16 czerwca 2015

Panny Pensjonarki jadą na Waterloo

Gdyby to był poważny i oficjalny tekst, z pewnością zaczęłabym go od tego, jaki to zaszczyt brać czynny udział w rekonstrukcji wydarzeń spod Waterloo, które miały miejsce równe 200 lat temu. Pisałabym o historyczno-edukacyjnej misji tego projektu i roli, która szczęśliwie nam w nim przypadła. Ale ponieważ to jest tylko mój blog, będzie nieco inaczej...

źródło


Niektórym nie trzeba chyba pisać, do czego nawiązuje tytuł tego posta. Tak właśnie wiele miesięcy temu określiłyśmy autoironicznie nasze bardziej mrzonki, niż projekta, głównie z gatunku "To się nie może udać". Plan był prosty: uszyć najlepsze stroje, jak dotąd, przedostać się do Belgii i imprezować z żołnierzami w 1815 roku przez kilka dni. Potem wrócić do domu, wyczesać historyczne loczki, wyrzucić liściki zza gorsetu i na ostatnią chwilę wpaść do pracy jak gdyby nigdy nic. Proste?


Anne-Louise Girodet, Mademoiselle Lange as Diana (1799) "Boziu, ześlij pieniążek" ;_;

Nie, nic z tych rzeczy! Księga rachunkowa Panien Pensjonarek, zawierająca wyłącznie koszta (bez wpływów, hm, hm, ciekawe, dlaczego?) zwiększała swą objętość właściwie codziennie - bo i skąd wziąć pełen zestaw bielizny (no hej, nowa sznurówka to przecież artykuł pierwszej potrzeby!), kilka sukni, dodatki do nich, spencer, kapelusz, biżuterię, będącą kopią tej z początku wieku, dwie pary pantofelków, wachlarz, kilkanaście innych, mniejszych drobiazgów, i papierowe kwiaty, i jakieś 27384 napoleonodorów na podróż. Ech, gdy już pogodziłam się z faktem posiadania długów w każdej europejskiej stolicy (niczym bohaterowie Vanity fair ;) ) i zostania tym samym pariasem rekonstrukcji, pojawił się jeden mały, nic nie znaczący szczegół. Otóż...


Nie pojedziemy na Waterloo, bo wszystkie bilety są już wyprzedane. To zdanie przyprawiło mnie nieomal o rozpacz, bo przecież od wieków z Marylou gadałyśmy nocami o żołnierzach (obczajki na fejsbuku i takie tam --> hehehe ), o Water, robiłyśmy listy strojów do uszycia i ogólnie zarywałyśmy noce przez napoleońskich żołnierzaków, a żadna nawet nie wpadła na pomysł, żeby sprawdzić ceny biletów i to, czy w ogóle są. Płakałam pół nocy, a Mary na drugim końcu Polski wtórowała mi. Gdy w końcu zasnęłam, śniło mi się, że lecę samolotem do Belgii. Z moim kotem, ale nieważne,
Tymczasem niepozorne zgłoszenie na bal po drugiej stronie konfliktu (Anglicy om nom nom Dżordże przystojne tak bardzo) zostało przyjęte. Nasze przygotowane na szybko portfolio ze strojami wzbudziło mały entuzjazm organizatorów i tak pewien brukselski pałac otworzył przed nami swe podwoje, zapraszając na historyczny bal Księżnej Richmond. Dobrze.



Następnego dnia stwierdziłam, że nie ma możliwości, żebym nie jechała. Zabrałam się do pracy w swym brzydkim, roboczym fartuszku z myślą, że choćbym miała własnymi zębami wygryźć w ziemi tunel do Belgii - zrobię to i będę na 200 rocznicy Waterloo, jako mięso armatnie i głupia dzierlatka wkurzająca żołnierzy.
Jak wyglądało organizowanie wyjazdu za granicę, do kraju, w którym żadna jeszcze nie była (a w stolicy nie istnieje na przykład coś takiego, jak "komunikacja miejska") przez trzy urocze pensjonarki, można sobie tylko wyobrazić. Gdy okazało się, że nie możemy zarezerwować hoteli, nie ma łączności komunikacyjnej między poszczególnymi miejscami, po bilety trzeba iść pieszo do Brukseli, w dodatku mistrz tańca gołymi rękami zamorduje każdego, kto nie potrafi zatańczyć "3 ecossaises from Almanach Ges. Vergnügen 1815" (cokolwiek to jest) , a jedna z grup proponująca nam ochronę podczas bitwy nie dostała akredytacji i nie może brać udziału w bitwie, Kasia powiedziała z rezygnacją: Ej dziewczyny, strasznie trudny jest ten wyjazd na Waterloo.



Zaiste, nie jest łatwo. Ale Krynolina nigdy się nie poddaje! Kilkadziesiąt genialnych i błyskotliwych planów oraz mnóstwo zarwanych nocy później, po batalii z szefem o urlop i z bankierem o fundusze, trzy panny z wrodzoną dystynkcją i ładem zabrały się za wykańczanie swych olśniewających kreacji zaczęły w szale szyć #wszystkonaraz Cóż po długotrwałych riserczach i przeglądaniu od miesięcy miliarda rycin modowych z 1815 roku, skoro jakimś dziwnym trafem jeszcze nie zrobiło się z nich pożytku? Panic sewing w swym najbrutalniejszym wydaniu trwał w najlepsze, o tym zaś, jak nie zostać Comtesse du Poracha czytałam po godzinach w dziewiętnastowiecznych poradnikach. Tańce ćwiczyłam w pracy, autobusie i przy wieszaniu prania. Dieta "oszczędzam na Water" pozwoliła mi zapoznać się z różnymi rodzajami szlachetnej i tej nie do końca pleśni, a mordercze ćwiczenia na siłowni, których ilość z okazji nadchodzącego balu zwiększyłam o jakieś 200% miały zapewnić mi... no może nie giętkość i lekkość pani Taglioni, ale na pewno dzięki nim na balowej sali nie będę przypominała niedźwiedzia lub żaby (dobra, skreślam to na pewno D: ).


Mogłabym tak jeszcze pisać i pisać, ale dochodzi druga w nocy, za 3 godziny wstaję i jadę najpierw żelazną koleją do Warszawy, a następnie powietrzną machiną czasu - do Brukseli w 1815 roku. Nie wiem, czy nasz plan się uda i Panny Pensjonarki trafią pod Waterloo; nie wiem, czy nie zostaną wyrzucone z balu za brak wystarczających umiejętności tańca i nieznajomość etykiety; nie wiem nawet, czy zdążą powykańczać swoje stroje na czas, bo pierwszy raz piszę o wydarzeniu, zanim ono nastąpi. To historia, która dopiero zostanie napisana, a jej ciąg dalszy poznacie wkrótce. 

Once upon a time - is now!

P.S. Nie wiem, jak z zasięgiem w 1815 roku, ale jeśli uda się go jakoś złapać, śledźcie bieżącą relację na instagramie.

11 komentarzy:

  1. Nie łam się!!! Dacie radę!!! I pomyśl jak się z tego będziecie śmiać za jakiś czas :)

    OdpowiedzUsuń
  2. :-O To już jest jak jakaś bitwa pod Waterloo. Nie dajcie się, walczcie do końca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam na myśli waszą walkę, by wyjazd doszedł do skutku...

      Usuń
  3. Trzymam wszystkie kciuki i nie mogę się doczekać Waszych opowieści :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Tekst przeczytałam z zapartym tchem. Czuć tę atmosferę gorączkowych przygotowań. Na pewno zostanie Ci to wynagrodzone. ;)
    Baw się dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Życzę powodzenia pod Waterloo i liczę na obszerną relację ;) Zwłaszcza, że w poniedziałek czeka mnie z tego egzamin...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz, Wasze słowa wiele dla mnie znaczą: inspirują, motywują do pisania kolejnych postów... Buduar jest naszym wspólnym miejscem, a Ty, zostawiając komentarz, tworzysz je razem ze mną :)

( w razie pytań, mój adres e-mail: fragileporcelain@gmail.com )

Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.