26 października 2011

Jane Eyre (2011)

Długo czekałam na ten film, i każda wzmianka o nim (na szczęście nie było ich zbyt wiele) jeszcze bardziej wzmagała moją niecierpliwość. Kiedy więc zajęłam miejsce na sali kinowej, gdy przygasły światła i rozpoczął się film, jakim zdziwieniem dla mnie było, że zaczyna się on… od środka!

 
Tak, tak. W początkowej scenie widzimy uciekającą Jane, wcześniejsze wydarzenia widz poznaje przez retrospekcję. Pewnie zabieg ten miał zdziwić tych, którzy przeczytali książkę („aa, więc można i tak!”), jest on również gestem stanowczego odżegnania się od poprzedniej, uznanej za najdoskonalszą, adaptacji z 2006. W nowym filmie znajdziemy też sceny, które do serialu nawiązują (ja znalazłam dwie, ale pewnie jest ich więcej). 



Mnie zamiar nowej ekranizacji dzieła Ch. Brontё wydał się wyprawą z motyką na słońce, ale też, pamiętając przypadek Dumy i Uprzedzenia (wyżej cenię nowszą wersję), nie mogłam się  nowej Jane doczekać, i siłą rzeczy wyobrażałam sobie coś niesamowitego! Tymczasem… cóż, film na pewno mnie nie zawiódł, ale też nie zachwycił, niestety. Co było nie tak?



W nowej Jane to rozległe, kręcone z niezwykłym rozmachem pejzaże „grają” uczucia bohaterów. Wszystkie emocje przeniesione są na otoczenie, podczas gdy gra głównych bohaterów jest bardzo zamknięta, co osobom przyzwyczajonym do książki i serialu może bardzo przeszkadzać. Żadne, najmniejsze nawet drgnienie uczucia nie porusza tu fizjonomii pary głównych bohaterów. Gdzie jest ta pasja, która ich cechowała? Scena, w której Rochester oświadcza się Jane, jest w tym przypadku czystym kłamstwem – do tego momentu, przez cały film mamy do czynienia z typowymi relacjami pracodawca-pracownica, bohaterowie niczym nie zdradzają swoich uczuć przed sobą, ani nawet przed widzem.



Z resztą aktorka grająca Jane jest, według mnie, niefortunnie dobrana – gdzie się podziały wydatne, charakterystyczne rysy panny Eyre? Mia Wasikowska jest zbyt ładna, zbyt porcelanowa; wygląda na młodziutką nastolatkę, podczas gdy Jane była dwudziesto trzy letnią (o ile się nie mylę) kobietą doświadczoną przez los. Rochester wypadł lepiej, ale i tak z serialowym Edwardem nie ma się co mierzyć. Na osłodę jednak dodam, że Adelka była idealna – nie za duża, nie za mała – tę dziewczynkę dobrali doskonale.



Ponarzekać jeszcze mogę na scenariusz. Cała historia została drastycznie spłycona do płaskiego love-story (czyżby ze względu na budżet? A może coś innego ograniczało czas filmu do 120 min? Sceny usunięte, choćby ta i ta świadczą o tym, że za spłycenie fabuły częściowo odpowiada montażysta), a nie jest ono chyba tym, co w Jane Eyre zainteresować może odbiorcę XXI w. Ja na pewno postawiłabym na sceny gotyckie, których w nowym filmie prawie zupełnie brak. Nie poznajemy wcześniejszych losów Rochestera i Berty, trudno więc oceniać ich postępowanie. Do śmietnika poszły również pełne pasji dialogi Edwarda i Jane, oraz mnóstwo innych, pomniejszych historii (skąd filmowy Rochester wziął Adelkę? Widzowie na darmo mogą próbować się domyślić…), a szkoda, bo to one nadawały oryginalnej Jane Eyre niesamowity nastrój tajemnicy…



Szkoda również, że scenariusz nie pozwolił ukazać w żaden sposób wewnętrznej walki Jane i targających nią uczuć. Podczas, gdy w książce wszystko działo się „wewnątrz”, w filmie wszystko jest „z zewnątrz” – za pannę Eyre „czuje” pejzaż i muzyka, sama bohaterka jest zaś prawie beznamiętną woskową figurą.



Nawet mój ukochany Dario Marianelli się tutaj nie spisał, albo raczej… spisał się, ale w zupełnie inaczej, niż oczekiwałam. Wyobrażałam sobie muzykę pełną pasji i ciemną – taką, jak powieść, podczas gdy do filmowych scen przygrywa z off-u mroźna i chłodnamelancholijna ścieżka dźwiękowa, wycofana w uczuciowości, po prostu smutna. Owszem, soundtrack jest piękny, ale wciąż trudno łączyć mi go z tytułem Jane Eyre.



I taki jest cały film – wysmakowane, piękne kadry – zakurzone wnętrza Thornfield Hall; nakręcone z rozmachem, ogromne połacie wrzosowisk; świst wiatru (to sprawa dobrego dźwięku filmu, czy technologii sali kinowej?) i zagubieni w nich  bohaterowie, samotni w swojej udręce.



Jestem estetką, doceniam wystudiowane, surowe piękno nowej wersji Jane Eyre, w przypadku mojej ukochanej powieści jednak wybieram może mniej urokliwą, ale jednak o wiele istotniejszą treść.

8/10

5 komentarzy:

  1. Jane w książce ma niecałe 19 lat :)

    — Ależ, St. John, pani nie może mieć więcej niż siedemnaście lub osiemnaście lat! — rzekła.
    — Mam prawie dziewiętnaście, ale nie jestem zamężna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :O Dzięki! Nie wiem, skąd mi się wziął ten wiek Jane! Na szczęście kupiłam ostatnio powieść i będę czytała ją jeszcze raz :)
      No a filmowi też wiele wybaczyłam przez te 2 lata. Aktualnie, ze względu na walory estetyczne jest w moich top 10 ulubionych filmów :D

      Usuń
  2. A ja nabyłam niedawno tę powieść przypadkiem, nie wiedząc o czym jest ^^ Ale miałam nosa! Muszę ją przeczytać :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Moim zdaniem Jane pasuje idealnie, a film ma dokładnie taki klimat, jaki czuło się w książce. Bohaterowie nie są specjalnie urodziwi, więc nie kłóci się to z tym, jak byli opisani w powieści. owszem, mnie też niektórych fragmentów zabrakło i film był trochę przykrótki, ale i tak zachwycił mnie o wiele bardziej od wersji z 2006 roku, której nie mogłam wybaczyć doboru aktorów (fatalnego, według mnie). Muzyka jest zachwycająca i wspaniale przywodzi na myśl klimat Yorkshire...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz, Wasze słowa wiele dla mnie znaczą: inspirują, motywują do pisania kolejnych postów... Buduar jest naszym wspólnym miejscem, a Ty, zostawiając komentarz, tworzysz je razem ze mną :)

( w razie pytań, mój adres e-mail: fragileporcelain@gmail.com )

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.