełem sztuki...

Moje absolutnie ulubione ze wszystkich zdjęć w tej sukni! :)


Do dzisiaj ostały się zaledwie dwie kreacje z salonu Mme Olympe. Jedna z nich (do obejrzenia w kolekcji MET) z 1865 roku skradła moje serce już jakiś czas temu, toteż gdy udało mi się przez przypadek kupić morę w kolorze róż wenecki, od razu wiedziałam, co z niej uszyję! Niestety, nie jestem ani damą z towarzystwa, ani bogatą dziedziczką, więc przez pracę i inne obowiązki nie miałam na szycie tej sukni tyle czasu, ile bym chciała i potrzebowała. Całość powstała w zaledwie 15 godzin, czyli dwa popołudnia i prawie dwie noce. Jak zwykle, główne szwy szyte są maszynowo, a wykończenia ręcznie. Spieszyłam się, żeby zdążyć z nią na piknik i udało się, choć szczerze przyznam, że suknia nie jest doskonała. Mam już całą listę poprawek, ale też sporą satysfakcję, że jednak dałam radę, i to bez pójścia na kompromis! Co o niej sądzicie?
Fot. P. Kowalczyk




ENGLISH: This Mme Olympe, 1865 gown (from MET collection) recreation was sewn in a great rush and I managed to make it in just 15 hours. The reason was (as always, meh) my modern life duties, so --> not enough time to sew it slowly and carefully. I wanted to wear it at the picnic in Pszczyna Castle, themed in 1850s & 1860s - a perfect opportunity to finally use this venetian pink moire, wasn`t it? So there were two crazy afternoons and two crazy nights full of coffee, chocolate and dirty words and it was finally wearable but still not 100% done. Although I was wearing it at the picnic and took photos I can still see many things that annoy me and I need to repair them in the future. But, anyway I finally own this pink beauty, I was staring at for so long!

25 maja 2017

Kwiaty i karabiny / Bratysława 1809

Każda pierwsza rekonstrukcja w sezonie ma swój niepowtarzalny urok, jak każdy pierwszy dzień wiosny. Wyciąganie z pudeł halek, sukienek i dodatków, odkurzanie szpeju, pakowanie i pierwsza podróż do XIX wieku mają w sobie czar świeżości, który bardzo lubię - tak jak lubię też pierwsze naprawdę ciepłe, późno majowe i czerwcowe dni. Tym razem celem podróży była Bratysława w 1809 roku.

Rozległy park, w którym stacjonowały wojska powitał nas porywistym, nocnym wiatrem. Mimo bardzo późnej nocy trzeba było rozłożyć namioty i rozlokować w nich oddział. Lubię moment rozkładania obozu, moment, w którym jakiś park czy las właśnie staje się domem. No i lubię spać na sianie. Gdy moja pomoc przy namiotach przestała być potrzebna wypchałam swój siennik sianem i zlokalizowałam ujęcie wody, żeby następnego dnia rano nie marnować czasu na poszukiwania. Tego dnia od razu poszłam spać, zmęczona całym poprzednim tygodniem w zawrotnym, dwudziestopierwszowiecznym tempie życia (czytaj: śpię po 3 godziny na dobę, pracuję po 21 i i tak nie zdanżam).

Fotki żarcia --> wiadomo :3
Za to następnego dnia obudziła mnie wesoła krzątanina w obozie i dzwonienie misek, kubków, sztućców i innego szpeju, bo właśnie wydawano śniadanie. Założyłam peniuar, ukryłam papiloty pod turbanem (tak, nadal nie uszyłam sobie czepka, moja nienawiść do tej części garderoby skutecznie mnie powstrzymuje ;) ) i poszłam sobie pojeść, niczym żołnierz, ale szybko, bo żołnierze śpią w mundurach i rano od razu są gotowi, w przeciwieństwie do cywili. Tak więc dwa pudła leżały na siedzisku ze słomy - w jednym: proch, miarka, prawidło do patronów i specjalny papier; w drugim: papiloty, pudry i szpilki do włosów. Każdy pochylony nad swoim, wedle zainteresowań, choć w sumie też lubię skręcać ładunki, a pomoc zaprzyjaźnionych żołnierzy bywa nieoceniona, gdy trzeba coś zapiąć na plecach szpilkami ;)


Szczęśliwym trafem wymarsz w stronę miasta opóźnił się, dzięki czemu mogłam iść obok oddziału, zamiast szukać napoleońskiego wojska w całej Bratysławie. Rozświetlone, pastelowe kamieniczki sprawiały wrażenie przytulnych, trochę cukrowych, a oddziały manewrujące na placu przed ratuszem i oddające honorowe wystrzały zdawały się odlanymi z cyny, malowanymi figurkami, które dowódca układał w czworobok.

Właściwie, można by spacerować tymi uliczkami i przyglądać się miastu dalej, gdyby się nie zostawiło ciepłego spencera w obozie. Chłód przegnał mnie z powrotem do parku. Po drodze wraz z całym oddziałem zostaliśmy poczęstowani przez cukiernika lodami (lawendowe :3 ) w zamian za zdjęcie za ladą. Soldiering, this is the life!
W obozie żołnierze bynajmniej nie próżnowali - przez kilka długich godzin ćwiczyli musztrę i manewry, a ja w tym czasie siedziałam sobie z doboszami przy ognisku, popijając herbatę z mojego reko czajniczka i szyjąc coś, co dawno powinnam już mieć - reko przybornik do szycia. Tak, jak oryginały, zrobiony jest z resztek materiału pozostałego po szyciu sukni. W drodze na Bratysławę zaczęłam, a w obozie skończyłam go szyć. Wracający z manewrów żołnierze widząc to snuli już rozległe wizje szycia kamaszy, cerowania skarpet itp. skoro tak sobie cały czas szyję i tak to lubię :P


Przed obiadem wybrałam się jeszcze na spacer, by zobaczyć, jak rozległy jest obóz, no i kupić na jednym ze straganów ręcznie haftowany naszyjnik (do przerobienia na broszkę, he he). W obozie było mnóstwo znajomych, z którymi co kilka kroków ucinałam sobie pogawędkę na różne tematy i tak właściwie było aż do rozpoczęcia bitwy, która przerwała moją konwersację o krojach sukni dziewiętnastowiecznych i strojach dobrych dla markietanek.


To była bitwa! W przeciwieństwie do ogromnych batalii rozlewających się po niesamowitych przestrzeniach, gdzie widać masy wojsk przesuwające się po polu jak pionki po szachownicy, mniejsze bitwy mają tę zaletę, że widać szczegół - ogień i dym wystrzałów, sposób ładowania armaty, dowódcę, zarządzającego swoim oddziałem i wydającego komendy, poszczególne elementy rzędów końskich szarżującej kawalerii, emocje na twarzach żołnierzy piechoty, gdy ta kawaleria naciera na przed chwilą uformowany czworobok... Każda bitwa jest inna i każda piękna na swój sposób, ale w każdej najlepsze jest to, że martwi i ranni zawsze powstają z pola, by zjeść kolację.
Wieczorem zaplanowano pokaz artyleryjski - ostrzelanie Bratysławy z drugiego brzegu Dunaju. Huk wystrzałów niósł się po wodzie, wpadając echem na te pastelowe kamieniczki. Teraz tonęły w nocy i tylko błyski i iskry rozświetlały je. Most, na którym staliśmy cały drżał, a ja razem z nim, bardziej niż wystrzałów bojąc się że wpadnę w tę straszną, wartką, rzeczną toń. 

video


Pokaz zakończył deszcz, na który zanosiło się już od dwóch dni. Wszyscy zaczęli się rozchodzić w różne strony, niektórzy do miasta, inni do obozu. Postanowiłam wrócić w nadziei, że w jednym z większych namiotów znajdę znajomych spod Austerlitz, którzy zapraszali mnie do siebie przed pokazem. Niestety, w nocy pomyliłam drogę i trochę błądziłam w ciemnościach. W momencie, gdy znalazłam właściwą ścieżkę i pomyślałam, jak to dobrze, że wełna jest nieprzemakalna, wpadłam w wielką, czarną kałużę, a zanim zdążyłam pomyśleć, że te białe pończochy były całkiem nowe i że nie mam butów na zmianę - wpadłam w drugą kałużę i już nie było wyboru - trzeba było wracać do namiotu się przebrać. Jakież było moje zdziwienie, gdy po rozchyleniu drzwi odkryłam w środku połowę pułku! Siedzieli sobie radośnie na siennikach, nie mając pojęcia ani o kałużach ani o tym, że mam zwyczaj układać sobie przed zapadnięciem zmroku cały szpej tak, żeby potem w ciemnościach niczego nie szukać i szybko, bezproblemowo się przebrać. Trochę czasu zabrały tłumaczenia, że wcale nie chcę ich wyrzucać, ale wszystko mam z błota - i potem te roszady w deszczu między dwoma namiotami. Przed północą leżałam już na swoim posłaniu, wsłuchując się w deszcz bębniący o lniane ścianki i spływający bokiem na trawę. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że podczas snu pozbędę się poduszki, wyrzucając ją częściowo poza obręb namiotu i że ona też będzie do prania. Widocznie rekonstruktor jest trochę jak dziecko - brudny, znaczy szczęśliwy.


ENGLISH: The post tells the story of Bratislava 1809 reenactment. I spent a nice, relaxing weekend, living with friends in historic camp, sewing historic stuff, watching the battle, "shooting" the city with cannons and hiding in canvas from may rain. A pleasant beggining of the season :)
Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.