14 lutego 2017

Wiktoriańskie sposoby dbania o włosy


 Często wiele osób pyta mnie o różne fryzury historyczne, o to, jak trzymają się moje loczki i jak jestem w stanie utrzymać na co dzień tak długie włosy. Pomyślałam więc, że przyda się post zbiorczy o tym, jak dbać o włosy, używając w miarę historycznych metod. Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam :)

P R O F I L   W Ł O S Ó W

Każda pielęgnacja zależy od tego, czego wymagają nasze naturalne włosy i jakie są. Idealne do historycznych fryzur są włosy naturalnie kręcone / falowane, o naturalnym kolorze (lub zafarbowane na kolor występujący w naturze), długie i puszyste. Wtedy nie trzeba z nimi nic specjalnie robić - wystarczy ułożyć i już. Natomiast włosy słabe, cienkie, przerzedzone zamiast na siłę zapuszczać, lepiej zostawić krótkie i zainwestować w doczepiane loczki, warkocze lub nawet gotowe koki - tak będzie łatwiej i szybciej, a słabe cebulki nie będą stale obciążone.

Moje włosy są naturalnie całkiem proste, przed każdą rekonstrukcją muszę więc je kręcić na papiloty. Są też zupełnie gładkie, także nie ma szans na naturalną puszystość i objętość fryzury. Poszczęściło mi się jednak jeśli chodzi o ich anagen - dzięki długiej fazie wzrostu mogę sobie nosić historyczną długość bez doczepek (choć w sumie na rekonstrukcjach i tak są upięte i tego nie widać :P )



                                                C Z Y S Z C Z E N I E   I   P I E L Ę  G N A C J A

W XIX wieku myto włosy różnymi miksturami. W ich składzie można spotkać m. in. mydło, wywar z mydlnicy lub żółtka. Włosy myto (na dzisiejsze standardy!) rzadko, bo raz na tydzień lub dwa. Musimy jednak pamiętać, że w XIX wieku inaczej się odżywiano, wokół mniej było zanieczyszczeń i sztucznych substancji, wpływających na gospodarkę hormonalną człowieka, a co za tym idzie - przetłuszczanie się włosów. Poza tym, środki do ich pielęgnacji były na bazie olejków, więc włosy i skóra głowy były dobrze nawilżone i organizm nie miał już potrzeby produkowania większej ilości sebum.
 
Idąc tym tropem, współcześnie najwygodniej jest korzystać z delikatnych szamponów bez sls, odżywek na bazie olejków (od lat używam świetnej odżywki sprowadzanej z krajów arabskich, w której składzie są praktycznie same olejki!) i w ramach intensywniejszego odżywiania - olejowania włosów raz na jakiś czas. Olejowanie jest z resztą polecane w kilku wiktoriańskich urodowych poradnikach, a jeden z olejków do tego przeznaczonych (wzmacniający cebulki włosów i pobudzający do wzrostu) wkrótce zrekonstruuję na blogu :)
Dobrym i stosowanym ówcześnie środkiem nabłyszczającym jest też octowa płukanka, zamykająca łuski włosów i nabłyszczająca je (przepis na lawendowy ocet toaletowy też wkrótce na blogu). Aby włosy były błyszczące i nie potargane, lepiej unikać drażniących środków (jak chemiczne farby do włosów i trwała ondulacja) i wysokich temperatur (suszarki, lokówki), które bardzo niszczą strukturę włosa i przez to wpływają na jego łamliwość. W efekcie zamiast długich pukli jest szorstkie, poszarpane siano, wizyta u fryzjera i stwierdzenie, że przecież nie da się zapuścić ładnych i zdrowych włosów jak w XIX wieku ;)

W XIX wieku rozczesywano włosy grzebieniami wykonanymi z szylkretu, kości słoniowej, metalu lub drewna (a w późniejszych dekadach także ebonitu), natomiast szczotkowano je szczotkami z naturalnego włosia, najczęściej z dzika. Szczotkowanie miało rozprowadzić po włosach olejki, odżywić i wygładzić pasma. Przyznam, że to jest element wiktoriańskiej pielęgnacji, który pomijam. Współcześnie mamy spory problem z elektryzowaniem się włosów (ubrań, koców itp.) przez obecne w domach urządzenia elektroniczne. W sezonie grzewczym już w ogóle nie wyobrażam sobie nawet próby takiego wyczesywania włosów, uderzenie pioruna dałoby pewnie podobny efekt :P

Żeby nie było, że jestem historyczniejsza od dziewiętnastowiecznych, całkiem współczesnym środkiem, którego używam i polecam jest silikonowe serum (w drogeriach dostępne często pod nazwą "olejek", ale skład prawdę Wam powie ;) ), które nałożone po myciu i przed nakręcaniem loków otula włosy cieniutką warstewką i zabezpiecza je przed uszkodzeniami mechanicznymi. Natomiast akcesorium, które bardzo pomoże przy pielęgnacji długich pukli jest osławiony tangle teezer - niezniszczalna wprost szczotka, która rozczesze nawet najbardziej natapirowane i poplątane włosy bez uszkodzeń i szarpania :)

To jedyny raz, gdy nosiłam moje dwa sztuczne warkocze. Zgadniecie, które to? /fot. Mme Chantberry

C Z E S A N I E   I   U K Ł A D A N I E

Jak już wspomniałam, najpierw trzeba zakręcić włosy. Robię to najczęściej dzień wcześniej, po myciu włosów (szamponem, a jeśli nie są jeszcze do umycia, odświeżam je myjąc odżywką. Do tego nadadzą się wszystkie drogeryjne odżywki, mające wysoko w składzie behentrimonium chloride - substancję myjącą, o wiele łagodniejszą niż te dodawane zazwyczaj do szamponów) lub po zwilżeniu ich Eau de Portugal - dziewiętnastowiecznym płynem do loków (już wkrótce go poznacie!). Koniecznie trzeba odczekać, aby włosy podeschły naturalnie! Nakręcenie mokrych skutkuje wilgotnymi strąkami (które jak wyschną będą całkiem proste), a suchych - słabym i krótkotrwałym skrętem. Idealny moment na papiloty jest wtedy, gdy włosy nie są już wilgotne, ale nie są też całkiem suche, czyli suche na tyle, że mogłybyśmy wyjść od razu zimą na dwór. To chyba najlepszy opis tego szczególnego momentu. Potem jest już bez problemu - dzielę włosy na sekcje (uwzględniając przedziałek przyszłej historycznej fryzury) i nakręcam na długie paski bawełny. Może to być stare prześcieradło lub ścinki pozostałe po szyciu. W takich papilotach można spokojnie spać, bo są miękkie - nic nie wbija się w głowę i nie przeszkadza. Następnego dnia rano można też ukryć je pod fantazyjnie zawiązaną chustą / turbanem lub czapką i tak dotrwać do wieczornego czesania.

Podczas czesania nigdy nie uwalniam wszystkich loków na raz. Zawsze zaczynam od tych w tyle i ułożenia koka, a potem od upięcia pozostałych loków z przodu, po bokach twarzy. W XIX wieku do wypełnienia koka używano wypełniaczy z naturalnych włókien lub takich zrobionych z własnych włosów (tak, zbieranych ze szczotki --> opcja dla reko ultrasów xD ), natomiast współcześnie mamy w drogeriach bardzo fajne, lekkie zamienniki z włókiem sztucznych, w różnych kształtach i rozmiarach. Loki upinam szpilkami, czyli mówiąc po naszemu wsuwkami w kolorze moich naturalnych włosów. Dzięki temu nie są widoczne. Szpilki mam w trzech rodzajach: konstrukcyjne mocne i słabe - do podtrzymywania wypełniaczy i części fryzury oraz tzw. kokówki do podpinania i układania samych loków. Jeśli główna konstrukcja fryzury jest mocna, możemy na niej oprzeć podpinane kokówkami loki i warkocze. Możemy też uzupełnić fryzurę doczepkami (trzeba tylko uważać, aby dobrze trafić z kolorem!), dodać kwiaty, sznury kamieni lub pereł, pióra i inne ozdoby, zależnie od efektu, jaki chcemy osiągnąć.

W XIX wieku nie używano lakierów, pianek i innych utrwalaczy tego typu (zamiast nich stosowano tłuste pomady), wobec tego ja też z nich nie korzystam. Często możecie zobaczyć na moich zdjęciach z rekonstrukcji fryzury w początkowym lub nawet zaawansowanym stanie rozwalenia (po całym dniu biegania po polach lub kilku skocznych tańcach na balu ;) ). Myślę, że w XIX wieku było podobnie, z resztą w pisanych ówcześnie powieściach obyczajowych i pamiętnikach mamy wzmianki o tym, że panna po przyjściu ze spaceru poszła poprawić strój i włosy - wiatr pewnie zrobił swoje i trzeba było na nowo ułożyć poszczególne loczki lub nawet zaczesać się inaczej.

Tak, po rekonstrukcji często jest się martwym i śpi się cały następny dzień xD

P O   R E K O N S T R U K C J I

Po rekonstrukcji czasem trzeba od razu przygotować włosy na następny dzień. Wtedy najlepiej nie rozczesywać loków, tylko zwilżyć pukle Eau de Portugal i znów nakręcić na papiloty, podążając za skrętem z dnia poprzedniego. Oczywiście takie loki będą słabsze, możliwe też, że nie chwycą na tyle, aby ułożyć podobną fryzurę. Wtedy można spróbować upięć z warkoczy, którymi ratowały się dziewiętnastowieczne panny (bo hej, przecież one też nie kręciły tych loków codziennie, a nie wszystkie miały naturalnie kręcone włosy!). Gdy nie ma czasu lub możliwości (bo jest noc, a śpi się w namiocie), można nakręcić tylko loki przy twarzy, a resztę zostawić i rano zwinąć w mały koczek ukryty na cały dzień pod kapeluszem. Taki myk bardzo przydaje się, gdy mamy ładny kapelusz, a większą część dnia spędzimy i tak na dworze. Jeśli wieczorem będzie bal, zostają nam warkocze... lub sztuczne loczki - ja takich nie mam, bo bardzo trudno dobrać mi ich kolor pasujący do mojego naturalnego. Mam tylko dwa sztuczne warkocze i jak dotąd nosiłam je tylko raz...

Jeśli następnego dnia nie ma rekonstrukcji, najlepiej rozpuścić włosy i tak je zostawić. Bez szarpania, wyrywania, rozczesywania na siłę splątanych loków. Tych naturalnych i tak się nie rozczesuje, a włosy zakręcone na papiloty po kilku(nastu) godzinach same się rozprostują - wtedy można już bez problemu je rozczesać. Zawsze przed rozczesaniem sprawdzam, czy włosy już się rozprostowały, jeśli nie, zdarza mi się nawet iść spać w takich prostujących się lokach i rozczesać je dopiero rano.

Po wyjęciu wszystkich ciężkich ozdób, doczepek, wypełniaczy i po usunięciu wsuwek cebulki włosów obciążone tym wszystkim przez ostatnie kilka godzin potrzebują odpoczynku, dlatego lepiej też nie wiązać od razu włosów, tylko zostawić rozpuszczone. Jeśli jednak zaraz po rekonstrukcji trzeba koniecznie wyglądać jak człowiek, można zapleść z tych rozprostowujących się pukli delikatny warkocz lub upiąć prosty, luźny kok z minimalną ilością słabych wsuwek.

Po sezonie rekonstrukcyjnym włosy potrzebują odpocząć i zregenerować się. Dobrze jest wtedy częściej je olejować i pić różne ziółka (np. wywar z pokrzywy) lub drożdże, aby wzmocnić je od środka, jeść dużo natki pietruszki na wzmocnienie cebulek i wzrost nowych włosów oraz wrócić do prawidłowo zbilansowanej diety.


ENGLISH: The post reveals the secret of my 19th century coiffures and hair care which lets me have historic accurate length of the hair for the period. If any of you is interested in full translation, let me know and I will make a twin post in english :)

22 komentarze:

  1. Prześlicznie wyglądasz na tym drugim zdjęciu! I połączenie XIX wieku ze smartfonem robi ciekawe wrażenie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Zrobiłam je w zeszłym roku w kwietniu po powrocie z sesji zdjęciowej w białej krynolinie. Jakoś szkoda mi było rozwalać ten kok, więc pstryknęłam jeszcze kilka selfiaków :P

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy artykuł nawet dla mężczyzny - takie wejrzenie w codzienność minionej epoki. No i miło popatrzeć na ładne zdjęcia ładnej kobiety w ładnych wnętrzach ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. jak wyglądają papiloty z pasków bawełny?jak się je nakłada? jestem bardzo ciekawa, lubię czasem zrobić loczki, ale spanie w papilotach i wałkach kończy się nieprzespaną nocą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To są zwykłe, długie, niezbyt wąskie paski wycięte z bawełny (np. starego prześcieradła). Nakręca się na nie wybrane pasma włosów od końca ku górze. Kierunek skrętu jest dowolny. Gdy dotrze się już do samej góry, wiąże się oba końce szmatki - i czas na kolejny lok :) Może kiedyś zrobię relację na instagramie (jeśli zabiorę się za kręcenie o normalnej porze, a nie jak zazwyczaj o 3 nad ranem xD )

      Usuń
  4. Jako posiadaczka naturalnych loków dementuję pogłoski: je się rozczesuje, w mocno wietrzny dzień nawet po parę razy i koniecznie przed układaniem, inaczej miałabym iście XIX-wieczny kołtun ;) Moim włosom do subordynacji daleko i najchętniej kręcą się oplatając jednocześnie wokół siebie nawzajem jak bluszcz czy inne pnącza :p A Tangle Teezer polecam: dopóki go nie kupiłam, nie miałam pojęcia, że możliwe jest rozczesanie włosów bez ich szarpania XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to może to w takim razie też zależy od loków? Pamiętam, że moja koleżanka z ławki w liceum miała piękne pukle i właśnie nie czesała ich nigdy na sucho, tylko jak były mokre po myciu :P
      No, TT jest genialny! Zwykłe szczotki rozwalały mi się po miesiącu i były do wyrzucenia, a mój tt właśnie teraz obchodzi swoje 3 urodziny ^^

      Usuń
    2. Ja także się wypowiem, jako posiadaczka lokow w niemałej ilości😊3 albo i 4 razy dziennie a i tak mam wiecznego jeża, nawet TT nie pomógł. Ale czesanie na wpół wilgotnych działa najlepeiej☺

      Usuń
    3. Są po prostu nieujarzmione :D

      Usuń
  5. Czekałam na ten wpis z prawdziwym utęsknieniem! Podziwiałam Twoje włosy an Złotym Popołudniu, miałam ochotę je pomacać kiedy dziewczyny czesały Cię przed rozpoczęciem pikniku, pamiętam piękną koronę (czy też fryzurę a'la Tymoszenko), którą pokazywałaś na Instagramie - prawdziwa magia!

    W dzieciństwie też myto mi głowę raz w tygodniu, maksymalnie dwa. Teraz nie wyobrażam sobie mycia rzadziej niż co dwa dni, a w Krakowie nawet codziennie. Ale po odstawieniu slsów widać różnicę. Swoją drogą próbowałaś naftę? Mnie w dzieciństwie mama naftowała włosy (nie lubiłam tego bo kazała mi siedzieć w domu i nie oddalać się, a ja chciałam biegać) i z tego co wiem to stary sposób naszych babć.

    Ładnie zgrałyście się z Karoliną w czasie, Karo wrzuciła taki filmik: https://www.youtube.com/watch?v=FTvkB-BwxTQ

    Wielkie buziaki!
    Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oo, dzięki! <3 Pamiętam to Złote, miałam wtedy na sobie pierwszy raz krynolinę :) A korona z warkoczy jest super, muszę ją robić częściej :)

      Słyszałam o nafcie i w sumie to jakby takie olejowanie, tylko naftą. Może kiedyś ją wypróbuję, może dać fajny efekt odżywienia :)

      O, nie widziałam go jeszcze! :D

      Dzięki za komentarz i pozdrawiam serdecznie <3

      Usuń
  6. O, super post! Bardzo interesuję się robieniem własnych kosmetyków, więc chętnie poczytam o ,,rekonstrukcji" jednego z takich :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już wkrótce poleci seria postów :3 :3

      Usuń
  7. Fantastyczny wpis:) Uwielbiam twoje piękne włosy :) Czekam na post o naturalnych kosmetykach :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Marta, piękna sesja i jak zawsze ciekawy tekst. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Od miesiąca staram się bardziej dbać o moje włosy i już widzę dużą poprawę. Opłaca się zwracać uwagę na skład kosmetyków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście! Skład to najważniejsza część etykietki :)

      Usuń
  10. Zainspirowałaś mnie! Chętnie poczytam też o Eau de Portugal!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Ale masz wyczucie! Eau de Portugal jest następnym postem! :D

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz, Wasze słowa wiele dla mnie znaczą: inspirują, motywują do pisania kolejnych postów... Buduar jest naszym wspólnym miejscem, a Ty, zostawiając komentarz, tworzysz je razem ze mną :)

( w razie pytań, mój adres e-mail: fragileporcelain@gmail.com )

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.