18 marca 2012

Ochy i achy [ Duma i Uprzedzenie (2005) ]

No cóż, dawno mnie tu nie było - chyba z jakieś dwa tygodnie... Ale to dlatego, że na uczelni zaczął się czas referatów i wciąż mam coś do przygotowania, także nie miałam nawet kiedy wpaść do buduaru. Dzisiaj też na szybko; postanowiłam wykorzystać ostatni post pisany w wakacje i od tego czasu kurzący się na (świeżo sformatowanym, tak nawiasem mówiąc) dysku.
Dlaczego taki stary film? Bo na początku miałam ambicję zobaczyć raz jeszcze wszystkie filmy kostiumowe, które już widziałam i o każdym coś skrobnąć. Głupi pomysł i szybko poległam, ale to, co się napisałam, to moje i nie może się przecież zmarnować :P



Widziałam ten film już tyle razy! I nigdy mi się nie znudzi :D Jest to jeden z moich ulubio... ukochanych filmów. Uwielbiam każdy jego kadr I to bynajmniej nie ze względu na pana Darcy ani jakiegokolwiek innego gentlemana tam obecnego. Przy tym filmie książka (wybaczcie) jest niczym.



Faktycznie, często zarzuca się temu obrazowi, że jest uwspółcześnioną wersją DiU, nie mającą wiele wspólnego z powieścią. Nie jest to oczywiście całkowite uwspółcześnienie – film jest czymś w rodzaju romantycznego spojrzenia współczesnych na dzieło Austen i jego interpretacją.



Najbardziej uwielbiam w nim kolory – takie nieco prześwietlone, delikatne, doskonale komponujące się z kostiumami i scenerią. Te kolory muszą, przynajmniej częściowo być dziełem jakiegoś utalentowanego grafika, nie wierzę, że cokolwiek mogło być takie… romantycznie piękne :D Poza tym każdy kadr jest doskonale skomponowany – wystarczy zatrzymać film w dowolnym momencie, żeby się przekonać :) Natomiast wiele scen jest nawiązaniem do ówczesnego malarstwa – bohaterowie stoją w taki sposób i tak są ułożeni względem otoczenia, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, ze gdzieś się już to widziało, na jakimś obrazie…



Poza tym uwielbiam to, jak porusza się kamera, jak zmienia się ogniskowa i jak w impresjonistyczny, przepełniony powietrzem i światłem sposób zostajemy wprowadzani do kolejnych scen. Z resztą sceneria filmu również jest niesamowita – niektórzy narzekają, że dom Bennetów to chlew (:D) i faktycznie panuje tam nieporządek, ale jest to artystyczny nieład – nie wydaje mi się, żeby dziewiętnastowieczni żyli w domach w idealnym stanie, przypominających muzeum.



Za to Pemberly jest przecudowne! Kocham wprost scenę, w której Lizzy ogląda dom pana Darcy, spaceruje między rzeźbami, przygląda się popiersiu swojego przyszłego (jeszcze o tym nie wie) męża, dotyka różnych przedmiotów… kocham te scenę tak bardzo, że w sprzyjających okolicznościach odgrywam ją sobie sama :D Raz nawet zostałam na tym przyłapana w Pałacu na Wodziew moich ukochanych Łazienkach. Specjalnie poszłam tam wczesnym rankiem, żeby uniknąć wycieczek i byłam pierwszym tego dnia gościem. Kobieta „pilnująca” widocznie pomyślała sobie o mnie, że jestem dzieckiem z krajów Trzeciego Świata, które w życiu pałacu nie widziało, bo po krótkiej przemowie (byłam tak zaskoczona tym, że cały czas tam siedziała i widziała mnie, jak niczego nieświadoma odgrywam sobie tę scenę, że nie wykrztusiłam słowa) zaczęła pytać mnie, czy rozumiem po polsku xD Jak zwykle zrobiłam z siebie kretynkę, ale fajnie było przynajmniej raz w życiu poczuć się jak Lizzy… no i wolałabym, żeby to właściciel pałacu mnie przyłapał ;)



Ale wróćmy do filmu – kolejną niesamowitą rzeczą jest muzyka. Bardzo często jest ona wyszczególnionym elementem scenografii, można ją wyraźnie usłyszeć jako właśnie muzykę z offu, nie wtapiającą się w film. Wiodącym instrumentem jest oczywiście fortepian, całość zaś stylizowana jest na muzykę klasyczną. Brak tam pretensjonalnych, „filmowych” motywów, są za to fragmenty taneczne i refleksyjne, motywy wesołe i melancholijne, a nawet utwór wojskowy (!) Ta ścieżka dźwiękowa niesie z sobą tyle emocji, i to w tak subtelny, romantyczny sposób, jak nie robi tego żadna inna! Uwielbiam ją i mam ją zawsze przy sobie. Nigdy się nie nudzi, potrafi nawet zwykłemu, nudnemu porankowi na wsi nadać ten cudowny nastrój charakterystyczny dla początku XIX wieku



Kostiumy również są ładne, nieraz zatrzymywałam film, żeby przypatrzeć się uczesaniu Karoliny Bingley oraz porównać jej suknię z suknią Lizzy. Poza tym można wśród nich dostrzec (w scenach balu) zarówno modę „nowszą” jak i typowe jeszcze dla XVIII w. ubiory kobiet i mężczyzn – wszak akcja filmu dzieje się w I dekadzie XIX w., kiedy nowości dopiero się pojawiały i mieszały ze starą modą.



No i dobór aktorów też nie jest najgorszy – Jane i pani Bennet są moim zdaniem idealne (Pani Bennet z resztą co chwilę swoją niefrasobliwością i charakterem wzbudzała mój śmiech, szczególnie w duecie z jej mężem, który swoją drogą też jest tu doskonały :D ). Lizzy faktycznie nie przystaje do ówczesnych kanonów piękna – za chuda i ma zbyt wyrazistą twarz, ale czasem trzeba dopomóc filmowi angażując słynne osoby – to zazwyczaj zapewnia pełniejsze sale kinowe. Poza tym lubię sposób, w jaki Keira Knightley gra, nie przeszkadza mi to :)



Co do panów – pan Collins nie jest tutaj paskudny, ale wystarczająco „swój” żeby odrzucenie zaręczyn przez Lizzy było uzasadnione; pan Bingley – zarzuca się, że zrobiono z niego idiotę, a on jest po prostu bardzo nieśmiały ^^ i przy tym taki uroczy :) Fakt, w książce wyobrażałam go sobie inaczej i, z tego co pamiętam, był nieco inny, ale w filmie ma tyle osobistego uroku, że można wybaczyć twórcom adaptacji tę ingerencję; pan Wickham jest, o ile mnie pamięć nie myli, bardzo podobny do pierwowzoru, natomiast pan Darcy… Wiadomo, że od kreacji Colina Firtha z 1996 r. to jego Darcy będzie tym najlepszym, niedoścignionym wzorem. Toteż aktor z wersji 2005 miał nie najłatwiejsze zadanie ale, moim zdaniem, wywiązał się z niego dobrze – nie powielił kreacji z 1996, lecz stworzył własną, i to się chwali. 
Muszę z resztą przyznać, że filmowego Darcy`ego wolę bardziej, niż powieściowego. W książce jego nagła przemiana wydawała się tak naciągana, że nawet jako nastolatka to dostrzegłam i bardzo się na to burzyłam :D W filmie jest inaczej – Darcy po prostu dla obcych jest oschły i zimny, dopiero po jakimś czasie, gdy ktoś nieznany staje się przyjacielem, nasz bohater odkrywa swoją prawdziwą, towarzyską i lojalną osobowość. Też taka jestem, niestety… a może stety? :D Dlatego w to wierzę, to wydaje się prawdopodobne :)



Czy zatem film ma jakiekolwiek wady? Ma, jego amerykańskie zakończenie (pocałunek; możecie je zobaczyć TUTAJ 0:46 - 2:30) jest bezguściem, dobrze, że Europejczycy nie zostali nim uraczeni, no i żałuję, że ta historia nie ma „drugiego dna”, że jest to po prostu doskonała historia o miłości, z happy endem, przez co zawsze koniec oglądam przez łzy :P Ale taka jest też powieść, więc niczego więcej nie powinnam oczekiwać.
No i żałuję jeszcze, że sama nie mogę żyć choćby przez chwilę w tym filmie! Jest taki piękny, że choćby we śnie, chciałabym tam być

10/10

3 komentarze:

  1. Jak tak dalej pójdzie, to skomentuję Ci wszystkie stare posty :P

    Nie znoszę tego filmu. Faktycznie, kadry są ładne, ale akcja pędzi na łeb na szyję, niechlujstwo domu Bennetów, to absolutnie nic w porównaniu z niechlujstwem włosów Lizzy, a scena balu w Netherfield do złudzenia przypomina mi jakąś współczesną bibę, tylko w ładniejszych ciuchach. No i pierwsze oświadczyny Fitzwilliama w greckiej świątynce - poziom kiczu przekroczył stan alarmowy.

    A tak na marginesie - przecież w książce jest wiele razy wspominane, że Darcy jest wspaniałym bratem i dobrym przyjacielem i, że nie potrafi się rekomendować obcym, a przy okazji jest dumny (choć jego służąca sama stwierdza, że nigdy się w nim tego nie dopatrzyła) . Nawet jego kuzyn, pułkownik, nie może uwierzyć, że Darcy jest takim ponurakiem w obcym towarzystwie. Jedyne, co się zmienia, to nieco przykraca swoją dumę, choć szczerze mówiąc, to co mówi o swojej przemianie jest, w moim odczuciu, bardziej gadaniem zakochanego, który mówi, że da swojej narzeczonej gwiazdkę z nieba, a jak będzie trzeba, to się w jednorożca przedzierzgnie, niż faktyczna rewolucją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do niektórych starych postów wolałabym się nie przyznawać :P Ale nie kasuję ich, bo sama lubię śledzić tę ewolucję na innych blogach :) Zawsze widać zmiany na lepsze :)

      Pewnie jesteś fanką książki? Ja w powieściach JA lubię tylko czasy i fabułę. Za to sposobu, w jaki są napisane, ram, w jakie ujęte są te historie, szczerze nie znoszę. Może więc dlatego lubię te nowsze filmy, które bazują na powieściach, a nie są ich doskonałymi adaptacjami. W przypadku JA nie jestem w ogóle ortodoksyjna ;)

      Mnie nie przeszkadza ani bałagan u Bennetów, ani nie do końca historyczne fryzury, ani nawet zaręczyny w deszczu (choć amerykańskie zakończenie już tak - kicz, jak nie wiem! ). Moim zdaniem to wnosi wiele życia w ten film, o wiele łatwiej jest mi utożsamić się z bohaterkami, ale wiadomo, każdy lubi co innego :)

      D i U czytałam dawno temu jako nastolatka, więc nie pamiętam już dokładnie, ale mnie ta rzekoma przemiana pana Darcy`ego też w ogóle nie przekonała ;)

      Usuń
  2. Osobiście wolę wersję serialową ;) Film jest, owszem, piękny ale no właśnie... trochę za piękny. Oglądając sceny zbiorowe niestety, wypada się z opowieści: one po prostu są zbyt sztuczne, za bardzo ustawione, ludzie się tak nie poruszają ani nie ustawiają na co dzień (wystarczy przypomnieć sobie, ile czasu zajmuje ustawienie wszystkich do zbiorowego zdjęcia :p ). Wiem, że taka była konwencja filmu, ale ja wolę tę bardziej naturalną, swobodniejszą wersję wg. BBC. Sceny zbiorowe w filmie są jak obrazy, piękne i nierealne, te same sceny z serialu emanują naturalnością, wręcz budzą skojarzenia ze współczesnymi spotkaniami towarzyskimi. Poza tym przeszkadza mi dość mocne spiętrzenie akcji, które dochodzi do absurdu w scenie wizyty Lady Catherine u Bennetów: dosłownie dwie-trzy godziny wcześniej Jane przyjmuje oświadczyny Bingleya, a wieczorem zjawia się szacowna ciotka z pretensjami. "Życzliwi" zadzwonili do niej czy co? :D Za to muzykę uwielbiam <3 I bardzo przyjemnie się przy niej szyje! ;)

    OdpowiedzUsuń