27 marca 2014

"Wiem, że mój świat jest prawdziwy. To jedyne, na czym mi zależy"

Czy można zekranizować poezję, przenieść na celuloidową taśmę misterne konstrukcje słów i ciemną głębię metafor? Czy współczesny widz, oglądając taki film może zrozumieć i poczuć to, co jest istotą dziewiętnastowiecznej poezji?


Nie miałam o tym pojęcia, dopóki w 2009 roku nie zobaczyłam filmu Bright star w reżyserii Jane Campion, jakże różnego od jej Fortepianu, a jednak równie mocno (może nawet bardziej) urzekającego.

To, co jest w tym filmie niezwykłe, to to, że opiera się on na listach i wierszach angielskiego poety z początku XIX wieku, Johna Keatsa, i jest nakręcony zgodnie z ich estetyką i według zasad nimi rządzących. Nie znajdziemy w Bright star wielkich emocji, ani ludzkich dramatów wyciskających z oczu łzy, ani porywającej akcji. To, co Jane Campion proponuje w zamian jest jednak wiele od nich cenniejsze.


Harmonijny układ, jaki panuje w sonetach Keatsa przeniesiony jest wprost na ekran. To, co otrzymujemy po połączeniu poezji i kina, to historia, która urzeka swoją autentycznością, prostotą i estetycznym ładem, jaki panował przed dwustu laty, a za którym my - ludzie zmęczeni szalonym postmodernizmem od czasu do czasu tęsknimy.

Mimo opartej na toposie nieszczęśliwej miłości fabuły, Campion nie ukazuje nam kolejnej typowej, melodramatycznej historii romansu biednego poety z dziewczyną z dobrego domu. W Jaśniejszej od gwiazd liczą się bardziej uczucia, niż wydarzenia; wyobrażenia i myśli mają większą wartość, niż czyny, a sny na jawie cenniejsze są niż działanie.


Zgodnie z filozofią, jaką w swoich utworach kierował się Keats, w filmie doznania i emocje bohaterów rozpływają się w otaczającym świecie, przyjmując jego cechy, co osiągnięto poprzez liczne zbliżenia. Poetycka mikrologia, skupienie się na drobnym wycinku rzeczywistości nasyca ją znaczeniem i daje wrażenie obcowania z dziewiętnastym wiekiem nieomal namacalnie.

Tym, co zwraca na siebie uwagę w filmie jest też jego wyjątkowa, zmysłowa estetyka. Szerokie, otwarte kadry komponowane są z pieczołowitą dbałością o szczegóły, co sprawia, że czasem przypominają nam one karty z dziewiętnastowiecznego sztambucha. Towarzyszące im kolory harmonizują z odczuciami bohaterów, a powściągliwa muzyka, której większą część stanowią ludzkie głosy (serenada Mozarta) i śpiew słowika sprawia, że ogólne wrażenie filmu odbierane jest synestetycznie. Wrażenia wielu zmysłów łączą się w jedno doznanie, które pozwala nam niemal poczuć ciepło letniego popołudnia w 1819 roku, które Keats i Fanny spędzili na wspólnej przechadzce.


Staranności obrazu dopełnia również dbałość o szczegóły scenografii i kostiumów. Bohaterowie filmu nie są bogaci (przypuszczam, że i my żylibyśmy podobnie, jak oni), toteż nie znajdują się w ociekających złotem pałacach. Uwolnienie ich z kostiumowego stereotypu zaowocowało bardzo autentycznym obrazem życia angielskiej klasy średniej. Panna Brawne nie posiada wielu przedmiotów, za to te, które ma, wydają się tak prawdziwe i dostępne, że wystarczy niemal sięgnąć ręką, aby ich dotknąć: książki, które czyta, serwis, w którym podaje herbatę są łudząco podobne do tych, które, nieco już podniszczone, możemy dziś zobaczyć w muzeach, za szklaną gablotą. 



W filmie to, co wydaje się już tylko resztkami dziewiętnastowiecznego życia, fragmentami minionej i niemożliwej do odzyskania rzeczywistości, ożywa. Staje się codzienne i zwykłe, a właśnie przez to tym bardziej godne uwagi. Tym, co dopełnia idealnej kreacji (czy raczej odtworzenia) dziewiętnastowiecznego życia jest nieśpieszne trwanie, w którym bohaterowie znajdują czas na dostrzeżenie i docenienie drobnych gestów, przedmiotów i szczegółów obecnych w ich życiu, w których zamyka się jego sens. Słyszany w tle śpiew słowika staje się piękny dla samego śpiewu, nie dla chwil, którym towarzyszy.



Keats i Fanny są świadomi śmiertelności i przemijalności zarówno ich świata, ich miłości, jak i nich samych, dlatego starają się uchwycić jak najwięcej wrażeń; jak najlepiej przeżyć swoje motyle trzy dni, których wspomnienie będzie w mocy oświetlić pozostałe pięćdziesiąt zwykłych lat.

 “I almost wish we were butterflies and liv'd but three summer days - three such days with you I could fill with more delight than fifty common years could ever contain.”



W Jaśniejszej od gwiazd triumfuje klasycystyczna harmonia zamknięta w sekwencjach scen płynnie przechodzących jedna w drugą, rozdzielonych na strofy w ledwie kilku miejscach za pomocą twardego montażu. Obecną w filmie subtelność uczuć doskonale oddaje powściągliwa, a jednak bardzo bliska rzeczywistości gra dwojga pierwszoplanowych aktorów. Łagodna mimika twarzy i nieśmiałe gesty współgrają z wplecionymi w dialogi wersami poezji Keatsa, która w filmie brzmi tak naturalnie, jak towarzyszący jej śpiew ptaków za oknem, szmer wiatru między gałęziami kwitnących drzew, nasz własny oddech... 
Jednocześnie cierpienie Fanny po stracie jest tak autentycznie dojmujące i prawdziwe, że na jego widok odbiorca filmu zaczyna czuć się nieswojo, mimo, iż obserwuje je tylko zza uchylonych drzwi.


Sens życia bohaterów objawia się w ich twórczości. Panna Brawne szyje swoje sukienki nie tylko ze względu na fanaberię - tworzenie, powolne przekształcanie materii towarzyszy każdemu ważniejszemu momentowi w jej życiu. Sceny drobiazgowej pracy nożyczek, igły i nici; rozdzierania materiału; wreszcie symbolicznego obcięcia włosów i przywdziania czarnego, prawie męskiego stroju oddają stan ducha bohaterki lepiej, niż słowa, zaś fragmenty listów i wierszy Keatsa, które powstają na naszych oczach, dopełniają dziewiętnastowiecznego obrazu powinowactwa dusz.


To, co wydawałoby się niemożliwe, pod kierunkiem utalentowanej reżyserki okazało się rzeczywistością. Jaśniejsza od gwiazd jest filmem niezwykłym i nietypowym, a przez to na pewno nie spodoba się każdemu. Tym jednak, którzy są wrażliwi na piękno poezji, szczególnie dziewiętnastowiecznej i lubią nielinearny sposób odbioru sztuki; wracanie do tych samych wersów, by zatopić się w poszukiwaniu ich najgłębszego sensu, szczerze go polecam. Oglądając Bright star ma się świadomość obcowania z poezją, ze sztuką i z XIX wiekiem w najczystszej, pozbawionej jakichkolwiek konwencjonalnych rozwiązań formie.

10/10

25 komentarzy:

  1. Od dłuższego czasu przymierzam się do tego filmu, mam lekkie opory, bo słyszałam, że jest przejmująco smutny, a ja takich filmów w tym nastroju staram sobie oszczędzać :) Ale tak smacznie to wszystko opisałaś... Chyba się przełamię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, trochę smutny jest na pewno, ale nie nazwałabym go depresyjnym. Jest raczej poetycki, a jego melancholia - jasna, także nie ma się czego obawiać :)

      Usuń
  2. Jestem pewna, że jeśli w najbliższym czasie obejrzę jakiś film, to będzie to właśnie "Jaśniejsza od gwiazd"! Uwielbiam Keatsa. To jest ten obraz Johanny, o którym Ci mówiłam: http://johannaost.com/955-la-belle-dame-sans-merci Prawda, że cudowny? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znałam go wcześniej :O Rzeczywiście, cudny jest! Najładniejsza jest chyba ta berta z czerwonych kwiatów, nie mogę przestać na nią patrzeć *_*

      Usuń
  3. To ja powiem tak - nie "trawię" tego filmu. Głównie dlatego że byłby świetny gdyby ktoś inny zagrał Fanny (była nie tylko irytująca, ale przez większość filmu zdecydowanie słabo zagrana, zwłaszcza w porównaniu z resztą obsady) - a wiadomo,że jeżeli najlepsze są sceny bez głównej bohaterki na ekranie to nie jest dobrze;). Ale dla roli Bena Whishawa było warto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie się podobało jak zagrała. Może nie była olśniewająca, ale do postaci i całego filmu pasowała mi jej gra. Choć z drugiej strony coś jest na rzeczy z bohaterką... Może przez nietypowe stroje, dość nowoczesne poglądy i równie nowoczesny brak regencyjnych loczków przy twarzy..? ;)

      Usuń
  4. Miałam bardzo mieszane uczucia po obejrzeniu ,,Jaśniejszej od gwiazd", ale chyba fakt, że bardzo często powracam do fragmentów, tych ,,wycinków rzeczywistości" z filmu świadczy o tym, że ostatecznie film bardzo mi się spodobał. I ostatnia scena, scena recytacji bardzo mnie wzrusza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tak samo! :D Często po obejrzeniu filmu jestem albo obojętna, albo rozdrażniona i wydaje mi się, że nie będzie to mój ulubiony film, ale jednak stale wracam do fragmentów na yt i przez to po jakimś czasie nie mogę już bez niego żyć :P

      Usuń
  5. Oglądałam i ogólnie podobał mi się bardzo klimat filmu (te malownicze widoki, kolory... <3), zgadzam się jednak z Maqdą co do Abby Cornish w roli Fanny... Coś tu było nie tak. :/ Fortepian chyba jednak bardziej mi się podobał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fortepian jest na pewno mroczniejszy i intensywniejszy, jeśli chodzi o emocje. A na "Jaśniejszą..." trzeba mieć odpowiedni nastrój ;)

      Co do Abby Cornish - tak, jak pisałam wyżej. Dla mnie jej gra była ok, za to w konstrukcji samej postaci (na moje oko) jest coś, co sprawia, że nie do końca nam ona pasuje. Ale nie uznaję tego za minus filmu, lubię rozkminiać nad takimi rzeczami :P

      Usuń
  6. Mnie ten film bardzo się podobał - ogromnym plusem jest tu niepowtarzalny klimat. No i zakończenie totalnie rozbraja emocjonalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak :) Niby zwykły wiersz, zwykła recytacja, a w środku tyle emocji! To właśnie sprawia, że ten film jest tak nietypowy :)

      Usuń
  7. Ooo, cieszę się, że ci się podobał! Na blogach widziałam do tej pory negatywne recenzje, co oczywiście poddawało w wątpliwość mój filmoznawczy gust :D Nie zgadzam się z dziewczynami wyżej. Abby Cornish na pewno nie miała tu wybitnie wymagającej roli, dlatego trudno się dziwić, że nie było spektakularnych emocji. Wygrywała właśnie tymi subtelnościami, a w scenie przy schodach już pod koniec filmu wydawała mi się taka prawdziwa, że aż sobie parę razy ją cofnęłam! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio jest tyle negatywnych recenzji? To chyba potwierdza, że to po prostu nie jest film dla wszystkich, na niego trzeba mieć nastrój.
      Scena przy schodach jest bardzo mocna! W kinie naprawdę czułam się nieswojo i aż uciekałam wzrokiem, żeby nie patrzeć, jak Fanny cierpi...

      Usuń
    2. Ja też spotkałam się z wieloma negatywnymi opiniami ludzi, którzy są wielbicielami kina kostiumowego... I nie rozumiem dlaczego, "Bright star" uważam za film znakomity, tak jak w ogóle filmy kostiumowe Campion... Poza niewątpliwą wartością artystyczną są one świetnie realizowane kostiumowo. Bardzo podoba mi się dbałość o szczegóły i "smaczki" epoki, nieraz nawet prozaiczne... (Polecam jeszcze "Portret damy"... Ale może po lekturze książki!). Np. w "Portrecie damy" w jednej ze scen, gdy do apartamentu hotelowego wynajmowanego przez główną bohaterkę przychodzi nieproszony (męski) gość, pojawia się moment konsternacji, bo tu na wieszaku drzwi wisi gorset, a tu z szuflad wystają pończochy...

      Usuń
    3. No właśnie, w tych filmach fajne jest to, że oprócz kostiumów mają też wartość artystyczną, bo jednak większość produkcji kostiumowych to tylko kino rozrywkowe...
      Na prawdę zachęciłaś mnie i w Jamie Michalika, i tutaj, by kiedyś wziąć się za "Portret damy". Ale poczekam jeszcze - tę książkę czytał ktoś kiedyś mi bliski ;) i przez to teraz mogłaby przywołać niepotrzebnie wspomnienia. Wpiszę ją na listę i kiedyś na pewno przeczytam :)

      Usuń
  8. Zajęcia z filmoznawstwa skutecznie mi, jakby to delikatnie ująć, obrzydziły Jane Campion i dotąd nie mogłam się zabrać do tego filmu :D Zwłaszcza, że Keats...Czasami boli, co filmotwórcy potrafią zrobić z wielką literaturą :D Opis sympatyczny, chociaż właśnie ze względu na tego poetę chyba spodziewam się czegoś więcej, bo sensualizm wydaje się czymś oczywistym. Chciałabym zobaczyć w filmie jakiś odblask jego "negative capability", ale pewnie nie zobaczę.

    OdpowiedzUsuń
  9. U mnie na zajęciach z filmoznawstwa na pierwszym roku czułam się jak przedstawiciel niedouczonego plebsu, no bo "jak można nie znać prawie na pamięć filmów z lat 70.?!" :D W końcu z nich zrezygnowałam i pojawiłam się tylko po wpis :P

    Obejrzyj go i przekonaj się sama :) Choć z drugiej strony bywa tak, że jak się ma wysokie oczekiwania, potem jest się zawiedzionym... Często tak mam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, cóż. U nas dziewczęta wszystkie prawie, jak na zawołanie, chciały robić film Jane przy omówieniu (mieliśmy takie półroczne ćwiczenia, gdzie każdy miał wybrać jakiś film i go przerabiać z grupą na prowadzonych przez siebie zajęciach). Pół roku i w kółko to samo. Do tego momentu lubiłam jej filmy, potem wychodziły mi uszami :D W takiej sytuacji wolałabym już chyba filmy z lat 70-tych, nawet te najgorsze :D Ten film mnie strasznie kusił, ale nie poszłam do kina. Jeśli będzie mi się podobał z kolei pewnie będę żałować, bo z Twojego opisu i tego, co gdzieś tam w internetach krąży można wywnioskować, że jego siłą napędową są piękne, klimatyczne obrazy.

      Usuń
    2. W takim razie dziwię Ci się! :D U nas na egzaminie w najnowszej literatury polskiej (1989-teraz) każdy losował tylko jedno pytanie, a drugie - dzieła wybranego twórcy - miał opracować w domu i zaprezentować w formie referatu. Prawie wszystkie dziewczyny wybrały Olgę Tokarczuk i po kilku godzinach egzaminatorzy nie mogli już o niej słyszeć :D

      Usuń
  10. Jeden z moich ulubionych filmów. Chętnie do niego wracam, chociażby dla samych kadrów. Tak jak napisałaś jest bardzo poetycki.
    Fajny post, miło było przeczytać jak odbiera ten film ktoś, kto zna się na poezji i posługuje poezją. Ja zawsze bardziej zwracam uwagę na obraz, kolory, kompozycja, klimat i takie tam, teraz to już chyba skrzywienie zawodowe... :-/ Do głowy by mi nie przyszło, że harmonia wiersza może zostać przekazana na ekranie. Nigdy nie patrzyłam na to, z tej strony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma skrzywienia zawodowe, u mnie taki odbiór Bright star też jest skrzywieniem :D Choć wracam do niego tak, jak Ty - ze względu na piękne kadry. Ach! Móc się tam znaleźć choć przez chwilę! <3

      Usuń
  11. "Wiem, że mój świat jest prawdziwy. To jedyne, na czym mi zależy". Skąd jest ten cytat? Czego on dotyczy? Pozdrawiam :) Zosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest cytat z filmu (ale moje nędzne tłumaczenie). Wypowiada go Fanny, również w tym załączonym w poście filmiku ^^ O ile dobrze pamiętam, chodzi o jej więź z Keatsem :)

      Usuń
    2. Tłumaczenie brzmi bardzo dobrze (chociaż nie znam oryginału). Bardzo interesujące zdanie. :)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz, Wasze słowa wiele dla mnie znaczą: inspirują, motywują do pisania kolejnych postów... Buduar jest naszym wspólnym miejscem, a Ty, zostawiając komentarz, tworzysz je razem ze mną :)

( w razie pytań, mój adres e-mail: fragileporcelain@gmail.com )

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.