14 września 2015

Wiek XVIII od kuchni / Oporów 1755.

Gdy w lipcu opuszczałam Kutno, nawet przez myśl mi nie przeszło, że w tak krótkim czasie odwiedzę je znowu - i to w tym samym stuleciu, tylko 40. lat wcześniej! Oporowski zamek, park, gościnny hrabia Męciński i, oczywiście, dwa oddziały żołnierzy w okolicy - czy mogłam się tej podróży oprzeć? :D



Pierwsze wzmianki o tym, co dzieje się w Oporowie zaczęły docierać do mnie już w czwartek, za sprawą Magdy, która w 1755 roku mogła pojawić się o czasie i była tam hrabiną Męcińską. Siedziałam w pracy jak na szpilkach i niecierpliwie przeglądałam zdjęcia pięknej okolicy, niewielkich, acz gustownie urządzonych wnętrz Domku Myśliwskiego, w którym gościli w sezonie hrabiostwo M. oraz czytałam pierwsze relacje z piątkowego polowania na bestię, która pustoszyła okoliczne wioski. W końcu nadszedł piątek i mogłam wreszcie wsiąść w pociąg do 1755 roku. Z dworca odebrał mnie dowódca Garnizonu Fortecy Częstochowskiej. Chwilkę poczekaliśmy jeszcze na hrabiowskich gości z Berlina (hrabinę de Camas z przyjaciółką) i wyruszyliśmy w stronę Oporowskiego zamku.

Hrabia i hrabina Męcińscy, fot. Tomasz Pękala
Przy bramach, otwierających się na ścieżkę prowadzącą do domu hr. Męcińskich powitała nas służba z latarniami i wprowadziła przed pałacyk. Tam zostaliśmy oficjalnie przywitani. Hrabina de Camas z przyjaciółką poszły na górę ulokować się w pokoju, a ja dostałam strój i miejsce w Domku Myśliwskim w izbie czeladnej. Tej nocy spałam na futrze z upolowanej bestii, niedaleko cierpiącego żołnierza, mając obok resztę dziewczyn i żadnego pojęcia o tym, że podobno w tym domu straszy.


Obudziłam się wczesnym rankiem i szybko zaczęłam ubierać. Jeszcze nigdy nie byłam służącą, ale przeczucie podpowiadało mi, że lepiej już wstać, skoro trzeba się ubrać, uczesać i jeszcze przygotować śniadanie dla państwa, a niektórzy z gości już spacerowali po ścieżce wzdłuż okrągłego gazonu przed zamkiem, który widziałam z okna naszej czeladnej izby. Na szczęście zdążyłam ze wszystkim. Noszenie czepka nie jest może szczególnie twarzowe, ale przynajmniej nie trzeba się kłopotać o loki i fryzurę.

Służba w akcji!
Przygotowanie śniadania złożonego z kilku dań dla państwa było nie lada wyzwaniem. Doświadczona w kucharzeniu Beata rozdzielała zadania, Patrycja opiekowała się hrabiną de Camas z przyjaciółką, ozdrowiały żołnierz Nornik pełnił wartę, a my krzątałyśmy się po kuchni, dziękując losowi za to, że hr. Męcińscy zdecydowali się spóźnić na śniadanie. Przygotowałam deser i część omletu, gdy do kuchni weszła szlachcianka (która rano spacerowała przed zamkiem), prosząc o przekazanie listu hrabinie de Camas. List został przekazany i chwilę później dostałam zadanie przyprowadzenia owej szlachcianki przed hrabiowskie oblicze.

fot. Tomasz Pękala
Była to dla mnie szansa zobaczenia wojskowego obozu za dnia. Nocą namioty, ognisko i mnóstwo różnych rzeczy zawsze tworzy coś w rodzaju labiryntu, w którym trudno się odnaleźć, ale w dzień okazuje się, że tak na prawdę przestrzeń jest o wiele większa i bardzo łatwo jest się w niej poruszać. Obóz był wyjątkowo ładny. Zamknięty wiklinowymi umocnieniami z jednej, a namiotami z pozostałych trzech stron otwierał przed wchodzącym uporządkowaną przestrzeń wojskową. Pośrodku stał stół z pożywnym śniadaniem, przyniesionym tu w koszach z Domku przez dziewczyny, w kotle na ogniu warzyła się owsianka, a w drugim leżały resztki czegoś, co dzień wcześniej stanowiło obiad. Żołnierze czyścili broń, grali w karty i jedli, pruscy dobosz i muzyk maszerowali po parku, grając, a ich dowódca zastanawiał się nad karą dla niesfornego żołnierza, który noc wcześniej nieco narozrabiał ;)


Znalazłam szlachciankę i, zaprowadziwszy ją do pałacu, przedstawiłam państwu. Mam nadzieję, że sprawiłam się przy tym dobrze, bo już chwilę później trzeba było wynieść do ogrodu kawowy stolik, filiżanki z kawą i ciastka. I uwinąć się z tym szybko, by spacerujący państwo nas nie uprzedzili. Po śniadaniu służba miała czas wolny, zabrałam się więc za kończenie prostego rysunku podczas rozmów z nowymi znajomymi. Miałam też w planach ozdabianie kapelusza, nie zdążyłam tego jednak zrobić, gdyż miła pogawędkę przerwały wystrzały! Wyjrzałyśmy z namiotu, a na zewnątrz toczyła się potyczka między żołnierzami! Być może poszło o obecnego w obozie szpiega, którym okazała się szlachcianka wprowadzona przeze mnie do pałacu i który o mało nie dokonał zamachu na hrabinę de Camas podczas porannej kawy... Grunt, że wkrótce pojawił się hrabia Męciński i skutecznie zarządził pokój na jego ziemi, a mnie przydzielił do opieki nad rannymi. 

Panna służąca na wychodnym ;)

Nigdy nie zajmowałam się żołnierzami, nie miałam więc nawet pojęcia, co zrobić z delikwentem dwa razy wyższym i większym, niż ja, a w dodatku będącym prawie całkiem otoczonym przez szabrujących go kolegów z obozu (no ładnie!). Widząc to, hrabia po prostu zalecił mi iść do pałacu po wódkę, a żołnierzom - przenieść rannego do namiotu. Gdy wróciłam, był już w szyku i odbywał musztrę, co jednak nie przeszkodziło mu przyjąć gorzałki, zapitki i drobnych, za które sprzedałam chwilę wcześniej jego perukę (ha ha).

Potłukę je, czy nie? ;)
Tego uroczego popołudnia czekała nas jeszcze rozrywka polegająca na obserwacji chłosty, którą w nagrodę za wieczorną niesubordynację (tak to jest, jak hrabia otworzy swą piwniczkę dla wojska) miał otrzymać jeden z pruskich żołnierzy. Oberwało się również doboszowi za nierówny rytm podczas egzekucji, następnie wojsko wróciło do swoich zadań, a służba została wezwana do kuchni. Trzeba było przygotować chyba z kilkanaście dań na uroczystą kolację dla państwa i dla wojska, było więc pełno roboty. Zgłosiłam się do gotowania wojskowego na ogniu, a widząc, że w kuchni prawie nie ma miejsca, ani powietrza i już trzy osoby zaangażowane są do krojenia cebuli, opuściłam za zgodą ochmistrzyni kuchnię i udałam się do obozu, czekając, aż wezwą mnie znów.


Wśród wojska panowało zupełnie rozprzężenie, przyłączyłam się więc chętnie do ich zajęć, jakie stanowiły głównie głupie żarty, muzyka i śpiewanie, gry hazardowe oraz robienie świec. To ostatnie pochłonęło mnie całkiem na kilka godzin, a świeca, którą wyprodukowaliśmy, choć wyglądała obrzydliwie, płonęła całkiem przyzwoicie. W międzyczasie zrobiło się chłodno, porwałam więc leżący obok trikorn jednego z żołnierzy, zaś inny podzielił się ze mną swoją kurtką, w której było mi bardzo ciepło i dobrze. Widząc to, dowódca, ku mojej uciesze zarządził dwie kolejne egzekucje jako nagrodę za pożyczanie części munduru cywilowi. Egzekucje jednak nie odbyły się, za to odbyła się uczta!

fot. Tomasz Pękala
Niedługo po zmierzchu drewniany stół został całkowicie zastawiony różnymi specjałami, wśród których królowały raki, klopsiki, sos grzybowy, kasza ze skwarkami i mnóstwo innych smakołyków oraz oczywiście trunki z pańskiej piwniczki. W trakcie uczty pruski muzyk został odwołany do hrabiowskiego stołu celem uprzyjemnienia kolacji muzyką, zaś reszta żołnierzy otrzymała rozkaz wymarszu w stronę kuchni, by podziękować dziewczętom za cały dzień gotowania. Wciąż miałam na sobie mundur i nie gotowałam kolacji, ruszyłam więc w szyku razem z wojskiem (hej, musztra wcale nie jest skomplikowana!) zupełnie niezauważona. Dopiero jasne światło kuchni i dość słabe (na tle innych) okrzyki zdradziły moją tożsamość. Zaraz też przedstawiłam się szybko jako "szeregowiec Martin", a pruscy żołnierze natychmiast zgłosili chęć adopcji xD
Szeregowiec Martin w spódnicy :D (więcej zdjęć na instagramie)
Oświetlony wszystkimi świecami z zamku i latarniami obóz wyglądał niesamowicie - bajkowo i przytulnie, dlatego siedziałam i rozmawiałam z żołnierzami przy ogniu jeszcze długo po tym, jak wypaliły się świece. Miałam również szanse ograbić pański stół z pozostawionych tam francuskich serów i nad ogniem zrobić sobie z nimi grzanki (generalnie - fajnie jest być służącą, bo cały czas się je xD ). Około północy zarządzono tańce przed zamkiem, przy których bawiłam się wyśmienicie i chyba jako ostatnia (poza hrabiostwem) położyłam się spać. Dziwnym było uczucie, gdy weszłam do całkiem ciemnego Domku Myśliwskiego, oświetlając sobie drogę jedyną pozostałą świecą i krocząc pomiędzy służbą i żołnierzami, którzy korzystając z mojej nieobecności położyli się tam, gdzie ostatnio spałam ja. Wkrótce jednak zgasiłam świecę, umościłam sobie posłanie między nimi i położyłam się dokładnie obok, na twardej podłodze. 

Pańska kolacja, fot. Tomasz Pękala
Przespałam kilka godzin i już trzeba było wstawać i zbierać się do robienia pańskiego śniadania, a jeszcze wcześniej - sprzątania kuchni, która po wczorajszej kolacji wyglądała jakby przewinęły się przez nią wszystkie saskie i pruskie oddziały. Uwinęłyśmy się ze wszystkim bardzo szybko, a następnie udałyśmy się za hrabiostwem do zamku. Hr. Męciński postanowił oprowadzić nas po swoich włościach, w których tak dzielnie usługiwałyśmy mu i jego gościom przez całe dwa dni, a następnie czekała nas podróż do nieodległego Kutna. Miałyśmy być świtą, towarzyszącą państwu podczas festynu z okazji otwarcia Pałacu Saskiego, co dla mnie skończyło się właściwie jak zawsze - bieganiem po rynku i żartami z żołnierzami, podkradaniem ciastek i tańcami oraz zgubieniem czepka. Do Oporowa wróciliśmy w deszczu i tam przyszło nam się rozstać. Spakowaliśmy prowiant na drogę i po wielu pożegnaniach z gościnnymi hrabią i hrabiną wyruszyliśmy w drogę powrotną, mając pewność, że do połowy XVIII wieku zawitamy jeszcze nie raz.

fot. Tomasz Pękala


ENGLISH:
The post tells a story of two days spent in 1755 year as a servant. I was having fun with 18th century cooking, dancing and soldiers, of course. The plot concerned a conflict between saxon and prussia troobs that took place on count Męciński`s land. There were also some spiritual trends as hunting for the beast and ghosts in the castle. Working as a servant was not only an absorbing task but also fun of being outside the formality and taking 18th century life easy. Of all the time spent in Oporów I liked most evenings and nights spent by the fire with warm drinks and delicious food. Hidden inside a woolen uniform one of the soldiers gave me I felt cosy and comfortable and by joking with them I could feel like a part of their society and take part in the event to the full.


16 komentarzy:

  1. Dziękuję za wspaniałą podróż w czasie. Za ten post jak i wiele innych.
    Od jakiegoś czasu wiernie śledzę Pani bloga i jestem zachwycona każdym kolejnym wpisem i nierzadko zdarza mi się płakać przy Pani zdjęciach . Dziękuję Bogu za każdą taką szlachetną duszę.
    Wierzę, że w pracy jest Pani doceniana, bo na co dzień zajmuję się pani modą, czy tak?
    Życzę wszystkiego dobrego i dziękuję za rozczulanie mojej duszy.
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo miło jest czytać takie komentarze! Cieszę się, że blog się Pani podoba i mam nadzieję, że z każdym kolejnym wpisem będzie coraz lepiej :)))

      Usuń
  2. Życie służącej z Twojej perspektywy wygląda naprawdę przyjemnie - smutno się robi na myśl, że pewnie w rzeczywistości nie było tak kolorowo. Ale kto chciałby brać udział w takich wydarzeniach, gdyby polegały na praniu i szorowaniu podłóg? Mamy tego dość w XXI wieku.:) Bywam w Kutnie regularnie ale o Oporowie do tej pory nie słyszałam - muszę się tam koniecznie wybrać! Bardzo do twarzy Ci w mundurze. :) Pozdrawiam - Stała Czytelniczka z nowym nickiem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, pewnie tak, choć ja byłam służącą tylko dwa dni i po prostu nie musiałam szorować podłóg. Ale było noszenie kieliszków, które potem okazały się niepotrzebne, krzeseł z miejsca w miejsce i ogólnie sporo bieganiny, choć dziewczyny, które stały cały czas przy hrabiowskim stole i usługiwały państwu lub cały wyjazd spędziły w kuchni miały zdecydowanie gorzej i były bliżej historycznej służby.
      Oporów jest niedaleko. Jest tam ładny park, a w nim zamek, który można zwiedzać i pałacyk, w którym mieszkaliśmy :)
      Dzięki i również pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Super sprawa! Do twarzy Ci w mundurze :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. Służbowania? XD Przyjedź za rok! :)

      Usuń
  5. Szeregowiec Martin ! :D
    A poza tym to jako panny służące miałyście mnóstwo pracy, ale i tego warto spróbować ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szeregowiec Martin wymiótł wszystko XD
      No, przyznam, że jako służba czułam się całkiem dobrze, a w przyszłym roku może będę nawet gotowała na ognisku <3

      Usuń
  6. Ale fajnie! :) W tym roku było i jest tyle wydarzeń kostiumowych, że coraz bardziej żałuję, że moja sukienka nadal nieskończona...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! Miałaś być na Złotym, i co? :D Mam nadzieję, że spotkamy się na którymś z zimowych bali :)

      Usuń
  7. mam prośbę czy mogłabyś mi podać autora i tytuł obrazu, który zamieściłaś pisząc o bieliźnie damskiej w latach 1840,1850,1860. Obraz ukazuje dwie kobiety zdejmujące bieliznę. Jest piękny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obraz to tak właściwie dwa różne, które złączyłam razem w programie graficznym ;)
      Jeden z nich to "In The Boudoir" Johanna Georga Meyer von Bremena z 1870 roku. Drugiego na tę chwilę nie potrafię odnaleźć, ale pewnie jest gdzieś na moim pintereście ;)

      Usuń