17 października 2012

Shirley - wrażenia po przeczytaniu

Ostatnia z książek przeczytanych w wakacje - najlepsze zostawiłam na koniec :) 
Z tego bibliotecznego łupu cieszyłam się najbardziej. Shirley jest trzecią powieścią Charlotte Bronte i ostatnią jak na razie przetłumaczoną na język polski (ale podobno już tłumaczą Profesora - jeee :D ).



Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę, jest ładna okładka. Lubię takie kolory, a dziewczyna jest trochę intrygująca - czy to Caroline, jak myślałam, na początku, czy może tytułowa Shirley? Niemniej, denerwuje mnie trochę twarda oprawa. Wolę miękką, szczególnie przy grubych książkach - wtedy mogę leżeć, trzymać powieść nad sobą, nie bojąc się, że zaraz spadnie mi na twarz :P (co w sumie zdarzyło się przy Shirley :D ).

W powieści mamy dwie główne (i ładne, co w porównaniu do innych książek panny Bronte jest nowością) bohaterki - delikatną Caroline (która, tak swoją drogą ma moją karnację :) Jeszcze nigdy się z tym nie spotkałam, bo zazwyczaj bohaterki powieści są bardziej wyraziste kolorystycznie. Caroline, myślę, ma karnację typową dla nas - Polek, więc pewnie część z Was też będzie się mogła lepiej z nią utożsamić podczas lektury :)) i mocną, tajemniczą, podobno wzorowaną na zmarłej już wtedy siostrze autorki, Emily Bronte - Shirley. I o ile Caroline jest dość typową postacią w powieści Charlotte, to Shirley... Zacznijmy od tego, że pojawia się dopiero po jakimś czasie, nosi męskie imię i często mówi o sobie w formie męskiej ("kapitan"). Już samo to sprawia, że jest fascynująca. Najbardziej spodobał mi się rozdział, w którym obie zostają same na noc, zauważają pewne nietypowe wydarzenie (nie chcę spojlerować) i postanawiają biec w stronę fabryki. Caroline jest wtedy mdła i podporządkowana, charakter Shirley za to lśni i mieni się wszystkimi swoimi odcieniami.



Inni bohaterowie też są interesujący - Robert Moore ma, moim zdaniem wszystkie cechy gentlemana i oczywiście budził u mnie ekscytację porównywalną z uczuciami Caroline za każdym razem, gdy pojawiał się na kartach powieści. Szczerze mówiąc, to pan Moore pokonuje wszystkich mężczyzn wymienionych w tym głupiutkim poście o przystojniakach jednym spojrzeniem. Oczywiście posiada też wady, jak każda z postaci stworzonych przez Charlotte, ale są to wady typowo dżentelmeńskie :P Myślę, że byłby ideałem ideałów, gdyby połączyć go z niektórymi cechami jego brata. Co do Louisa Moore, to swoją drogą nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem w powieści ze względu na spojler w tyle okładki książki :( Nie czytajcie go, może dużo zepsuć.

Miłym akcentem był też humor, który mimo trzech satyrycznych wikarych stworzonych chyba tylko dla ocieplenia kolorytu powieści, nie ma żadnych cech złośliwości. Jest łagodny i rozświetla tę książkę jak promień słońca. Rozbawiła mnie scena w opowieści Louisa, w której mała Shirley ma dość krewnych, u których mieszka, pakuje się do kufra i ma zamiar po prostu wyjść z domu i nigdy nie wrócić :P Kiedyś, jako dziewięciolatka (na zielonej szkole <lol>) zrobiłam podobnie i scena w książce od razu mi to przypomniała ;) 
Powieści Charlotte w ogromnej części pokrywają się z moim charakterem, pojęciami, systemem wartości i doświadczeniami. Gdy je czytam, chcę wejść do środka, zaprzyjaźnić się z bohaterkami i już tam pozostać (kto by wtedy pisał tego bloga? ;)). To są po prostu "moje książki" i bardzo się cieszę, że na nie w końcu trafiłam.


Również sam sposób pisania jest niesamowity - drobiazgowe opisy angażują wszystkie zmysły, co pozwala poczuć dziewiętnastowieczne wrzosowiska w 100%. Charlotte Bronte potrafi doskonale oddać stany emocjonalne bohaterek, szkoda tylko, że nie spróbowała też opisać odczuć pana Moore (bo jego brata poznajemy od środka poprzez kilka kartek dziennika - szkoda też, ze nie ma ich więcej). Wtedy powieść byłaby wielowymiarowa, a ja miałabym więcej mojego Roberta :P
No i trudno się nie zgodzić z zarzutami dziewiętnastowiecznych krytyków, że Shirley jest zbyt fragmentaryczna... Na początku tego nie widać, ale im bliżej końca, tym więcej niepłynności, niestety. Charlotte kończyła powieść w żałobie po dwóch ukochanych siostrach i bracie, więc trudno też żądać, żeby książka była jednolita, ale z drugiej strony fajnie byłoby móc poznać również tę końcową część historii w taki sposób, w jaki poznawaliśmy jej początek.




Na koniec napiszę tylko, że żałuję, że Charlotte Bronte nie żyła dłużej i nie napisała więcej książek. Shirley dała mi cudowną iluzję życia w XIX wieku, która przetrwała jeszcze kilkanaście dni po przeczytaniu. 

Oceniam ją 9/10

Wrzosy, wśród których robiłam zdjęcia :)


PS. Szkoda, że nie ma adaptacji filmowej :( Ale za to Shirley przypomniała mi o cudownym serialu Północ i Południe (pan Thornton jest trochę jak Moore ;) ), o którym wkrótce :)

PPS. Środkowy obrazek w nagłówku bloga to właśnie Shirley :)

5 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. OMG! Właśnie wczoraj skończyłam oglądać kolejny raz "Północ i Południe"! Eh, Pan Thornton! ;) Haha, w dodatku jestem w trakcie planowania notki na bloga o tymże serialu, więc gały mi z orbit wyszły, jak zobaczyłam Twoje "PS." :D

    Co do "Shirley" - KONIECZNIE muszę przeczytać, gdyż Charlotte Bronte jest niewątpliwie moją mistrzynią, jeśli chodzi o XIX-wieczną literaturę. :) Książka jest gruba, więc albo będę czytała po kawałku przez dłuugi czas, albo będę czekać na jakiś większy okres wolnego czasu. Niemniej jednak nie mogę sobie odpuścić Shirley, tym bardziej, że tak fajnie ją opisałaś!
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to się zgrałyśmy! :D Ciekawa jestem, czy nasze wrażenia po serialu będą podobne ;>

      A co do Shirley, to jest trochę mniej mroczna, niż Jane Eyre i trochę bardziej optymistyczna, ale to wciąż Charlotte, więc warto przeczytać :)

      Usuń
  3. Wahałam się jeśli chodzi o tą książkę. Kupić, nie kupić.. Ale teraz wiem że kupię. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja też ją kupię, jak będą większe fundusze :) Na razie cały czas wypożyczam, ale marzy mi się własna biblioteczka z ukochanymi książkami, w których mogłabym notować na marginesach i bazgrać do woli :))

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz, Wasze słowa wiele dla mnie znaczą: inspirują, motywują do pisania kolejnych postów... Buduar jest naszym wspólnym miejscem, a Ty, zostawiając komentarz, tworzysz je razem ze mną :)

( w razie pytań, mój adres e-mail: fragileporcelain@gmail.com )

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.