23 września 2012

Piknik na wrzosowisku

Pewnego ciepłego, niedzielnego popołudnia, zainspirowana Rozważną i romantyczną oraz Emmą, postanowiłam tak, jak dziewiętnastowieczne bohaterki spędzić czas.




Taki piknik w pojedynkę nie miałby sensu, więc musiałam zachęcić do niego innych, co nie było łatwe - najchętniej zostaliby w domu :)

Miałam jeszcze jeden szalony pomysł - podobnie, jak Maria Antonina zobaczyć wschód słońca, ale na to nikt nie chciał się zgodzić, więc postanowiliśmy trochę zmodyfikować plany i ostatecznie wszyscy zgodzili się na piknik i zachód słońca w jednym :)

Teraz, gdy w zimną, jesienną już niedzielę piszę ten post, do głowy przychodzi mi tylko ciepła, słoneczna muzyka z filmu Bright Star - return i negative capability.




Dzień był bardzo gorący i słoneczny, ale wieczorem zrobiło się znośniej. Zapakowaliśmy wodę z sokiem i ciasto, na głowy włożyliśmy kapelusze - i w drogę!
Postanowiliśmy wspiąć się na jedno z łagodnych, zielonych wzgórz, ale zanim weszliśmy na szczyt, naszą uwagę przyciągnęły fioletowe połacie na polance pod brzozami. Podeszliśmy bliżej i okazało się, że to wrzosowisko :)





 Niewielkie kępy wrzosu porastały polanę. Nie wchodząc nawet na wzgórze, zatrzymaliśmy się tam. Dla mnie ten wrzos był dodatkową ekscytacją, bo uwielbiam Anglię, wrzosowiska i powieści sióstr Brontë (muszę się jeszcze zapoznać z Anną...), a wtedy na dodatek byłam tuż po lekturze Shirley. Co prawda ta drobna roślinka wzbudziłaby w Angliku tylko śmiech politowania, bo ich wrzosy są o wiele większe i wspanialsze, ale ja tam nie narzekam :) Byłam zachwycona tym odkryciem i zaraz po rozłożeniu się na trawie zabrałam się za robienie zdjęć:


wrzosy w kolejnych fazach zachodzącego słońca

W takiej scenerii nasze skromne ciasto i sok smakowały przepysznie, a leżące poniżej nas pola i łąki po gorącym dniu zaczęły ożywczo, miodowo pachnieć... Właściwie przez ten czas nie robiliśmy nic konkretnego - tak to jest, jak mieszczuch ruszy się z domu, wejdzie w naturę i nagle zaczyna postrzegać ją z bliska, jakby był jej częścią - wtedy widzi i czuje się więcej niż zza szyby wieżowca czy samochodu. Tak więc chłonęliśmy to popołudnie wszystkimi zmysłami, leżąc rozciągnięci na trawie i od czasu do czasu rozmawiając.


W końcu zaczęło zachodzić słońce... 



Kolejne jego fazy uchwyciłam na zdjęciach. Może to dziwne, ale w tym czasie prawie nie rozmawialiśmy. Gdy było już prawie ciemno, zebraliśmy się i wróciliśmy spacerem do domu, zostawiając wrzosowisko bezszelestnie ciche. W drodze powrotnej zaczął towarzyszyć nam radosny, biały pies, który po jakimś czasie się odłączył i pobiegł inną drogą.




Gdy tylko wpadłam na pomysł takiego pikniku, zastanawiałam się, czy to się w ogóle może się udać - bo przecież mamy wiek XXI, a nie XIX... Teraz ludzie inaczej spędzają czas, a siedzenie i obserwowanie zachodu słońca brzmi dla nich nudno, ale - o dziwo - wszystko wyszło doskonale :) Może nie mieliśmy porcelanowej zastawy i innych dziewiętnastowiecznych akcesoriów (kto by to dźwigał?), ale nastrój i przeżycia były bardzo dziewiętnastowieczne. Ostatecznie uznaliśmy, że w przyszłym roku będziemy częściej robić takie krótkie, popołudniowe wycieczki i mam nadzieję, że ten plan wypali.


Jak widać niewiele trzeba, by na chwilę znaleźć się w świecie sprzed dwóch wieków :)


Miłej niedzieli!

9 komentarzy:

  1. Eh, jak miło jest czasem oderwać się od naszej szarej rzeczywistości. Już od dawna marzę o takim pikniku na łonie natury. Niestety nie mam kiedy, gdzie i z kim. Pozdrawiam Cię gorąco! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorzej jest z czasem, niestety... Bo nakłonić przyjaciół (na babskie pogaduszki nie w kawiarni, tylko w parku) i miejsce znaleźć można :) Pozdrowienia!

      Usuń
  2. Wspaniale spędzony czas, w pięknej scenerii. Też tak bym chciała. :) Ale moi znajomi raczej nie nadają się do czegoś takiego... U nich dobra zabawa to... A, szkoda pisać. Chyba trzeba poszukać nowych znajomych. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze można jeszcze spróbować z rodziną, chociaż z nimi w sumie trudno się współpracuje ;P
      A w najgorszym wypadku - zostaje dobra książka...

      Pozdrawiam (:

      Usuń
    2. Zazwyczaj zostaje właśnie książka. :) Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Przepiękne zdjęcia. Od razu poczułam wakacyjne słońce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) To zasługa tego łagodnego, ciepłego światła - szkoda, że powoli zaczyna nam go brakować...

      Usuń
  4. Co za piękna sceneria. Marzę o takim pikniku, ale, no cóż, moi znajomi wolą pub albo jakaś pizzerię. Ja zdecydowanie wolałabym piknik pod drzewem z koleżankami i kolegami ( oczywiście, żeby było do pary ). No tak, ale ja po prostu jestem beznadziejną romantyczką.
    Móc się przenieś w tamte czasu to byłoby coś pięknego. Ale to niemożliwe więc trzeba zadowolić się literaturą z tamtych czasów.

    Bardzo piękne zdjęcia.
    I znalazłam tyle tu ciekawych rzeczy! :)

    Pozdrawiam,
    Necco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz :)
      Może czasem warto zaskoczyć znajomych i po prostu zaprosić ich na taki piknik (a wszystko przygotować samemu)?
      W sumie to łatwo mi pisać, a tak na prawdę mam z tym sama problem, bo moi znajomi, mimo tego jacy są wspaniali, to jednak nie podzielają moich zainteresowań...
      Dobrze, że są książki ^^ to w sumie najszybsza droga do XIX w. :)

      Pozdrowienia (:

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz, Wasze słowa wiele dla mnie znaczą: inspirują, motywują do pisania kolejnych postów... Buduar jest naszym wspólnym miejscem, a Ty, zostawiając komentarz, tworzysz je razem ze mną :)

( w razie pytań, mój adres e-mail: fragileporcelain@gmail.com )

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.