4 grudnia 2014

Bal listopadowy

Listopad to dla Polski niebezpieczna pora pisał Wyspiański w 1904 roku. 
110 lat później, w 184 rocznicę wybuchu powstania listopadowego w Warszawie, w budynku dawnego Arsenału odbył się Bal Królestwa Polskiego, mający uczcić odwagę i zdeterminowanie dziewiętnastowiecznych powstańców.



Dla nas bal zaczął się już właściwie kilka miesięcy wcześniej od przygotowań. Planowanie strojów, uczesań, nauka tańców trwały od końca września, aż wreszcie nadszedł czas ostatnich przygotowań (w tygodniu poprzedzającym bal sypiałam po 2-4 godziny na dobę), długa podróż pociągiem i wykańczanie strojów do późna w noc poprzedzającą wydarzenie.

Następny dzień po małej przerwie na sen zaczął się właściwie tak samo, jak skończył wcześniejszy. Od rana woda na herbatę wrzała, kolejne szklanki naparu parowały, a zręczne palce pracowały z igłą i nitka, by zdążyć na czas. Przez małe mieszkanie przewinęło się wtedy chyba pół Krynoliny. Jedne z nas przychodziły już w pełnych kostiumach, by zatrzymać się na herbatę i iść zwiedzać Warszawę, inne zostawały, by Olga mogła ułożyć ich balowe koafiury, a ja - zająć się w tym czasie makijażem. Towarzyszyła nam muzyka i ciągłe przeplatające się nawzajem rozmowy, nieznośne dla męskich uszu. Ale co zrobić - gdybyśmy żyły w 1830 roku, pewnie tak samo siedziałybyśmy razem nad herbatą w pokoju i z takim samym zaangażowaniem rozmawiały o szykującym się powstaniu, w którym braliby udział nasi mężowie i ukochani. A bal? Okazałby się chyba najlepszą metodą odwrócenia uwagi wroga.


Przed 18:00 wszystkie byłyśmy już gotowe. Ubrane, zasznurowane, uczesane i pomalowane. I właśnie wtedy długotrwały brak snu i ekscytacja towarzysząca mi przez ostatnie dwa dni dały o sobie znać. Poczułam się tak zmęczona, że gdyby nie kolejna tego dnia kawa, opadłabym na fotel i zasnęła.
Tymczasem trzeba było się jakoś dostać na bal. Po tym, jak nasza stacja metra okazała się zamknięta i włóczyłyśmy się w centrum miasta, szukając innej możliwości transportu, nagle dostrzegłyśmy dwie postacie w obszernych płaszczach i sukniach. Zawołały nas i już po chwili okazało się, że to Eleonora Amalia i Daisy - również zmierzające na bal. Wkrótce nasz grupka i przekroczyła próg budynku dawnego Arsenału przy ul. Długiej 52. Miałyśmy chwilkę czasu na powitania ze znajomymi i widzianymi pierwszy raz (ale znanymi z blogów) osobami i zaraz zaczął się bal.


Chwilę przed otwierającym go, tradycyjnym już polonezem rozdano balowe karneciki, które były wierną kopią oryginalnego karnetu balowego z lat 30. XIX wieku. Ochoczo przystąpiłyśmy do zapełniania kolejnych tańców imionami tancerzy, gdy wtem zauważyłam grupkę młodych gentlemanów podpierającą ścianę. Zaraz przystąpiłyśmy do ataku i chwilę później nie było już ani jednego tańca wolnego w karnecie. Po polonezie czekały jeszcze inne tańce. W walcu udało mi się trafić na partnera, który bardzo dobrze prowadził i wirować z nim płynnie po sali. Żałowałam, że ten taniec skończył się tak szybko, ale zaraz, po krótkiej przerwie na (kolejną tego dnia) kawę i coś do zjedzenia czekały mnie dwie szalone polki, w których skakałam ile się dało i wytańczyłam doszczętnie resztkę sił. 

Między tańcami snułam się po balowej sali i przysłuchiwałam rozmowom innych, zbyt zmęczona, by dotrzymywać kroku reszcie. Żałuję, że nie udało mi się dłużej porozmawiać z Raganą w eterycznej, zwiewnej sukni, z którą widziałam się już na pikniku w sierpniu, ani skomplementować stroju, który Korsena uszyła dla swojego gentlemana. Szkoda, że nie nawiązałam znajomości z członkami zespołu Fontana dei pazzi, o którym dawno temu czytałam i który (jak się okazało) również był na tym balu.



Właściwie, nie wiem, co się ze mną wtedy działo. Może to zmęczenie, a może listopadowa aura sprawiła, że snułam się po salach w swojej sukni w żałobnych kolorach i wyglądałam jak wyjęta z późniejszej dekady, w żałobie po ukochanym, którego zabrało powstanie. 
W tym czasie mogłam jednak dokładnie przyjrzeć się wszystkim sukniom na balu i wytypować te, które moim zdaniem były najpiękniejsze. Zachwycił mnie listeczkowy haft na sukni Kajani i to, jak cudownie korespondował z jej wysoką fryzurą. W sukni Eleonory jak zwykle podobały mi się doskonałe dopasowanie i wyliczenie proporcji sylwetki, które sprawiły, że masywne rękawy charakterystyczne dla lat 1830s -tych nie odjęły jej naturalnej smukłości. Spodobały mi się też suknia Marylou o idealnej sylwetce dla lat 30. (sama sznurowałam na niej ten gorset i suknię :) ) oraz błękitna kreacja Olgi o pięknie udrapowanym staniku i to, jak właścicielka podkreśliła jej kolor, dobierając perłową biżuterię.



Gdy czas zabawy dobiegł końca, trzeba było zbierać się do domu. Tym razem metro nie zawiodło i kilka chwil później przedostałyśmy się do centrum. W mroźną noc zdążyłyśmy zgłodnieć, toteż wstąpiłyśmy na szybko po zapiekanki (tak, w pełnych balowych strojach) i już wychodząc z łupami usłyszałyśmy, jak ktoś krzyknął za nami, że chyba wracamy z Balu Królestwa. Później okazało się, że była to czytelniczka Buduaru, która spieszyła się na nocny autobus i którą teraz serdecznie pozdrawiam :)

Po powrocie do domu bal jeszcze się nie skończył. Wnętrze pokoju zarzucone dodatkami do fryzur, akcesoriami, elementami garderoby, papilotami i różnymi częściami garderoby wyglądało jak plac boju po powstaniu. Na pogaduszkach w tym bałaganie spędziłyśmy czas do 3 nad ranem, a już kilka godzin później, dla orzeźwienia spacerowałyśmy w historycznych strojach po Łazienkach Królewskich. Spacer w mrozie po nocy spędzonej na tańcach to jest właśnie to, co potrafi obudzić lepiej, niż kawa. Nawet nie wiem, kiedy nastało popołudnie i trzeba było pakować się i zbierać na pociąg. Warszawa pożegnała nas mroźną mgłą i migotaniem pierwszych świątecznych ozdób, oraz obietnicą kolejnych bali i spotkań w przyszłym roku.



26 komentarzy:

  1. Kolejna piękna relacja z balu. Czytam i czuje się tak jakbym tam z była. ;) Urocze zdjęcie z 13 pantofelkami. :) Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 13 i to jeszcze nie wszystkie! :D Może kiedyś wybierzesz się z nami?

      Usuń
    2. Myślę o Pszczynie. :) Przyjadę Wam nosić koszyki i osłaniać przed słońcem. ;)
      :D

      Usuń
    3. E tam, uszyjesz piękną suknię lub zrobisz stylizację i będziemy razem szaleć :D

      Usuń
  2. Oh! Miałam to samo, gdy wjeżdżaliśmy do Warszawy koło 18 byłam już tak padnięta po nocce szycia i całym tym stresem, żenie miałam ochoty w ogóle iśc spotkać się z ludźmi, a co dopierona bal :D
    Jak zwykle pięknie wszystko opisałaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w ogóle nie było po Tobie widać! Prawdę mówiąc pewnie większość gości szyła te stroje nocami i potem umierała na balu --> bal zombie 1830 :D

      Usuń
    2. Powstanie Zombie 1830 :D Najgorszy mometn był, gdy zaparkowaliśmy pod Arsenałem. Miałam ochotę zostać w aucie, rozłożyć siedzenie i pójść spać :D

      Usuń
    3. Teraz tak modne jest przerabianie różnych powieści lub historii na zombie, że taka wersja powstania wcale by mnie nie zdziwiła :D
      U mnie najgorszy moment był zaraz po skończeniu przygotowań, gdy trzeba się było zbierać do wyjścia. Myślałam, że zatopię się w fotelu i zasnę :D

      Usuń
  3. Zespół się chętnie zapozna przy najbliższej okazji (czyli pewnie na balu w Krakowie) :-) Cudownie było wreszcie zobaczyć Krynolinowe damy na żywo w końcu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, że będziecie :)
      Ja tam nie wiem, czy tak cudownie - co chwilę "o nie, pomyliłę się, a ćwiczyłę to przed balem ;_; " :D

      Usuń
    2. oj tam, bal to jest żeby się bawić, a nie przejmować ;)

      Usuń
    3. No jasne, dlatego prawie nigdy nie liczę kroków :D

      Usuń
  4. Idealnie opisałaś cały wieczór - obawiam się, że moja relacja nie będzie dorastać tej nawet do pięt :)
    I uśmiech ode mnie za cytowanie mojego ulubieńca, SW ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten cytat jakoś chodzi za mną zawsze, jak słyszę o powstaniu listopadowym :)
      Jestem bardzo ciekawa, co napiszesz ;)

      Usuń
  5. Jak zwykle wspaniała relacja! Wszystkie wyglądałyście pięknie! Swoją drogą to jakbyśmy poszły na bal obie w naszych fioletowych sukniach z lat 40, to wyglądałybyśmy jak siostry :D Nawet czarny tiul jest ten sam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio? :D Ten mój wygrzebałam z szafki prababci, ale to 100% poli, żaden antyk, niestety :P Może kiedyś będzie jakieś wydarzenie w latach 40. i obie będziemy miały okazję założyć nasze sukienki :)

      Usuń
  6. Pięknie napisane. A na balu tryskałaś humorem i elokwencją, wcale nie było widać zmęczenia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudne te suknie:) Piękne jest zdjęcie tych Waszych wspaniałych dodatków, piór, torebek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak :D Choć przeraziłabyś się, gdybyś zobaczyła nasz pokój przygotowań - tam było to, co na tym zdjęciu razy 100. I wszystko w brokacie :D

      Usuń
  8. Fantastyczna relacja! :) Twoja sukienka jest przepiękna, podoba mi się najbardziej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję! Ja sama, po tym jak zobaczyłam kreacje dziewczyn, nie byłam z niej szczególnie zadowolona, ale już wiem, co poprawić, a to już jakiś krok naprzód :)

      Usuń
  9. Fajnie znów zobaczyć Was wszystkie razem. :) Mam nadzieję, że niedługo zrobisz oddzielny post o swojej sukni, bo już teraz widzę, że jest zachwycająca i chciałabym jej się bardziej przypatrzeć! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się cieszę, że wróciłaś do komentowania, bo w ogóle coś ostatnio mało postów u Ciebie...
      Wpis o sukience będzie, oczywiście. Już jest nawet napisany tylko muszę wybrać zdjęcia :D

      Usuń
  10. Ja się powolutku przymierzam do swojej relacji :P
    Tęsknię z Tobą, za Wami wszystkimi, to ciekawe, bo w zasadzie się nie znamy... Ale tak mi brakuje Was w Waszych kolorowych sukniach w tym szarym, grudniowym świecie... Ach, mam w myślach taki przycisk REPLAY, który naciskam wciąż i wciąż wracając do tego wieczoru :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie by było :) W ogóle między nami są takie odległości, a wcale ich nie odczuwam! Mam wrażenie, że mieszkamy w jednym mieście, co najwyżej kilka ulic dalej :)

      Usuń