19 września 2014

  Northampton, 14 września 1824 r.

Drogi panie Ravenshaw!

 Czekam właśnie w małej gospodzie aż zmienią konie w moim powozie i będę mogła ruszyć dalej, mam więc chwilkę, by opisać Panu, zgodnie z pana życzeniem minione kilka dni, które spędziłam wraz z Damskim Towarzystwem Literackim w Brightsand.



Jak pan zapewne pamięta, jeszcze przed południem w piątkowy, słoneczny dzień opuściłam pieszo Raven Hall, udając się w stronę Easingwood. Miał pan rację, nie powinnam tak stanowczo odmawiać proponowanego przez pana powozu, który mógłby zawieźć mnie na miejsce. Niestety, sama sobie zawiniłam i, dojechawszy w końcu do Northampton, bezskutecznie próbowałam znaleźć moją dorożkę do Brightsand. Każdy dorożkarz na pytanie, czy jedzie przez tę małą miejscowość tylko przecząco kiwał głową, godziny mijały i słońce zaczynało powoli chylić się ku zachodowi. Zmęczona całodzienną podróżą, usiadłam na podróżnym kufrze i z rezygnacją patrzyłam na ruchliwą drogę, powoli godząc się z myślą, że pewnie przyjdzie mi spędzić noc w obcym mieście, a następnego dnia wracać do Raven Hall i że ominie mnie przyjemność ponownego spotkania z Towarzystwem. Właśnie wtedy z okien nadjeżdżającego powozu ktoś wykrzyknął moje imię i pomachał do mnie chusteczką. Poznałam Lady Dianę Moulding wraz z towarzyszącym jej do Brightsand mężem i panną Claire Leith, którzy wkrótce zabrali mnie ze sobą, ratując tym samym od nadciągających kłopotów. Sama podróż upłynęła nam szybko i jeszcze przed zmierzchem zawitaliśmy w Brightsand.

Okazało się, że reszta pań również miała problemy z dojazdem i tylko część pisarek mogła wyjść nam na spotkanie. Ulokowałam się w jednym z małych, uroczych domków na piętrze, szybko przebrałam się z podróżnej sukni w popołudniową kreację oraz odświeżyłam włosy i twarz. Dni są jeszcze długie, więc mimo późnej pory udało nam się jeszcze rozejrzeć po okolicy, zanim zapadł zmrok. Po przywitaniu się ze wszystkimi nadszedł czas na kolację, przygotowaną przez niezastąpioną Lady Josceline Polley, która, jak pan wie potrafi doskonale prowadzić dom i zarządzać służbą! Jest dla nas wszystkich niedoścignionym wzorem w tej kwestii. Opiszę dokładnie wszystko, co znajdowało się na tym długim na pięć jardów stole każdego dnia, bo wiem, że pani Coxe nie dałaby mi spokoju, gdybym przemilczała tę kwestię. Pierwszego dnia poczęstowano nas więc kremową zupą cebulową z grzankami, dwoma rodzajami pieczeni na zimno, domowym pâté, takimiż serami, greckimi oliwkami i herbatą, a po kolacji zarządzono krótkie tańce. 
Ponieważ wszystkie byłyśmy zmęczone podróżą i ciekawe tego, co zmieniło się w życiu każdej z nas w ostatnim czasie, wszelkie inne zajęcia zostały odłożone na następny dzień. Co jakiś czas wychodziłam na zewnątrz, by pogłaskać tamtejsze psy, a właściwie - wyglądać przyjazdu panny Kennaway, z którą wymieniałam listy od zeszłej zimy i panny Clary Emily Kendall, której miałam przekazać pewną pożyczoną od jej znajomej broszkę, a której nie zdążyłam oddać na poprzednim spotkaniu. Niestety miss Janet nie przybyła, coś musiało ją zatrzymać w Farnwell Croft, a panna Clara  z pewnych względów musiała towarzyszyć w tych dniach rodzinie. Tymczasem nastała noc. Służba krzątała się jeszcze przy budynkach gospodarczych i zewnętrznej kuchni, wkrótce jednak pogaszono świece i każda z nas udała się na spoczynek.



Następnego dnia jednak, tuż po śniadaniu (które stanowiły gotowane kiełbaski, jajka na twardo, pasztet i sery domowej roboty, pieczeń na zimno, grzanki z konfiturą cytrynową i jabłkową z porzeczkami oraz herbatę z wodą z kwiatów pomarańczy), ułożeniu poskręcanych przez noc loków i przywdzianiu strojów spacerowych udałyśmy się małą grupką (reszta pań zajęła się w tym czasie robótkami) na spacer po okolicznych wzgórzach. Dobrze pan wie, jak bardzo lubię ruch, a spacer w tak przemiłym towarzystwie i miejscu okazał się prawdziwą przyjemnością. 

Wkrótce przysiadłyśmy na wzgórzu i zajęłyśmy się ozdabianiem naszych bonnetów oraz szkicowaniem romantycznego, górzystego krajobrazu roztaczającego się przed nami. Narysowałam panią Megan Gaskett na tle tutejszych, jesiennych już lasów, nagich, surowych skał i niewielkiej doliny rozciągającej się pod naszymi stopami. Niestety, w końcu deszcz zagnał nas z powrotem do domu, gdzie w saloniku mogłyśmy ogrzać się przy herbacie i kruchych ciastkach z brzoskwinią, jabłkami i cynamonem, piastować jednego z tutejszych kotów i kończyć nasze krajobrazy. Kolorowałam właśnie mój szkic akwarelą, gdy do salonu zapukał pewien jegomość, który wkrótce okazał się zaproszonym przez panią Josephine Murray portrecistą. Podczas gdy część z nas pozowała do portretów, reszta zajęła się tworzeniem misternych koronek i grami literackimi, w których również wzięłam udział. Powstało wiele zabawnych wierszy, które być może przy odrobinie szczęścia zostaną opublikowane w naszej lokalnej satyrycznej gazetce La Book de Visage, której nigdy nie szczędzi Pan tych drobnych, kąśliwych uwag.

Trochę zgłodniałyśmy czekając, aż słońce wychyli się zza gór i będzie można wykonać portrety w naturalnym otoczeniu, dlatego jeszcze przed 16 podano obiad. Znów zaczęło się krążenie między zewnętrzną kuchnią ze spiżarnią a naszym salonikiem, zbieranie niedokończonej robótki ze stołu, niekończące się rozmowy o planowanych daniach (podano kurze nóżki z rozmarynem i cytryną, zupę krem z jajkiem, ryż z szafranem, duszoną sałatę, omlet i pieczony kompot, a na deser dwa rodzaje pysznego tortu z łamanym karmelem, bitą śmietaną i owocami), wpadanie na siebie ze ściereczkami i naczyniami, których nie mogło zabraknąć. Po tak sutym obiedzie nareszcie wyjrzało słońce i mogłyśmy udać się na nasze ulubione wzgórze, by tam oddać się najlepszym rozrywkom. Rozegrałam trzy partie krokieta, z czego jedną zwycięską, grałam także w bule i Game of graces. Nie muszę chyba panu pisać, jak bardzo uwielbiam te gry! Dodatkowo zyskałam portret na huśtawce pędzla naszego portrecisty, który nareszcie miał odpowiednią chwilę do ukazania swoich umiejętności. 


Wieczorny chłód zagnał nas do domu, gdzie w saloniku czekał już przygotowany bal. W blasku świec na stole stały przeróżne ciastka (najzabawniejsze były kruche, cytrynowe ciasteczka panny Minervy Bowthorpe, która część z nich wzbogaciła piekącym chili. Nie zgadnie pan nawet, ile razy trafiłam na ich pikantną wersję!), wypieczony przez pannę Claire chleb z domowym twarożkiem i zielonym ogórkiem, pâté, francuskie ciasto z błękitnym serem, oraz dwa rodzaje pieczeni, które bardzo chętnie podjadałyśmy między tańcami z panną Clarissą Sharrington. Była też galaretka z herbaty, stygnąca w kuchni całe popołudnie i pilnie strzeżona przed łasymi spojrzeniami, a także pyszne wina z prywatnej piwniczki pani Megan Gaskett. Tańce udały się wybornie! Był mój ukochany "Tythe Pig", i to nawet dwa razy, a oprócz niego "Scotch Cap", "Haymaker's Jig"  i "Hole in the Wall". Żałuję tylko, że tego ostatniego nie mógł pan tańczyć ze mną do pary, ale w końcu nasze Towarzystwo jest damskie i jedynymi gentlemanami, którzy nas odwiedzili w tym czasie byli mężowie lady Polley i lady Moulding. 

Po tańcach, mimo lekkiego deszczu i jeszcze lżejszego odzienia, w samych koszulach (stroje balowe leżały już poskładane w kufrach), szalach i papilotach udałyśmy się do saloniku plotkować o najnowszej miniaturze i strojach wielebnego StBone (który swoimi kąśliwymi satyrami na łamach La Book de Visage i obecnością na jednym z publicznych bali zwrócił na siebie naszą uwagę) oraz kilku innych gentlemanach, o których Pan wie, a także naszych balowych toaletach i listach, które prawie cały rok wymieniałyśmy między sobą.

Tego samego wieczora wystawiłyśmy też sztukę J. H. Sotherby`ego w antycznym stylu pod tytułem  "Nieszczęsna Personida. Tragedia antyczna w jednym akcie", która okazała się wielce udaną mistyfikacją literacką Clarissy (doprawdy, James Macpherson powinien mieć się na baczności, bo jego pośmiertna sława może wkrótce zostać przyćmiona), a w której miałam przyjemność zagrać główną rolę. Publiczność poprosiła o bis, a my z panną Clarissą, Mary Sharrington i Minervą chichotałyśmy z udanej sztuki za kurtyną. Jeszcze więcej śmiechu przyniosły żywe obrazy, w których brylowały lady Moulding i lady Murray przedstawiające pieski oraz panna Mary w roli maski. Choć nie potrafiłyśmy rozstrzygnąć, który obraz udało się przedstawić najlepiej i którym z nas należą się laury zwycięstwa, i tak bawiłyśmy się przednio!

Położyłyśmy się spać grubo po pierwszej, a następnego dnia nawet nie przebrałyśmy się do śniadania, gdyż służba zaspała i nie zdążyła oczyścić naszych sukni na czas. I znów w powietrzu unosił się cudowny zapach herbaty z kwiatem pomarańczy, dzwoniły srebrne łyżeczki i chrupały grzanki z konfiturami. Po śniadaniu udałyśmy się ponownie na wzgórze, korzystając z pięknego, choć już jesiennego słońca. Zaorane pola były wilgotne od nocnego deszczu, a w czystym, górskim powietrzu unosił się zapach kwitnącej nawłoci. Jeden z kwiatów wpięłam we włosy i starałam się spojrzeć najdalej, jak potrafię bez mrużenia oczu. Ktoś zaczął czytać fragmenty Rozważnej i Romantycznej, a ja trzymałam w dłoni list od pana. Czy to, o czym pan pisze jest prawdą? Tak trudno mi uwierzyć, że w Londynie poddaje się w wątpliwość nasze pochodzenie i maniery! Przecież podróże w czasie są podobno niemożliwe i nie wydaje mi się, aby nawet za te wspomniane dwieście lat, w kolejnym tysiącleciu miały stać się rzeczywistością! Proszę nie wierzyć w te plotki i poczekać na mój powrót. Przy kamieniu milowym na wrzosowiskach powinnam być jutro przed zmrokiem.
Tymczasem kończę już pisać, bo dorożkarz właśnie załadował mój kufer na dach i zaczyna się niecierpliwić. Trzeba zapłacić za wino, plasterki pieczeni i ser oraz oddać list do wysłania. Mam nadzieję, że go nie uprzedzę!




Proszę pozdrowić panią Coxe i wszystkich domowników Raven Hall,
Wasza
Avis Martha Merill
 ________________________________________________
zdjęcia: Szymon Pomper, Alicja Byrska, Caeruleus Berolinensis, Domowa Kostiumologia, Buduar Porcelany

42 komentarze:

  1. Ta relacja + muzyka na blogu + zdjęcia = popłakałam się trochę z tego wszystkiego D: Co za cudowny weekend. Ja miałam pisać "historyczny" pamiętnik, ale na pewno nie wyszłoby mi tak jak tobie, więc dobrze, że z tego zrezygnowałam, skoro zrobiłaś coś tak pięknego <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wpadłam na podobny pomysł, ale wpisów tematycznych, pisanych z punktu widzenia Julie Rocheston ;) Czytając list Avis utwierdziłam się, że to dobry pomysł i moja relacja będzie właśnie w formie karty z pamiętnika ;)

      Usuń
    2. Eleonoro :D Muzyczka na blogu to +10 do feelingu, nie na darmo ją tu dałam :D

      Nie mogę się już doczekać Waszych relacji, czy to będą kartki z pamiętnika, czy listy :) Wpisy tematyczne to też dobry pomysł :)

      Usuń
  2. Droga Avis Martha Merril!
    Jakże serce zabiło w mej wątłej piersi, kiedy przeczytawszy ten list zrozumiałam, jakże bardzo chciałabym towarzyszyć Paniom w tak zacnym spotkaniu! Uśmiech, jaki zakwitł na mej twarzy i w oczach nie znika aż do teraz. Pragnę wyrazić zachwyt niesamowitymi portretami szanownych Pań, a także dokładnymi opisami tańców, potraw, spacerów i zajęć, jakimi raczyłyście się w Brightsand. Pragnę zauważyć, że na portrecie przedstawiającym grę w krykieta (nie krokieta, jak mniemam?) przypomina mi Pani E. Starostecką - ten wyraz twarzy, ta gracja! W swej kobiecej próżności będę szanownej Pani bardzo zobowiązana za dokładny opis za równo przepięknych sukien jak i koafiury.
    Mniemam iż trwa Pani w zdrowiu.
    Oddana czytelniczka - Lady Ragana.

    Post Scriptum:
    Z niecierpliwością czekam na publikację wierszy w "La Book de Visage"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lady Ragano!
      Niezmiernie cieszy mnie, że zaprezentowany tu wyjątek z mej korespondencji z 1824 roku przypadł pani do gustu. Byłybyśmy zachwycone, mogąc spędzić kolejne spotkanie Towarzystwa wraz z panią!
      Gra okazała się jednak krokietem (sprawdziłam i krykiet to ta gra z Becoming Jane, przypominająca baseball :) ), co nie zmienia wcale faktu, że jest to jedna z najlepszych gier, w jakie kiedykolwiek grałam! Mam nadzieję, że za rok uda nam się rozegrać chociaż partyjkę.
      Artykuł (post) dotyczący mojej garderoby pojawi się z pewnością już wkrótce.

      Z życzeniami zdrowia i pogodnej niedzieli,
      Avis Marta Merill (zrymowało się! :D )

      PS. Pewnie wkrótce ktoś je wrzuci :D Ja mam tylko te moje :P Jak na razie, chyba Caeruelus planuje dodać u siebie żywe obrazy - oryginały i interpretacje :)

      Usuń
  3. Pięknie wyglądałaś (to nie fair, że nawet w tych loczkach Ci do twarzy!) :) Dlaczego na każdym zlocie prędze czy później lądujesz na podłodze? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kliknęłabym "Lubię to", gdyby się dało :D

      Usuń
    2. W loczkach może i tak, ale zauważyłam, że w całkiem gładko zaczesanych włosach już nieszczególnie :P

      Taki już mój los </3 :D A tak serio, to nieszczęsna Personida zabiła się z rozpaczy (ta czerwona szarfa to krew. Nie pytajcie xD )

      Usuń
  4. fantastycznie się to czytało <3

    OdpowiedzUsuń
  5. świetny reportaż! Z rozmarzeniem czytałam. Zdjęć nigdy za wiele - mogłabym je oglądać i oglądać.
    Czy ustaliłyście coś "na przyszły raz" (epokę)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kontynuacja ojcowskiego zlotu za rok ma się dziać w 1825 roku, dresscode pozostał ten sam ;)

      Usuń
    2. W takim razie już obmyślam garderobę:) - jeżeli można się dołączyć.

      Usuń
    3. Jasne, że można! A w rok na 100% powinnaś zdążyć ze wszystkim, tym bardziej, że minimalne minimum :P to naprawdę nie tak dużo szycia :)

      Usuń
    4. Teraz "zawiesiłam się" na roku 1880 (mniej więcej) i mam już prawie całą bieliznę (o Jezu, jak sobie pomyślę o szyciu sukni, to mam pietra - jak przed egzaminem z logiki!!!:), ale regencja to taka moja mała fanaberia - mam takie sukienki a la regencja, które uwielbiam, ale chodzę w nich po domu, bo są krótkie i z gumką;)
      Ale myślę, że dam radę - jak szaleć to szaleć!

      Usuń
    5. Jasne, że dasz! :) A przy szyciu sukienek też się boję - szczególnie podczas krojenia materiału :P

      Usuń
  6. Piękne! Czytałam z uśmiechem na twarzy :)
    "Tak trudno mi uwierzyć, że w Londynie poddaje się w wątpliwość nasze pochodzenie i maniery! Przecież podróże w czasie są podobno niemożliwe i nie wydaje mi się, aby nawet za te wspomniane dwieście lat, w kolejnym tysiącleciu miały stać się rzeczywistością! " Najlepszy fragment :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Zastanawiałam się, jak zakończyć ten list i jakoś tak samo wyszło :P

      Usuń
  7. Jest post! :D Nawet nie wiesz, jak bardzo nie mogłam się doczekać Twojej relacji :) I to jeszcze w formie dziewiętnastowiecznego listu, super pomysł :) Przepięknie, klimatycznie napisane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nareszcie jest! :D Ale się nieswojo czułam bez tego pisania na blogu :P
      Dzięki :) Może dołączysz do nas za rok?

      Usuń
    2. Bardzo bym chciała do Was dołączyć, może kiedyś się uda, byłoby wspaniale :)
      A będzie może jakiś filmik ze zlotu? :)

      Usuń
    3. Takiego normalnego w końcu nie udało się nakręcić, ale Eleonora ma nakręcony jeden taniec i sztukę antyczną ;)

      Usuń
  8. O. Mój. Boże. Ten wpis jest bardziej cudowny niż się kiedykolwiek spodziewałam. Spędzenie tego czasu w twoim między innymi towarzystwie było fantastycznym doświadczeniem, mam nadzieję jednym z wielu jakie jeszcze nadejdą. Mogę go (wpis) sobie wydrukować? Chętnie bym go umieściła w swoim albumie razem ze zdjęciami :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! :* Jasne, że możesz :) Nawet nie wiesz, jak ucieszyłam się, że w końcu zdecydowałaś się pojechać, i jak Cię podziwiam za zdążenie z sukienką w jedną noc! <3

      Usuń
  9. Ach, Porcelanko, to chyba Twoja najlepsza relacja z kostiumowej imprezy, jaką czytałam! Mam nadzieję, że to nie ostatni list na Twoim blogu, będę wyczekiwać następnych z utęsknieniem! Czytało mi się tym relację tym lepiej, że wczoraj opowiedziałaś mi o tym wszystkim w sposób całkowicie współczesny i mogłam porównać, jak współczesne fakty zamieniłaś na XIX-wieczne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następne (poprzednie) będą, oczywiście, tylko muszę je przepisać, a to chyba najgorsza, najbardziej żmudna praca jaką można sobie wyobrazić :P
      To zamienianie faktów i nazw na zlocie też było niezłą zabawą :D

      Usuń
  10. Tak pięknie to wszystko opisałaś, że jeszcze raz przeniosłam się do roku 1824 i naszego wspólnego weekendu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisząc też czułam się, jakbym przeżywała ten weekend jeszcze raz :)
      W ogóle, biorąc pod uwagę wczorajszy i dzisiejszy paskudny deszcz, miałyśmy idealną pogodę :)

      Usuń
  11. Porcelanko, jaki wspaniały wpis. :) Coś mi się zdaję, że ten Wasz pobyt w Ojcowie był najfajniejszym dotychczasowym kostiumowym zlotem. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba tak :) Choć Pszczyna osiemnastowieczna jest jego godnym konkurentem ;)

      Usuń
  12. Jakże jestem szczęśliwa, że mogłam uczestniczyć w tym spotkaniu! A relacja oddaje jego charakter w 101%. Wspaniale było przeżywać z wami wspólne chwile, dla mnie najbardziej niezapomniane będą AROMATY. Tak! Zapach wody z kwiatu pomarańczy, tort z bitą śmietaną, a najmocniejszy i najpiękniejszy zapach miały produkty kosmetyczne Porcelany! Ach! Dziękuje za niezapomniany wyjazd oraz za tą apetyczną i wysmakowaną relację :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, te zapachy też czasem za mną chodzą. Głownie herbata z wodą z kwiatu pomarańczy (a mam w domu dokładnie tę samą, więc mogę sobie zrobić :P ) i tort :) A tego balsamu do ust używam sobie teraz w pracy :D

      Usuń
  13. Przez 4H próbowałem wam pomóc, szukalem psychiatry ale zaden nie zgodzil sie podjac leczenia, przykro mi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W niedzielę? Nie dziwię się, że każdy odmówił. A i cztery godziny to coś krótko ;)

      Usuń
  14. Ale ten pan Ravenchaw jest szczęściarzem, że dostanie taki list :-) Porcelanko, po przeczytaniu Twojej relacji odechciało mi się pisać moją, tak bardzo Twoja jest świetna :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pan Ravenshaw ogólnie jest szczęściarzem, w końcu Avis u niego mieszka (hłe hłe hłe) :P

      Usuń
    2. Hahahaha, właśnie zobaczyłam jaką zrobiłam literówkę,a zastanawiałam się czemu nazwisko pana Raveshawa tak mi dziwnie wygląda :-D

      Usuń
    3. :D Mnie też to dziwnie wyglądało :P Mógłby mieć kuzyna Ravenchawa :D

      Usuń
  15. Cudowna relacja ze zlotu. Od razu czuje się klimat dawnych czasów. A sam zlot...
    Bu... Tyle zabawy, pysznego jedzenia, strojów, cudownych widoków... A mnie tam nie było... Nic to. Za rok nie odpuszczę podobnej imprezy.
    A tak na marginesie też mam ochotę przedstawić na blogu swoją Lady J. Może wkrótce pojawi się jakiś list, albo nawet memuary. Hmm... To by mogła być niezła zabawa... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że Cię nie było :( Ale nadal czekam na zdjęcia Twojej sukienki na blogu i na opis Lady J., oczywiście też :)

      Usuń
  16. Wszystko już chyba zostało napisane na temat tego listu - dołączam do ogólnego koła adoracji porcelanowej korespondencji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D W takim razie muszę jakoś ogarnąć przepisywanie listów i je tu wrzucić ;)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz, Wasze słowa wiele dla mnie znaczą: inspirują, motywują do pisania kolejnych postów... Buduar jest naszym wspólnym miejscem, a Ty, zostawiając komentarz, tworzysz je razem ze mną :)

( w razie pytań, mój adres e-mail: fragileporcelain@gmail.com )

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.