4 września 2015

Ze sztambucha panny Marty


Brightsand, 28 sierpnia 1825 roku

Obiecałam Panu, drogi Panie X, że będę spisywać dzień po dniu, w krótkich notatkach historię mojej podróży do roku 1825 (by potem Ci ją przekazać wraz kilkoma innymi drobiazgami, które obiecaliśmy między sobą wymienić), toteż właśnie, minąwszy bramę i wejście do domu, oraz wszedłszy po wąskich, angielskich schodach prowadzących do jednego z pokoi na piętrze, spisuję pierwsze wrażenia. Dom, w odludnym, ukrytym w górskim lesie miejscu prezentuje się nad wyraz malowniczo ze swoimi małymi pokojami wyposażonymi w przestronne okna (a za nimi widok na otaczające lasy) oraz z wszelkimi zbytkami potrzebnymi po długiej podróży dyliżansem; jadalnią w modnym ostatnio, gotyckim stylu, wygodną bawialnią i tajemniczym strychem. Mój miły, jasny pokój przyszło mi dzielić z równie miłymi pannami - Francuzką Madame Geneviève Margot Baudreville oraz panną Elizabeth Greenwood, z którymi zaraz po moim przybyciu wymieniłam kilka najnowszych wiadomości dotyczących życia publicznego w Londynie, Bath i Paryżu.

Ledwie zdążyłam uładzić strój po podróży (zostawiając nieco potargane włosy samym sobie), a pełniąca obowiązki pani domu panna Constance Highpole poprosiła, abyśmy udały się na kolację. Jadalnia była już wypełniona gośćmi, z którymi pospiesznie się przywitałyśmy, aby po zajęciu wolnych miejsc, posilić się smaczną zawartością parujących waz i półmisków. Choć lato jest już późne, jeszcze nie zaczęło się zmierzchać, a wieczorny chłód jeszcze nie zaczął opadać na ramiona swoją jesienną wilgocią, toteż po kolacji zarządzono kilka wieczornych przyjemności na zewnątrz. Sosnowy mrok lasu nie odstraszył nas przed zebraniem gałązek i szyszek, a chwilę później zapłonął radośnie ogień, oświetlając wszystko ciepłym blaskiem. Usiadłyśmy dokoła, by powspominać podobne wieczory sprzed roku i powitać te z nas, których nie spotkałyśmy podczas kolacji. Gdy ogień strawił już wszystkie gałązki i szyszki, a noc objęła nas swoją mocą, przenieśliśmy światło do papierowych lampionów w altanie nieopodal i tam kontynuowaliśmy przyjemny wieczór.


Wręczono nam programy z tekstami tak w oryginale, jak i w tłumaczeniach, a panna Elizabeth Rosingten dała niesamowity koncert, wykonując dla nas kilka arii z oper Mozarta (ale czy lubi Pan Mozarta, Panie X?). Wybrane fragmenty poświęcone były głównie miłości, ale jakże różnej od tej, której hołdujemy obecnie, w naszych poetyckich czasach! Była to miłość z czasów naszych matek i ojców, traktowana z taką lekkością i ironią, na jaką było stać tylko ludzi poprzedniego stulecia. Kryształowy głos panny Rosingten unosił ją wysoko, ponad oświetlone księżycowym blaskiem chmury i sprawiał, że wszystko wokół zaczynało brzmieć i stało się muzyką. Po skończonym koncercie część z nas udała się już na spoczynek, gdyż pora była późna, jednak wiele pozostało jeszcze w altanie i, przejmując radosny nastrój wysłuchanych arii, postanowiło bawić się dalej, lecz zgodnie z duchem naszych czasów. Przyniesiono kilka rekwizytów i sztambuch z rycinami, których groteskową wersję przedstawialiśmy w (proszę zgadnąć!) tak, właśnie - żywych obrazach!

(tu będzie żywy obraz, jak tylko prześle go nasz portrecista)

 Nie może pan sobie nawet wyobrazić, ile śmiechu wyzwala ta zupełnie niepoważna, ale jakże przeze mnie lubiana zabawa! Obrazów do naśladowania było wiele, a rolą, która przypadła mi w udziale i najbardziej z przydzielonych w zabawie zapadła w pamięć było przedstawienie dżentelmena szykującego się do skoku do wody (nadmienię szeptem, że autentyczność przedstawienia wymagała ode mnie ofiary złożonej z rąbka sukienki i wszystkich batystowych halek). Zabawa przeciągnęła się prawie do północy, a ponieważ powóz Lady Polley wraz z mnóstwem obiecanych przysmaków z jej spiżarni (oraz Lady we własnej osobie) jeszcze nie nadjechał, zwycięzcom gry w żywe obrazy obiecano klucz do kuchni (w której miały się znaleźć rzeczone smakołyki), a reszcie - zasłużony spoczynek.
Siedzę teraz na łóżku i piszę częściowo w świetle księżyca, gdyż wkrótce skończy się jedyna świeca w pokoju. Moje współtowarzyszki już śpią, pora więc i na mnie! Zanim jednak zgaszę świecę, pożyczę także i panu dobrych snów.


Brightsand, 29 sierpnia 1825 roku

Dzień dobry, Panie X! Słońce już wstało, rzucając jasne promienie na poduszki i złożone na nich twarze, służba krząta się w kuchni i na dworze (sprzątając zapewne pozostałości po wczorajszej zabawie), a... O, właśnie weszła nasza pokojówka, przynosząc dzban z czystą wodą i inne przybory toaletowe. Na chwilę przerwę i wrócę zaraz do pisania uczesana i ubrana jak należy.
Och, jak miło jest po przespanej dobrze nocy, uczesaną lecz jeszcze w peniuarze, zasiąść w wykuszu gotyckich, przestronnych okien i z filiżanką herbaty oraz bułką z konfiturami (oraz innymi przygotowanymi na śniadanie smakołykami) oddać się leniwym rozmowom i lekturze porannej prasy. Czytanie La Book de Visage rozpoczął Monsieur Chantberry, sięgając po przygotowany przez służbę egzemplarz, pewnie celem osłonięcia się nim przed naszym kobiecym świergotem... na próżno! W piśmie bowiem znalazł jeszcze więcej ploteczek i artykułów prezentujących mnogość najnowszych mód, a nawet fragmenty gotyckiej powieści!

Moje pisanie podczas śniadania nie było najmądrzejszym pomysłem, gdyż przerwały je nadchodząca poczta i list do mnie, zwracając tym samym na mnie powszechną uwagę. Któraś z obecnych panien ujrzała na nim pieczęć i szepnęła, że szedł aż z Brukseli, czemu początkowo nie chciałam uwierzyć. Po otrzymaniu go jednak nie miałam już żadnych wątpliwości - przyszedł z Brukseli. Kto jednak mógłby do mnie pisać z tak daleka? Któż to może być? Wnętrze listu ukazało nieznane mi pismo i obcy język, a treść - jego autora, którym okazał się nie kto inny, jak oficer poznany na Balu Księżnej Richmond w 1815 roku! Było to niezwykle miłe i zaskakujące, gdyż nie przypuszczałam nawet, że ów oficer może jeszcze pamiętać o pannie, z którą przetańczył walca na kilka godzin przed pamiętnym Waterloo. List obudził wspomnienia, którym jednak wolałabym się teraz nie poddawać. Być może nadchodząca jesień ze swoimi długimi, wypełnionymi robótką wieczorami pozwoli mi je ułożyć i zrozumieć. Teraz jednak odłożyłam list do podróżnej torby, a wydobyłam z niej starą, ananasową reticule i założyłam spacerowe buty (których użyczyła mi kochana pani Murray. Nie wiem, co bym bez jej pomocy zrobiła! Powiedz sam - jak można zapomnieć zabrać w podróż buty?) i wyruszyłam za oddalającymi się parami pań i panien w stronę zamku na spacer.

Las osłaniał nas gęsty i duszny, ze względu na tropikalną prawie pogodę, tak niecodzienną o tej porze roku. Wkrótce jednak, idąc po pylistej ścieżce i chroniąc zdobne rąbki sukni przed kamieniami, dotarłyśmy do zamku. Z tego miejsca roztaczał się widok na malownicze góry z wystającymi skałami i urwisko. Spacerowałyśmy tam dobrą godzinę, zażywając ruchu podczas godzin przedpołudniowej rekreacji. Wkrótce jednak musiałyśmy wracać, gdyż nadchodziła pora obiadu, a po nim - piknik z grami, podczas którego całkiem poświęciłam się ozdabianiu rysunkami stron tego sztambucha i rozmowom, przez co prawie zupełnie ominęło mnie malowanie portretów. Mogłabym przesłać panu mój wraz z tym fragmentem sztambucha, tylko nie wiem, czy jest taka potrzeba. Z pewnością naruszyłoby to dobre obyczaje, więc właściwie nie żal mi, że go nie wykonano. Słońce leniwie przesuwało się po niebie, goniąc światłem małe chmurki i mogłabym tak godzinami siedzieć w jego promieniach, rysować, popijając lemoniadę z kwiatami czarnego bzu i jedząc ciastka. Nagle jednak zza rogu domu wyłonił się wysoki dżentelmen, a z nim kolejny i zaczęli się zbliżać ku nam. Panna Highpole wstała i przedstawiła nam (znanych części z nas już wcześniej) metrów ze Szkoły Tańca Jane Austen, którzy obiecali dać nam kilka lekcji i objaśnić najnowsze modne tańce, a pod koniec dnia - poprowadzić tańcujący wieczór.


Nauka tańca bardzo mi się przydała, gdyż (mimo mojej dość częstej obecności na wszelakich balach) nie miałam wcześniej możliwości pobierania regularnych lekcji i moja wiedza, a także (czy może raczej: szczególnie) sposób poruszania się wymagały doszlifowania i dopracowania. Od powtarzania kroków i figur wkrótce jednak oderwał nas zapadający zmierzch. Najwyższy czas udać się do pokojów, by zmienić toaletę na wieczorową i przygotować się do szczególnej kolacji i tańców. Przerywam więc na ten moment pisanie, do którego powrócę pewnie jeszcze tej nocy.


Och, ale jestem zmęczona! Wstążki we włosach jeszcze zdają się unosić w powietrzu podczas wykonywania szybkich obrotów i podskoków, które cechują te zabawne i szybkie szkockie tańce. Najbardziej lubię właśnie je! Im taniec szybszy i żywszy; im szybciej bije podczas niego serce i płynie w żyłach krew, tym mocniej doznaję radości, jaka cechuje zazwyczaj osoby tak młode i wolne jak ja. A jednak, nie wiem, czy Pan, Panie X może podzielić moje zdanie w tej kwestii. Czy preferuje pan tańce szybkie, czy woli raczej te dostojne i pełne harmonii, określającej każdą z figur? Nawet, jeśli w ogóle nie lubi Pan tańczyć, na naszym wieczorku znalazłoby się i coś dla Pana, gdyż w środku tańców przerwano je i zaimprowizowano scenę teatralną.

 
Tak, wystawiałyśmy sztukę, którą nie tak dawno temu napisała jedna z nas - Prudence Ophelia Danford, a my przygotowywałyśmy się do niej potajemnie od wczoraj! Nie jestem najlepszą aktorką, ale postarałam się jak najbardziej wiarygodnie wypaść w mojej roli, jednak cały splendor przypadł odtwórczyni głównej roli, która na potrzeby sztuki przeobraziła się w prawdziwego mężczyznę, i to - o zgrozo! - sobowtóra słynnego St. Bones, którego złośliwostki publikowane są niekiedy na łamach La Book de Visage. Śmiechu było co niemiara, gdy nasz udawany pastor wystąpił naprzód z kazaniem, obleczony w nazbyt duże, męskie odzienie, z twarzą przyczernioną w miejscu zarostu i włosami ułożonymi na kształt koafiur elegantów poprzedniej epoki. Sztuka udała się wybornie i, doprawdy, proszę żałować, że nie mógł pan ujrzeć jej na własne oczy!




Teraz biała, muślinowa sukienka, którą miałam na sobie (przewiązaną różową wstążką z bukiecikiem małych, białych różyczek przy pasku) leży już złożona w kufrze, a jeszcze kilka godzin temu, mając ją na sobie wkroczyłam do jadalni pełnej tak pięknie odzianych pań i panów, którzy okazali się moimi znajomymi, przeobrażonymi na wieczór w najelegantsze towarzystwo tej części Anglii. Być może zainteresują Pana szczegóły dotyczące dań, podawanych podczas kolacji. Gdy zadzwoniono i salę wypełnili goście, stoły zastawione były białą, prostą, acz gustowną zastawą, a na jednym z nich piętrzyły się liczne dania: wykwintne pasztety, pieczyste, faszerowane jaja, liczne ciasta z nadzieniem warzywnym lub serem, kremowa zupa z dyni oraz słodkie babeczki z czekoladą. Szczególnym wrogiem mojej wąskiej kibici okazały się: jeden z pasztetów z zapieczonymi w nim kiełbaskami i szynką, a także faszerowane jajka i wspomniane już słodkie babeczki. Chętnie piłam również poncz, który dzięki małej zawartości alkoholu zostawił moje myśli trzeźwymi i pozwolił brać czynny udział w późniejszych zabawach.
Tymczasem kończę już pisanie na dziś. Kieszonkowy zegarek pokazuje wpół do drugiej i pióro samo wypada mi z rąk. Dobranoc Panu.


Brightsand, 30 sierpnia 1825 roku

Dziś już ostatni dzień w miłym towarzystwie w Brightsand! Siedzę na spakowanym kufrze i z okna oglądam, jak wyjeżdżają poszczególni goście. Jedna z dam obiecała pannie Prudence i mnie miejsca w swoim powozie do pierwszej stacji, na której zatrzymują się dyliżanse. To bardzo uprzejme z jej strony, gdyż uratowała nas przed kosztownym wysyłaniem kufrów i podróżą pieszo, która, mimo iż bardzo lubię spacerować, byłaby jednak w tej sytuacji zbyt uciążliwa.
Nie od rana jednak panował ten szczególny zamęt, towarzyszący podróżom i opuszczaniu miejsca, które przez jakiś czas stanowiło nasz dom. Po śniadaniu udałyśmy się na polanę i spacer po lesie, na które część z nas zabrała swoje robótki, a ja - niedokończone rysunki. I właśnie te miłe zajęcia przerwał nam turkot nadjeżdżających kolejno powozów, gwar stęsknionych mężów i dzieci, przyjeżdżających po nasze damy oraz krzątanina tak typowa dla pożegnań. Słońce przesuwa się za moimi plecami, rzucając na gołe deski podłogi coraz dłuższe cienie. Służba krząta się, zwija dywany, przykrywa meble i opuszcza story w oknach. Wkrótce w tym letnim domu zapanuje cisza, a w naszym życiu - gwar codziennych obowiązków. Jak dobrze byłoby się zrzec posady guwernantki, wrócić tu i zamieszkać już na zawsze. Jednak oboje dobrze wiemy - Pan, Panie X i ja, że to nie może mieć miejsca, a sny istnieją właściwie po to, by w końcu się z nich obudzić.


ENGLISH:
The post tells the story of three days spent in 1825 year, which was a theme of LARP-ish meeting of Krynolina reenactment and costume group. During past weekend we spent a nice time enjoying 1820`s games and recreations: walking through forest, rocks and ruins of medieval castle, listening to Mozart`s arias sung by one of us, enjoying regency picnic with historical games, embroidery and drawing, playing tableau vivants and staging a play written by one of us. We took also part in historical dance workshops, late night dances and historical, delicious supper before. It was a wonderful time that gave us a feeling of traveling back in time to dark but romantic 1820s.

12 komentarzy:

  1. Bardzo podoba mi się taka relacja w formie listu.
    ...a co jak Pan X będzie zazdrosny o Oficera z listu? Dostajesz odpowiedź, a w liście, że Oficer już gdzieś leży po pojedynku :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, nie nie będzie z pewnością ;) A oficer niech i tak ma się na baczności ;)

      Usuń
  2. Uwielbiam to ostatnie zdjęcie :D Nie powiem co prawda, że żałuję, że mnie tam nie było, ale aż miło przeczytać, że spędziłyście taki świetny czas! A kiedy przypomnę sobie zdjęcia z zeszłorocznego Ojcowa, aż przecieram oczy ze zdumienia - jeszcze chwila, a to polskie wydarzenia będą wyznaczać poziom europejskich imprez kostiumowych!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bardzo lubię to ostatnie :D Dobre zdjęcia dużo dają, ale i tak najbardziej liczy się dobrze spędzony czas :)

      Usuń
  3. Bardzo przyjemnie się czyta taką relację, rzeczywiście można mieć wrażenie podróży w czasie. No i te zdjęcia, coś pięknego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Podróże w czasie są super :)

      Usuń
  4. Piękne zdjęcia i klimatyczna opowieść, aż mnie wzięło na jakiś kostiumowy film ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Polecam Emmę z 2009 roku, jak coś :D

      Usuń
  5. och łał....! *.* - to jedyne, co mogę wystukać na klawiaturze po obejrzeniu i przeczytaniu takiego świetnego posta! <3 :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha, dzięki :D Cały wyjazd był taki :)

      Usuń
  6. Piękny list :) Uwielbiam ten dawny styl (który tak wspaniale udało Ci się oddać), w jakim kiedyś pisano i mówiono. Szkoda, że współcześnie już się go nie stosuje. Dziś informacje muszą być przekazywane krótko, zwięźle, szybko. Nie ma miejsca na tą dawnej elegancję w wysławianiu się...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też go lubię, od razu wszystko inaczej brzmi :)
      Wiesz, zawsze możesz wziąć udział w kolejnej akcji listowej Krynoliny i wymieniać z kimś dziewiętnastowieczne listy :)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz, Wasze słowa wiele dla mnie znaczą: inspirują, motywują do pisania kolejnych postów... Buduar jest naszym wspólnym miejscem, a Ty, zostawiając komentarz, tworzysz je razem ze mną :)

( w razie pytań, mój adres e-mail: fragileporcelain@gmail.com )

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.