9 lutego 2013

Les Mis

Tak, byłam w kinie nie przeczytawszy książki, nie zobaczywszy musicalu w żadnym wykonaniu... kompletna ignorancja - i co z tego wyszło?

źródło

Ale zanim zacznę o filmie, słówko o książce, która gnije na mojej liście już szósty (tak, tak) rok i za każdym razem, gdy chcę coś przeczytać i zastanawiam się, czy może wziąć do domu Nędzników, moja wewnętrzna odpowiedź brzmi: nie... może później, a teraz coś innego... 

I tak, z pewnym zażenowaniem własną osobą :P zasiadłam w wyznaczonym fotelu, zaczęłam oglądać i... co oni... śpiewają?! A, bo to przecież musical jest -_- A ja z musicalami to nie bardzo - fakt, żadnego prawdziwego nie widziałam (ten post to jakaś ściana wstydu :D ), ale sama forma kojarzy mi się z czymś wyjątkowo sztucznym, przeładowanym, patetycznym i ogólnie nie dla mnie...

I tak, siedząc w kinie i przez pierwsze 20 min walcząc ze śpiewanymi kwestiami postanowiłam, że odłożę na bok wszystkie moje uprzedzenia, przemyślenia oraz inne takie, które zazwyczaj dzieją się w mojej głowie podczas oglądania filmów, czytania książek i czego tam jeszcze i po prostu, w naiwny, dziecięcy sposób dam się ponieść tej opowieści, zaryzykuję.



Po 20 minutach przyzwyczaiłam się do tej śpiewanej konwencji (nie chodzi tylko o śpiew, aktorzy też przez to zupełnie inaczej grają) i zaczęłam śledzić losy bohaterów (których jest wielu i z których lubiłam chyba wszystkich) splatające się ze sobą na tle wspaniałego, monumentalnego, dziewiętnastowiecznego Paryża. Oczywiście, tło wydarzeń wygląda nienaturalnie, trochę bardziej jak nasze wyobrażenie o dziewiętnastowiecznym mieście, niż ono samo takie, jakie faktycznie było. 
Ruch kamery tym bardziej potęguje wrażenie jego wielkości, ale to w niczym nie przeszkadza, wprost przeciwnie - dobrze oddaje emocje, jakie targają bohaterami i widzowi łatwiej się w nich wczuć.



Podobało mi się to, jak śpiewali aktorzy. Wiele się słyszy, że ich wersje w porównaniu z teatralnymi są niedoskonałe itd., ale może właśnie przez to nie da się wysłuchać ich obojętnie. Gorzkie, surowe wykonanie I dreamed a dream Anne Hathaway przed kamerą wycelowaną bezlitośnie w jej twarz zawiera w sobie tyle żalu, smutku, rozpaczy i siły zdeptanej kobiecości, że do dzisiaj (chociaż od seansu słuchałam go wielokrotnie) walczę ze łzami. 
I z resztą walczyłam z nimi kilka razy w ciągu całego filmu, szczególnie na końcu (nie chcę spojlerować) i przy scenach z małą Cosette.



Nędznicy poruszają wiele różnych strun w duszy widza i grają na nich jak na dobrze nastrojonej harfie. Sama historia jest opowiedziana bardzo dobrze, wątki przeplatają się, ale nie sposób się wśród nich zgubić.
Sporym atutem filmu jest obsada, każdy aktor jest na swoim miejscu :) Szczególnie podobał mi się Hugh Jackman i oczywiście wspomniana Anne, a jedynym, który nie do końca mi podszedł, był filmowy Marius. Jeśli chodzi o bohatera do kochania :) to u mnie już o wiele lepiej sprawdził się w tej roli Jean Valjean, mimo iż nie miał nawet żadnej miłosnej sceny (magia kina :D ).



Bardzo fajnym rozwiązaniem było też zaangażowanie Saschy Barona Cohena i Heleny Bonham Carter do roli małżeństwa Thenradierów. Sceny z ich udziałem równoważyły ogólną wymowę filmu, wnosiły trochę ironicznego, ale nie przesadzonego humoru. W ogóle cały film jest doskonale wyważony - jest patos, ale nie prowokuje szyderstwa, jest ironia, ale nie przechodząca w sarkazm... Co do sarkazmu, to mam ten nieładny zwyczaj sarkastycznego komentowania filmów, nawet takich, które lubię (:P). Tutaj za każdym razem, gdy tylko próbowałam, ironiczne ostrze tępiło się, nawet nie dotykając fabuły.



Paradoksalnie, tak sztuczny gatunek, jak musical, okazał się do bólu (a raczej do łez) prawdziwy. Z kina wyszłam odmieniona, to było coś w rodzaju katharsis. Pewnie teraz się śmiejecie, ale czy pamiętacie to uczucie, gdy byliście dziećmi i zobaczyliście niesamowitą bajkę? Tylko dzieci potrafią tak przeżywać, a Nędznicy umożliwili mi cofnięcie się w czasie do wieku tej wyjątkowej niewinności, gdy wszystko było dobre i piękne. Po seansie byłam autentycznie szczęśliwa, rozpromieniona, a mój śmiech stał się tak dźwięczny, że w domu niejednokrotnie obrzucili mnie badawczym spojrzeniem z rodzaju tych: "czy wszystko z tobą w porządku?" :)))



Oczywiście nie chcę tutaj pisać, że Nędznicy są genialnym arcydziełem. Każdemu podoba się co innego i pewnie część z Was zobaczy ten film i pomyśli "o co tej wariatce chodziło?!", dlatego lepiej ostrzegę Was, że ten post jest skrajnie subiektywny, i taka też będzie moja ocena filmu:

10/10

A na koniec, mój ulubiony utwór One day more - enjoy :)

I piszcie, czy byliście już na tym filmie i jak Wasze wrażenia - jestem bardzo ciekawa :)

__________________________________________________

Wszystkie obrazki wykorzystane w poście (oprócz pierwszego) pochodzą z serwisu weheartit.com

14 komentarzy:

  1. Byłam, widziałam. Po pierwsze jestem w szoku że Russel Crowe umie tak śpiewać. :D Po drugie epicki, wspaniały film, wartościowe przesłanie... Dosyć niemodne ostatnimi czasy, aż zdziwiłam się że dostał tyle nagród. I ta piosenka na końcu...
    Jedyną rzeczą do której można się przyczepić, są te śpiewane dialogi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Russel Crowe ładnie śpiewał :) i w ogóle dobrze zagrał :)
      A dialogi faktycznie trochę denerwujące, ale tak jak pisałam, po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do tego śpiewania wszystkiego, co tylko możliwe :P

      Usuń
  2. Mi jakos trudno uwierzyc ze to jest dobry film, jakos mnie odrzuca, chyba przez te rewolucje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tej rewolucji w filmie też nie pochwalałam (ja tam jestem zawsze po stronie króla :P ), ale to jest tylko jeden z wielu wątków, i to nie najważniejszy, więc da się przeżyć :)

      Usuń
  3. Zastanawiałam się nad pójściem na ten film... Wkrótce czeka mnie jednak "Tajemnica Westerplatte"-bardzo jestem ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie widziałam. Do mojej mieściny filmy docierają niestety z opóźnieniem. :/ Skoro tak zachęcasz to już na pewno się wybiorę, tym bardziej, że lubię musicale (np. Moulin Rouge). :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak lubisz musicale, to idź, pewnie Ci się spodoba :)

      Usuń
  5. O! Właśnie zamierzam się na to wybrać. Przyznaję, że mnie ogromnie zachęciłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze :) Film fajnie się ogląda, chętnie bym poszła drugi raz.

      Usuń
  6. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! Byłam w kinie tydzień temu, a nadal myślę o tym filmie. Chętnie jeszcze raz bym go obejrzała:)
    A muzyka to po prostu obłęd! Też ją uwielbiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D Ja dzisiaj cały dzień męczę "Suddenly". Nie mogę przez to oderwać się od kompa :D :D

      Usuń
  7. zostałaś nominowana do Liebster Award. wszystkie szczegóły znajdziesz na moim blogu. www.secret-kate.blogspot.com

    ;*

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz, Wasze słowa wiele dla mnie znaczą: inspirują, motywują do pisania kolejnych postów... Buduar jest naszym wspólnym miejscem, a Ty, zostawiając komentarz, tworzysz je razem ze mną :)

( w razie pytań, mój adres e-mail: fragileporcelain@gmail.com )

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.