19 czerwca 2014

"Myślenie często napełniało mnie smutkiem, kochana, lecz działanie nigdy"

Większość z Was już pewnie wie (i ma dość mojego fangirlowania na facebooku :P ), że wprost oszalałam na punkcie tej książki! Przygotujcie się na bardzo entuzjastyczny tekst :)


Północ i Południe jest jedną z tych książek, które w Polszcze pojawiły się już po filmowej adaptacji. Niestety - bo część z nas po zobaczeniu filmu nie potrafi już sobie wyobrazić świata przedstawionego po swojemu i "stety" - bo gdyby nie doskonały serial, pewnie wiele z nas nigdy by o tej powieści nie usłyszało, nie mówiąc już o błogosławieństwie, jakim są aż dwa tłumaczenia na język polski. Jeśli porównamy powieść z serialem, dostrzeżemy, że na ekranie wiele rzeczy zostało pozmienianych (ale tak umiejętnie, że nie zaburza to fabuły, ani nie zniekształca tego, co zawarła w swojej książce Gaskell - może za wyjątkiem niechlubnego czynu Johna w przędzalni, której to sceny w książce na szczęście nie było! :) ). Przede wszystkim szorstkie charaktery bohaterów zostały wyprasowane, co widać najbardziej u Higginsa. W filmie mamy do czynienia z działaczem społecznym, przypominającym współczesnych nam związkowców, podczas gdy w powieści Nicolas jest bardziej złożoną postacią - inteligentny, twardy jak kamień, brutalny w swoich poczynaniach, a przy tym prosty i biorący świat takim, jaki jest. Higgins w powieści zdecydowanie bardziej przypomina dziewiętnastowiecznych robotników, niż jego filmowa wersja, przy czym muszę przyznać, że bardzo go polubiłam i to nie tylko za jego szczerość i dobre serce, ukryte pod dość nieokrzesanym obejściem - składnia i leksyka jego wypowiedzi też były cudowne <3 Chyba pokuszę się o angielski oryginał.



Znienawidziłam natomiast matkę pana Thorntona i cały czas żywiłam cichą nadzieję, że jednak w którymś rozdziale wpadnie pod omnibus >:) W filmie była dumna, surowa i nieustępliwa, przez co wzbudzała refleks, ale w powieści po prostu jest potworem. Za każdym razem, jak wzdychałam do Thorntona i zastanawiałam się, czy ma jakieś wady, przypominałam sobie o jego matce i zdejmowała mnie groza. O, pani Gaskell, dlaczego nam to robisz! Podczas czytania fragmentów z matką, wyglądałam mniej więcej tak, przy czym jednocześnie niemałą przyjemność sprawiało mi analizowanie dość skomplikowanych zależności między bohaterami. Większość z nich ma mocne charaktery i to ich konfrontacje wzbudzały moje największe zainteresowanie. Tym razem pani Gaskell nie zawiodła mnie. Oprócz wątków społecznych, w powieści znalazły się również dość wnikliwe analizy psychologiczne, przy czym należy pamiętać, że to wciąż Elizabeth Gaskell, nie panny Bronte. Nie znajdziemy w tej powieści całej gamy emocji, różniących się od siebie ledwie zauważalnymi tonami, lecz raczej mocno działające na wyobraźnię opisy odczuć i doznań bohaterów. Bardzo ucieszyło mnie to, że Gaskell poświęciła miejsce na uczucia Thorntona, czego Bronte zazwyczaj nie robiła (i do czego miała prawo - Charlotte rozmawiała zaledwie z kilkoma mężczyznami w życiu, podczas gdy Elizabeth, jako żona pastora musiała mieć kontakt z parafianami i siłą rzeczy znać ich rozterki, co dawało jej słusznych rozmiarów materiał na męskich bohaterów). Co do samego Thorntona - napiszę tylko, że jest jeszcze lepszy, niż w serialu. Podczas czytania, ze zdziwieniem odkrywałam, że ma on wszystkie cechy mojego ideału mężczyzny i że lepszego i bardziej pasującego mi bohatera już chyba w żadnej książce nie znajdę. Więcej nie napiszę, bo nie chcę, żeby ten post zamienił się w odę pochwalną na cześć Thorntona (za to, jaki jest) i pani Gaskell (za to, że go wykreowała).



To, co jeszcze podobało mi się w powieści, to sposób podejścia bohaterów do uczuć. Różni się on co prawda od tego, co znajdziemy w powieściach mojej ukochanej Charlotte, lecz równie fascynujący. Bohaterowie Północy i Południa są niesamowicie powściągliwi i opanowani - z zewnątrz nic nie zdradza szalejącego w ich wnętrzu sztormu. Wnikliwy obserwator jednak zauważyłby (to zdanie często pojawia się w powieści) ledwie widoczną zmarszczkę na twarzy, rozszerzone źrenice, lekkie drżenie głosu... Tylko drobny szczegół wymyka się wiktoriańskiej kontroli i uporządkowaniu, by stać się furtką do bogatego wnętrza bohatera i kłębiących w nim odczuć. Przyznam, że przy tej powieści kilka razy zdarzyło mi się nawet płakać. Margaret ze swoją wewnętrzną, kobiecą siłą i mocnym poczuciem tego, co jest właściwe (które często nakazuje jej łamać konwenanse i ściągać na siebie kłopoty) zyskała moją ogromną sympatię, toteż gdy Gaskell doświadczała ją kolejnymi stratami i ściągała na nią kolejną żałobę i udręczenie; gdy poczucie utraty było tak silne, że cały świat wydawał się zaciągnięty czernią, powietrze zbyt ciężkie, by nim oddychać, a myśli zbyt umęczone, by biec zwykłym sobie torem, z żalu nad panną Hale popłynęły łzy. Co miałam robić? Chyba tylko to, co bohaterowie tej powieści, gdy skrywane emocje stają się dla nich zbyt silne - odwrócić się plecami do innych i do całego świata. Zostać sam na sam z rozrywającym cierpieniem, sposobem Thorntona wybrać drogę samozniszczenia.


Takie są reguły Północy - miejsca, w którym ludzie skazani są na ciężką pracę od rana do wieczora, spędzają życie w cieniu i w niekończącym się huku wiktoriańskiej maszynerii. Ich miejsce jest w ziemi, nie dla nich zbytki i zabawa, ani rustykalne uroki spokojnego życia na Południu. W takim mieście i poprzez takie, bądź co bądź traumatyczne wydarzenia kształtują się ich charaktery. Trzy lata, które obejmują czas trwania powieści odciskają na Margaret i Johnie piętno starości, chociaż oboje wiekiem nadal są młodzi. Gdy czytałam ostatni rozdział i dostrzegłam w nich te nieodwracalne zmiany, gdy widziałam, z jakim chłodem i obojętnością się do siebie odnoszą, znowu miałam oczy pełne łez. Chciałam rzucić książką i wrzasnąć: Pani Gaskell, dlaczego pani mi to robi?! Skoro w życiu nie ma szczęśliwych zakończeń, niechże przynajmniej w książkach będą!
Ale pani Gaskell dobrze wiedziała, co i jak pisze. Północ i Południe to nie tylko powieść o niemożliwej do zniesienia stracie i cierpieniu, które jest w stanie przemielić każdy, nawet najtwardszy charakter. To też powieść o tym, jak złe rzeczy zamienić w dobre, jak można nauczyć się pozyskiwać kształtujące nas doświadczenie z traumatycznych wydarzeń; o tym, że często jesteśmy w stanie znieść to, co wydaje się nie do zniesienia i że to właśnie świadczy o naszej sile.


I w tym odzwierciedlają się również społeczne wątki obecne w książce. Nie jest to literatura, do jakiej przywykliśmy, czytając społeczne powieści pozytywistów, czy realistów. Nie znajdziemy tu bohatera zbiorowego, ani wnikliwych analiz wpływu zasad wolnego rynku na jakość życia robotników. To bardzo kobieca powieść i takie jest też obecne w niej spojrzenie na kwestie społeczne. Gaskell traktuje swoich bohaterów indywidualnie. Nie ma klasy panów i robotników, bo każdy jest inny i każdy odpowiada za siebie. Jednocześnie przebieg akcji i wypowiedzi bohaterów pokazują wyraźnie, że przemoc, wyzysk, bezmyślne popieranie różnych ideologii oraz zasada głosząca, że cel uświęca środki przynoszą tylko cierpienie i straty. Gaskell nie neguje zasad wolnego rynku, tylko łagodzi je kobiecą ręką - proponuje dialog i współpracę zamiast walki klas, współczucie i zrozumienie zamiast próby sił, równowagę w miejsce relacji nadrzędno-podrzędnych.



Ten tekst jest niewystarczający. Mogłabym napisać jeszcze z dziesięć takich lub założyć osobnego bloga z postami poświęconymi różnym wątkom tej powieści. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że ten tekst w ogóle nie jest obiektywny i pewnie części z Was (szczególnie tej, która nie toleruje kobiecego pisarstwa) nie podobała się / nie spodoba się ta powieść. Cóż, miałam to szczęście, że sięgnęłam po nią w odpowiednim momencie życia i przez to Północ i Południe stało się dla mnie wyjątkowe. I to na tyle, że (po raz drugi w życiu) mam ochotę otworzyć książkę znów na pierwszej stronie i przeczytać ją jeszcze raz. Waham się tylko, czy wrócić do tłumaczenia, czy też raczej pokusić się o oryginał. Może to drugie..?



10/10 ♥

30 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawa recenzja :) Na razie mam w planie oglądnąć serial Północ Południe, a jeśli on mi się spodoba przeczytam może także i książkę.
    Koniecznie za drugim razem przeczytaj oryginał, nic nie jest w stanie lepiej przekazać co pisarz/pisarka chciał/-a dokładnie powiedzieć czytelnikom niż jej/jego własne słowa :) Ja mam pewną listę książek, którą chciałabym przeczytać w oryginale, ale nigdy niestety nie mogę się za to zabrać ( bo musiałabym często sięgać do słownika, co wybiłoby mnie z czytania). Ale może kiedyś... Gdy podszlifuję jeszcze bardziej mój angielski :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obejrzyj koniecznie :)
      Właśnie chyba ostatecznie kupię oryginał i tak przeczytam tę książkę. Jak by nie było, treść już znam i zamiast tłumaczyć ze słownikiem, może uda mi się czytać po angielsku, zerkając do polskiego tłumaczenia..? Choć z drugiej strony język angielski z XIX wieku na razie skutecznie mnie odstraszał od eksperymentowania :D

      Usuń
    2. Język angielski XIX wieku jest cudowny i bardzo, bardzo zachęcam do czytania oryginałów, w szczególności powieści wiktoriańskich<3 Serce mi rośnie, jak widzę takie recenzje:)

      Usuń
    3. Dziękuję :) Dotychczas mocno obawiałam się czytania w oryginale ze względu na mój zamierający, nieużywany od lat angielski... Ale skoro PiP już znam, to może zrozumienie treści po angielsku nie będzie takie trudne, a w dodatku będę mogła delektować się oryginalną mową Higginsa :D i Thorntona chyba też - z fragmentów w porozrzucanych w sieci wnioskuję, że on również miał dość osobliwą mowę :D

      Usuń
  2. Też mam ochotę pokusić się o oryginał. :) Z "Północ i Południe" to jest tak, że nieustannie mam ochotę wracać do tej historii - przeczytać fragment powieści, obejrzeć filmik, posłuchać soundtracku. John i Margaret żyją w moim sercu, w Twoim zapewne tak samo, Porcelanko. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak :D Teraz najchętniej kupiłabym program do obróbki filmów i całymi dniami robiła w nim filmiki z P&P :P Szkoda tylko, że nie mam na to czasu i są inne, pilniejsze wydatki...

      Usuń
  3. Lubie ten film ale aktorka grająca główną bohaterkę mnie nie przekonuje. Książki nie czytałam ale pierwsze wydanie tej książki ukazało się chyba jeszcze w XIX wieku w Tygodniku Ilustrowanym od nr 295.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, jak dla mnie Daniela zagrała dobrze, choć jej uroda pewnie nie każdemu się spodoba, bo różni się trochę od większości współczesnych aktorek, także tych grających w filmach kostiumowych. Co do serialu, mnie za pierwszym razem bardzo drażniła Fanny, siostra Thorntona ;)
      Tak, wiem, próbowałam go kiedyś otworzyć w jakimś katalogu internetowym, ale się nie dało...

      Usuń
    2. Ja mam, moge podesłać ale jest tego sporo a nie potrafie zbierac tego w zipie.

      Usuń
    3. Nie szkodzi, może być w kilku mailach :) Podeślesz? fragileporcelain@gmail.com

      Usuń
  4. Mam obie wersje powieści: polską i angielską, ale w oryginale jeszcze nie czytałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzisiaj ostatkiem sił powstrzymałam się przed zakupieniem angielskiej :D Kasy za mało, czekam na wypłatę :P

      Usuń
  5. Jestem bardzo ciekawa, jakie miałabyś wrażenia po przeczytaniu oryginału! Jak już przeczytasz, koniecznie o tym napisz! Fajnie, że znalazłaś książkę, która tak bardzo do Ciebie przemawia - ja tak mam z "Hrabim Monte Christo", którego czytam raz, a czasem nawet dwa razy do roku i który ciągle budzi we mnie te niesamowite emocje. A cytat rozpoczynający post to chyba od dziś będzie moje motto :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten cytat jest świetny, nie? W książce znalazłoby się jeszcze kilka fajnych, ale oczywiście nie zaznaczałam ich / robiłam zdjęć na bieżąco i teraz nie potrafię ich znaleźć -_-
      A Hrabia jeszcze przede mną - ilość stron skutecznie odstrasza :D

      Usuń
    2. Ale tam są same dialogi, Porcelanko! Jak pojawia się jakiś opis, to trwa trzy zdania :D Dumas zdecydowanie nie utrudniał życia czytelnikom :D

      Usuń
    3. To może się skuszę kiedyś. Hrabia jest na mojej liście, tak, jak kiedyś była chyba ze 2 razy dłuższa Wojna i Pokój, więc kto wie..?

      Usuń
  6. Mamusia pana Thorntona... No cóż, musiał mieć w końcu jakąś wadę. :D Gdy skończę 2 książki, które teraz czytam, to może wreszcie zabiorę się za PP. Chyba 2 razy zabierałam się już za tą książkę, ale zawsze albo jakaś inna bardziej mnie wciągała, albo nie starczało czasu... Czasem tak mam. W tym przypadku pewnie chodzi o moją ogólną niechęć do industrialno - fabrycznych klimatów. Ale pan T. jest tak wychwalany, że z samej ciekawości zacznę jeszcze raz... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ostatecznie na jego korzyść przemawia fakt, że nawet trzymał ją w ryzach i ignorował, jak stawała się nieznośna :)
      Czasem tak w ogóle jest - książkę kupiłam w lutym 2013 i ponad rok czekała, aż będę miała na nią nastrój. Generalnie, lepiej nie czytać na siłę, bo nic dobrego z tego nie wyniknie, tylko poczekać na odpowiedni moment :)

      Usuń
  7. Thornton=Ryś. Nie ma przebacz :D Nie potrafię sobie wyobrazić kogokolwiek innego w tej roli. Nawet jeśli chodzi tylko o wyobrażenie rodzące się podczas lektury ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, to prawda! Choć ja Thorntona wyobrażałam sobie jednak trochę... hmm... grubszego (?), to jednak rysy twarzy, głos i wszystko inne miał jak najbardziej Rysiowe <3

      Usuń
  8. Książka wspaniała, acz czytałam w innym wydaniu i w innych tłumaczeniach :) Serial również uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest cudowna! Jak tylko przyjdzie wypłata i jakoś ogarnę finanse, kupię sobie oryginał :)

      Usuń
  9. Zanim obejrzałam serial sięgnęłam po książkę - jeśli tylko jest możliwość to staram się robić tak zawsze (nie jestem pewna, czy w przypadku "Gry o tron" mi się uda, ale spróbuję). Byłam świeżo po lekturze "Żon i córek", więc w porównaniu z ostatnią powieścią Gaskell "Północ i południe" nudziło mnie i irytowało. Zdecydowanie wolę klimaty typu english cottage od industrialnych opisów życia w miastach z czasów rewolucji przemysłowej. Dlatego też nad "Północ i południe" przedkładam powieści Austen i sióstr Bronte, choć zdecydowanie doceniam wyrobiony, znakomity styl Gaskell, jej olbrzymią wiedzę i świetnie skonstruowane psychologicznie postaci i na przykład "Cranford" uważam za ideał wśród książek powstałych na wyspach.
    Uwielbiam te wszystkie wredne matrony, na widok których zaciskają się pięści (pełno ich na przykład u Austen) - pani Thornton wpisuje się w ten schemat znakomicie. Są takie charakterne, pełne życia, takie prawdziwe, że to aż boli - stworzenie tego typu postaci świadczy o maestrii pisarza. Thorntona pokochałam, ale nie powiem, żeby to był mój najbardziej ulubiony bohater literatury XIX-wiecznej. Może teraz, po tym, jak minęło trochę czasu od lektury innych książek Gaskell, które w porównaniu z tą zachwyciły mnie o wiele bardziej, "Północ i południe" odebrałabym inaczej, ale jakoś mnie do niej nie ciągnie. Serial był świetny, ale też nie powalił na kolana (poza nosem Richarda Armitage'a, który jest bezkonkurencyjny; no i jego głosem, którego nie jestem w stanie odpowiednio docenić, jako że w głowie siedzi mi tylko głos Sherlocka, ale i tak obłędnie mi się podobał). Reasumując - książka dobra, ale na kolana mnie nie powaliła, jakoś mi w niej zbyt wielu rzeczy brakowało, Thornton cudowny, ale zbyt sztywny (przez tę cechę nigdy nie zdołałam Darcy'ego polubić).
    Ja wiem, że wg Ciebie herezje wypisuję, wiem - bardzo mnie wzruszyło to, że odnalazłaś książkę, która takie emocje w Tobie wzbudziła, którą tak pokochałaś, bo mi to przypomina wszystkie moje fascynacje literackie. Tak bardzo by się chciało każdą z nich przeczytać znów po raz pierwszy... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ale długi komentarz, dzięki :)

      Gdy myślę o Żonach i córkach, mam wyrzuty sumienia, bo zabrałam się za nie w złym momencie i przez pisanie pracy mgr czytałam książkę z bardzo długimi przerwami, a to nie pozwoliło mi jej odpowiednio docenić. Cranford nie znam, a Ruth w ogóle mi się nie podobała. Także, gdy sięgałam po PiP, zastanawiałam się, czy to będzie dobra książka i czy nie zniszczy dobrego wrażenia po serialu ;)

      Wiejskie, angielskie klimaty, małe miasteczka, półdzikie wrzosowiska też uwielbiam, ale czasem lubię sobie od nich odpocząć, wędrując po innych rejonach wiktoriańskiego świata.
      Wredne matrony, zwane przeze mnie wrednymi babskami :D to już chyba znak rozpoznawczy tego typu literatury. Duma i Uprzedzenie też miała swoją Lady Catherine.

      Serio? Mnie zachwycił, a jak czytałam książkę i siłą rzeczy porównywałam ją z serialem, wszystkie (prawie) zmiany wprowadzone przez scenarzystkę okazywały się zasadne i jednocześnie dobrze oddające sens powieści oraz zamysł Gaskell.

      Richard w roli Thorntona cały jest cudowny, a jego nos i głos szczególnie <3 Za to sam Thornton może byłby mniej sztywny, gdybyśmy mieli szansę poobserwować go trochę wcześniej. W jednym z rozdziałów pan Bell wspomina, że John zmienił się nie do poznania, i że wcześniej był skory do żartów ;)

      Obcojęzyczne zawsze można jeszcze przeczytać w oryginale - to jakby drugi pierwszy raz ;)

      Usuń
  10. Pamiętam film pod tym tytułem z bardzo dawnych czasów, ale nie czytałam książki.
    Ale chętnie sięgnę - klimat może być fajny! :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest bardzo fajny :)
      Choć możliwe, że masz na myśli film o wojnie secesyjnej pod tym samym tytułem. Amerykańskie Północ-Południe jest bardziej znane i często obie książki / filmy się mylą. Brytyjski serial nakręcono w 2004 roku - po tym na pewno go znajdziesz :)

      Usuń
  11. Ale dlaczego odebrałaś zakończenie jako smutne? Tzn. jako aż tak bardzo smutne? Owszem zmienili się, atmosfera książki też nie jest "łatwa i przyjemna", ale ja kiedy skończyłam ostatni rozdział do jednak odetchnęłam: "Czyli jednak nie same nieszczęścia!".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, samo zakończenie to oczywiście happy end, choć właściwie prawie do końca książki wszystko wygląda tak, jakby zakończenie miało być nieszczęśliwe ;)

      Usuń
  12. Zgadzam się z przedmówcą, zakończenie jest piękne :) Prawdę mówiąc, czytając niektóre wcześniejsze fragmenty nie mogłam się czasem opędzić od skojarzenia z wierszem Brzechwy o czapli i żurawiu :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, coś w tym jest! :D Ech, uwielbiam tę powieść <3

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz, Wasze słowa wiele dla mnie znaczą: inspirują, motywują do pisania kolejnych postów... Buduar jest naszym wspólnym miejscem, a Ty, zostawiając komentarz, tworzysz je razem ze mną :)

( w razie pytań, mój adres e-mail: fragileporcelain@gmail.com )

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.