27 grudnia 2013

Co myślę o costumingu i jak do tego podchodzę?

Dzisiaj będzie bardziej post - pogadanka. Właściwie, to powinnam go napisać jeszcze zanim zabrałam się za szycie pierwszej sukienki, ale wtedy nie miałam pojęcia, że w Polsce jest trochę więcej osób, zajmujących się nieprofesjonalnym szyciem kostiumów. Myślałam, że można nas - fanki dawnego ubioru i, ogólnie - życia, policzyć na palcach jednej ręki, a jednak, po jakimś czasie dziewczyny założyły Krynolinę i okazało się, że jest nas więcej :)


Zacznijmy od tego, że mnie fascynuje przede wszystkim dawne życie, we wszystkich aspektach, nie tylko kostiumowych. Bo i co da sam kostium, pozbawiony akcesoriów, w brzydkim otoczeniu, założony tylko do zdjęcia, bo innych okazji brak? Myślę, że tak, jak nie szata zdobi człowieka, tak samo nie szata stworzy osiemnasto- / dziewiętnastowieczny nastrój (choć na pewno w tym pomoże ;) ). A właśnie na tym zależy mi najbardziej i właśnie takim próbom daję wyraz na blogu.

Jako, że uwielbiam wszystkie eksperymenty i chętnie czytam takie posty u innych (niekoniecznie kostiumowych) blogerek, zaczęłam sama eksperymentować z dawnym życiem, a przede wszystkim akcesoriami, kosmetykami, gotowaniem - to "dla ciała". Duszę karmię chętnie dawną muzyką, książkami, wizytami w ogrodach i pałacach, a także spotkaniami Krynoliny, na których wszystko, co dawne pięknie ożywa. 
Oczywiście to wszystko nie satysfakcjonuje mnie do końca, dlatego wciąż szukam nowych dziedzin dawnego życia, z którymi mogłabym pobawić się na blogu (i oczywiście planuję też kilka nowych postów "teoretycznych" - takich, jak ten o dandysach, ale to w swoim czasie) :)

Wiem, że wiele z Was traktuje kostium jako główne zainteresowanie, a resztę jako dodatek. U mnie kostiumy są tylko jedną z wielu części składowych tego, co robię na blogu i czego szukam w dawnych czasach, dlatego chyba niewłaściwie byłoby mówić, że zajmuję się kostiumingiem jako takim. Dla mnie piękne suknie nie są punktem wyjścia, lecz raczej dopełniają reszty.


Poniższe zdjęcia pochodzą z jednej z moich ulubionych sesji zdjęciowych. Aktorka Emily Blunt pozowała przed obiektywem dla magazynu Vanity Fair (2009); źródło obrazków

Kolejną istotną rzeczą jest odróżnienie tego, co robię od rekonstrukcji. Rekonstrukcje uwielbiam obserwować i to zarówno na żywo (w Polsce są chyba tylko wojskowe, ale to nic - zapach prochu i armatnie wystrzały bywają równie ekscytujące, co bale ;) ), jak i w sieci (a wtedy chwyta mnie ogromna zazdrość, gdy widzę te zagraniczne bale w oryginalnych wnętrzach... Ach, móc znaleźć się tam choć przez chwilę!), ale zdaję sobie sprawę, że takie rekonstrukcje są szalenie kosztowne - i to zarówno ubiór, jak i całe otoczenie - wynajem sali, orkiestry, catering, same stroje i towarzyszące im akcesoria, do tego powozy, służba... Aby być rekonstruktorem, trzeba mieć górę pieniędzy (lub żyć za granicą - tamtejsze pensje pozwalają na rozwijanie rekonstruktorskich pasji. Nasze - niekoniecznie...), a potwierdził to pewien napoleoński żołnierz, którego poznałam (a jakże!) na rekonstrukcji bitwy pod Austerlitz i z którym miałam przyjemność wymieniać później listy (czy raczej wiadomości przez Internet ;) ) przez jakiś czas.



Mimo to, zawsze można próbować. Zloty Krynoliny, czy inne wydarzenia organizowane domowymi sposobami nie będą może tak spektakularne, jak prawdziwe rekonstrukcje, ale też nie o to chodzi. Ważne, żeby się dobrze bawić i czuć ducha dawnych czasów w sobie! :)
I tym zdaniem mogłabym właściwie podsumować moje podejście do wszystkiego, co wiąże się z kostiumingiem.


Szyć (jeszcze) nie umiem i niestety nie mam w rodzinie prawdziwej krawcowej, ale za to moja babcia szyje z wykrojów z Burdy od parudziesięciu lat i jej doświadczenie jest dla mnie skarbnicą wiedzy. Jednocześnie samo opanowanie tak ogromnych ilości materiału, jakie potrzebne są do uszycia sukienki często po prostu mnie przerasta. Nie mam wyczucia, jak rozmieścić wykrój na materiale, żeby wszystko się zmieściło i wyszło ekonomicznie, nie mam dostępu do dawnych wykrojów, a przede wszystkim - nie mam funduszy na odpowiednie materiały. Jasne, że można na prawdę tanio zrobić zupełne dziadostwo, rażące plastikiem na kilometr, na głowę włożyć perukę przypominającą porcję bitej śmietany i bawić się w XVIII wiek (patrz TU), jednak nie o to mi chodzi.

Wolę, gdy wszystko mieści się w granicach dobrego smaku i jest złotym środkiem pomiędzy: poprawnością historyczną, możliwościami finansowymi i współczesną, romantyczną wizją historii.

W Internecie, głównie na zagranicznych blogach natykam się czasem na suknie, które, choć uszyte z historycznie poprawnych materiałów (tafta, brokat, mora, prawdziwe koronki...) i według przeskalowanych, dawnych wykrojów, są po prostu... brzydkie. Wyglądają niezgrabnie, jakoś tak źle leżą, a kolory, choć odpowiadające historycznym oryginałom, na współczesnych dziewczynach tylko gaszą ich urodę... To samo tyczy się makijażu - grube, czarne brwi i rozległe plamy czerwonego różu są jak najbardziej osiemnastowieczne, to samo - zupełny brak makijażu (a w gratisie - wypryski, nierówny koloryt cery, przezroczyste brwi i rzęsy oraz sińce pod oczami) przy sukni z XIX wieku, lecz czy to ładne...?

Dlatego uważam, że nie ma co przesadzać w żadną stronę i warto jednak wziąć poprawkę na nasz współczesny gust i wizję historii ;)




Dla mnie idealnym wzorcem są kostiumy filmowe - tam historyczność i współczesność łączą się w gustowną, harmonijną całość i nie pozostaje nic, tylko wzdychać i robić wishlisty :D Dopiero, gdy upatrzę sobie jakąś suknię na filmie, szukam obrazów / ilustracji z dawnych żurnali i porównuję ją z oryginalnymi wersjami sukni. W trzeciej kolejności zazwyczaj szukam inspiracji na blogach, choć równie dobrze wszystko może dziać się w zupełnie odwrotnie :P 

Oczywiście ceny tych filmowych kostiumów mogą przyprawić o omdlenie, dlatego tutaj robię ustępstwo, szyjąc z materiałów lumpeksowych. Umówmy się - suknia szyta z zasłon nigdy nie dorówna tej stworzonej z nowiutkiego, przeznaczonego dokładnie na ten cel materiału, ale, jako że nie pozostaje mi nic innego, korzystam z tego, co mam. Podobnie sprawa ma się z wykrojami - skalować, ani modelować na manekinie nie umiem, nie mam też nikogo, kto mógłby mi pokazać, jak to się robi na żywo, dlatego zostaje mi przekształcanie wykrojów z Burdy, a te, jak wiadomo, oryginalnym formom nie dorównają... Wyżej opisane ustępstwa również sprawiają, że jakoś tak głupio mi trochę mówić o stuprocentowym kostiumingu w moim wydaniu... W dodatku tysiące błędów, które popełniam po drodze - tu coś nie tak, tam coś źle... O tym było już w poście bieliźnianym, będzie w tym o sukience osiemnastowiecznej i pojawi się pewnie jeszcze nie raz. Ktoś, kto jest początkujący, będzie popełniał błędy, lecz, o ile łatwo jest je naprawić w przypadku nieudanego kosmetyku / dania (lub zrzucić winę na zły przepis :D ), o tyle gorzej naprawić źle skrojoną sukienkę, gdy materiału brak, a w lumpie nie ma już drugiej takiej samej zasłony... To są właśnie te moje problemy, które jak kłody rzucają mi się pod nogi i spowalniają mnie w biegu po kolejny kostium. A jeśli już mowa o kłodach, to prawdziwym wielkim kłodziskiem jest brak czasu. Nie wiem, jak Wam, ale mnie uszycie jednego kostiumu zajmuje wieki! I przy szyciu jestem taka niecierpliwa, że nawet jeszcze nie wykroiłam tej sukienki, a już chciałabym móc podziwiać ją gotową na wieszaku i mierzyć...



Hmm, to już chyba wszystko, co mam do powiedzenia o kostiumingu w moim wydaniu. Trochę się rozpisałam i tym razem jest na prawdę dużo tekstu, ale ostrzegałam na początku, że będzie pogadanka ;) Myślę, że poruszyłam wszystkie najważniejsze kwestie i, oczywiście jestem ciekawa Waszego zdania - zgadzacie się ze mną, czy nie? Może macie zupełnie inne podejście do spraw kostiumowych? Napiszcie mi o tym koniecznie, jestem bardzo ciekawa!


(a wszystkich szczególnie zainteresowanych moimi kostiumowymi poczynaniami zapraszam do przeczytania postów oznaczonych etykietą #dawnesukienki Link jest zawsze w bocznej szpalcie, wystarczy kliknąć :) )

31 komentarzy:

  1. "Ważne, żeby się dobrze bawić i czuć ducha dawnych czasów w sobie!" - Myślę, że trafiłaś w samo sedno z tym stwierdzeniem. :) Ja sama jestem chodzącym przykładem na to, że nie trzeba mieć żadnej historyczne sukni, żeby czuć się jak osoba z innej epoki. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jasne, że nie trzeba! Przez długi czas nie miałam żadnej, a do niedawna tylko jedną :D Myślę, że uczucie przynależności do innych czasów po prostu ma się w sobie :)

      Usuń
  2. Ja myślę tak - to wszystko jest dopiero w powijakach. Trudno oczekiwać, żeby nasze pierwsze suknie powstawały z drogich materiałów, na podstawie historycznych wykrojów, bezbłędnie i pięknie, były idealnej długości i kształtu. Myślę, że trochę niepotrzebnie przyrównujemy się do zagranicznych blogerek, bo to zupełnie inna bajka (i nie tylko w kwestiach finansowych) - większość z nich ma od kilku do kilkunastu (!) lat doświadczenia, dziesiątki, jeśli nie setki kostiumów za sobą, mnóstwo spotkań i zlotów co roku, dostęp do profesjonalnej literatury i potrzebnych materiałów.

    A ponieważ tego wszystkiego w Polsce nie ma, jestem zdania, że samo się nie zrobi i stąd motywacja do działania! :) Ważne, by mieć chęć i wyczucie, bo tego nikomu nie wynagrodzi nawet najpiękniejszy materiał. Tak jak napisałaś - można tworzyć coś za wielkie pieniądze z najbardziej historycznych i odpowiednich tkanin, a okazuje się, że to jest po prostu brzydkie.

    Z resztą się zgadzam i nie ukrywam, że chociaż praktyczna strona tamtejszej rzeczywistości mnie nie interesuje tak jak ciebie (chociaż jestem wdzięczna za wszystkie te edukujące posty!!), również szukam innych od costumingu sposobów na przeniesienie się w czasie. Na razie na biurku stoją świeczniki zamiast lampki, zobaczymy co będzie dalej :D (rozpisałam się :P)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No w sumie racja, u nas to dopiero początki i mam nadzieję, że wszystko się ładnie rozwinie, a ja do tego czasu jakoś opanuję naukę szycia :D Maszyna już mi niegroźna, teraz tylko jeszcze odpowiednie rozłożenie czynności w czasie i wyliczenie wszystkiego tak, żeby wystarczyło materiału ;)

      Usuń
  3. Zgadzam się z Eleonorą - my dopiero zaczynamy więc ciężko od nas oczekiwać cudów. W Polsce to hobby jest tak mało popularne, że ciężko tutaj zdobyć i materiały i wiedzę. Ale tak ja napisałaś, chyba największą przeszkodę stanowią fundusze, tym bardziej że niektóre rzeczy trzeba sprowadzać z zagranicy więc tutaj koszty są jeszcze wyższe. Nie zgadzam się natomiast ze stwierdzeniem, że suknia z zasłony zawsze będzie gorsza od sukni z nowej tkaniny - widziałaś projekt Curtain Along? Albo ile blogerek szyje suknie osiemnastowieczne ze słynnej pościeli z Ikei? :P Myślę, że tutaj dużo zależy od umiejętności autorki/autora kreacji co z tego zrobi. Sama tkanina to tak 40% sukcesu - reszta to zdolności, znajomość epoki i odpowiednia ilość czasu na szycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, był Curtain Along! Ale w sumie, jak oglądałam te suknie na grupowych zdjęciach (były chyba nawet u American Duchess, nie?), to właściwie podobało mi się tylko kilka, i może właśnie w grę wchodziły tutaj umiejętności, odpowiedni dobór fasonu sukni do tej zasłony oraz wyeksponowanie wzoru... Masz rację co do zdolności, znajomości epoki i czasu, one są na pewno decydujące :)

      Usuń
  4. Podpisuję się pod wszystkim, Porcelanko :) Moje podejście do costiumingu jest raczej ogólnie znane- nie potrafię, nie lubię i nie zamierzam szyć. Przede wszystkim interesuje mnie teoretyczna strona mody historycznej, no i dawny styl życia, o którym najwięcej dowiedziałam się chyba właśnie od Ciebie! No i nie wydaje mi się, żeby było coś złego w tym, że noszę suknie szyte rękami kogoś, kto, w przeciwieństwie do mnie, lubi szyć i ma do tego talent :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że jesteś nieszyjąca, ja wciąż walczę, choć zdecydowanie lepiej idą mi dodatki - jestem w stanie objąć umysłem te wszystkie czynności i wyobrazić sobie jakoś bryłę przedmiotu jeszcze zanim zacznę go szyć, a przy sukience jakoś nie mam jeszcze tej umiejętności...
      Jasne, że nie ma nic złego! Tym bardziej, że prezentujesz się w nich zjawiskowo :)

      Usuń
  5. Czuję się bardzo podobnie do ciebie - wiem, że ludziom wydaje się, że dla mnie kostiuming to głównie stroje - i jakiś czas temu faktycznie, tak na to patrzyłam. Jednak coraz częściej fascynuje mnie realna otoczka dnia codziennego. Czasami nawet nachodzi mnie myśl, by nie spróbować zamienić się w damę - taką po trosze starowieczną, po trosze współczesną - ale taką, z której byłabym dumna. Chociaż jak teraz tak myślę, ZAMIENIĆ to nie jest dobre słowo, raczej WYDOBYĆ, uwypuklić, wypuścić na wierzch, zakopać brzydkie zwyczaje i cechy.
    I powolutku, nie słuchając głupich komentarzy (a z Eleonorą Amalia parę już słyszałyśmy) dźwigniemy polskie kostiuming na nogi! Najłatwiej jest narzekać, gorzej zacząć działać. Co my przeżyjemy, będzie nasze, a nie tych narzekających, szarych ludzi bez pasji ;)

    Porcelano, może zrobisz kiedyś wpis o swoich włosach? Jako postronny obserwator zapewniam cię, że więcej osób z chęcią je poogląda i poczyta o nich :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam lubię siano, które cały czas (a szczególnie, gdy jestem ładnie ubrana - na studniówce, weselu...) wychodzi mi z butów :D Choć czasem faktycznie przydałaby się typowa dla dam umiejętność taktownego odnalezienia się w każdej sytuacji...

      Głupich komentarzy faktycznie nie ma co słuchać, z tym chyba boryka się każdy, kto coś robi w życiu oprócz pracy i snu :P

      Post o włosach? Dzięki za pomysł, na pewno coś skrobnę :) Będę tylko musiała zrobić zdjęcia, najlepiej przy jasnym, dziennym świetle. Braciszek się pewnie ucieszy z fotografowania 3:)

      Usuń
  6. No dla mnie kostiumy to już tylko wisienka na torcie, nie da się ukryć, że dawne czasy pasjonują mnie jako całokształt. Od mebli w salonach, poprzez gadżety i kosmetyki, a skończywszy na obyczajach i poglądach. Jeśli chodzi o szycie, niby mam fachową pomoc, ale... Moja sukienka nadal jest w trakcie i zgadzam się że jest to trudne zadanie. :D Dużo łatwiej szyje się drobne dodatki. Niemniej podchodzę do tego jak do dobrej zabawy i pasji. I myślę, że to wspaniale jest mieć takie zainteresowania. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Meble są świetne! Kiedyś chciałam mieć w domu dokładnie takie, jak w XIX wieku, ale teraz (jak już nastanie ta cudowna chwila urządzania własnego mieszkania...), patrząc na ceny, będę musiała poratować się przeróbkami ikeowych. Trudno, ważne, żeby nastrój był ;)

      Jak Twoja sukienka będzie już gotowa, chętnie o niej poczytam :)

      Usuń
  7. Drogie młode damy.
    Bardzo podoba mi się u Was Wasze podejście do costiumingu. Jest zrównoważone. Z jednej strony zamiłowanie i pasja, z drugiej rzeczywistość z jej ograniczeniami.
    Ale to co robicie jest bardzo cenne. W Polsce do tej pory nie było takiego ruchu, w którym jak widzę zaangazowalo sie już sporo osób. Uważam Was za pionierki polskiego ruchu kostiumologii historycznej, Smiem twierdzić, że jest to pewien przełom w polskiej kulturze, a Wy, młode damy jesteście prekursorkami, tworzycie historię.
    I nie ma sensu porównywać się z zachodnimi zabawami i spotkaniami historycznymi. Niestety wynika to z tego, że przez ostatnie dziesięciolecia polskie społeczeństwo było i nadal jest ekonomicznie dużo słabsze niż zachodnie i nie ma potrzeby tym się zamartwiać, wszystko przed Wami!
    Szkoda, tylko, że w czasach mej młodości w ogóle albo prawie w ogóle nie było takiego ruchu jaki Wy stworzyłyście
    Pozdrawiam wszystkie pasjonatki historycznej mody, do których i ja sie zaliczam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję w imieniu nas wszystkich!
      Może więc warto dołączyć do nas teraz? Kostiuming nie jest tylko dla młodych, za granicą bawią się w to nawet już całkiem siwe panie i w ubiorach np. z początku wieku XX jest im bardzo do twarzy :)

      Usuń
  8. A mi się trudno wypowiadać, bo ... siedzę w tym po uszy. Chciałabym po doktoracie mieć szansę pracowania na uczelni i móc pracować w kierunku ubiorów historycznych. Dziś myślę, że jest raczej niemożliwe lub rzadko uczelnie są tak otwarte jak zachodnie. W Polsce badania nad ubiorem traktuje się jak "per noga", może być ale po co? ". W większości pracują tam osoby nie znające się na tym lub czasami zajmujące się strojami, nie szyjące ( jak można mówić i uczyć historii mody czy ubioru bez przynajmniej pobieżnej znajomości konstrukcji ubioru, jak wytłumaczyć wtedy, że gorset to nie "kamizelka z patykami w środku" ale ciężka praca gorseciarki, która do nocy siedziała przy świeczce i ręcznie szyła tunele do fiszbin?
    Przed świętami miałam zajęcia dla Trzeciego wieku na UG i przerosło to moje oczekiwanie bo było bardzo duże zainteresowanie zwłaszcza strojami i akcesoriami jakie przyniosłam na wykład. Wiele moich sukien jest szytych z materiałów przeznaczonych na zasłony, akurat nie widzę w tym problemu, ważny jest tylko aby utrzymać fakturę materiału, odpowiednią ornamentykę i można szyć. Poza tym materiały na zasłony są bardzo szerokie co jest ekonomicznym wyjściem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu jesteś jedną z niewielu wśród nas, która jest już profesjonalna. Masz wiedzę i umiejętności, szkoda tylko, że na uczelniach traktuje się wiedzę o kostiumach tak po macoszemu... Powinny w ogóle istnieć oddzielne katedry lub sekcje kostiumologii, powiązane np. z historią sztuki lub kulturoznawstwem...

      Ale może jest tak dlatego, że moda jest zmienna i ulotna i nie do końca uznawana za sztukę... Szkoda, bo teoretyczne uporządkowanie tej wiedzy, poodkrywanie polskich nazw różnych części garderoby, opracowanie dawnych wykrojów - to wszystko bardzo przydałoby się nie tylko nam, kostiumerkom, ale też kostiumologom teatralnym i filmowym - te polskie stroje z (nowszych) filmów kostiumowych lub z teatru to, delikatnie mówiąc, fantazje śniącego krawca :D

      Usuń
    2. Oj, dziękuję za uznanie mnie za profesjonalna ale ja jakoś tak się nie czuję. Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na dwie kwestie ... Zgadzam się, że zagranicą jest to kosztowny interes w stosunku do Polski ale zagranicą można też na tym zarabiać w różnoraki sposób. A to już istotny czynnik aby się tym zajmować zwłaszcza jeśli to jest pasją. Ja niestety widzę w Polsce byle jakość chociażby przeglądając zdjęcia z imprez balowych polskich, niestety panie i panowie noszą stroje które nijak się mają do nawiązania historycznego i myślę, że tu jest największy problem bo to jest kwestia gustu, estetyki i smaku. Nie twierdze, że zagraniczne są najlepsze ale tam przynajmniej są jasne reguły, nie masz stroju odpowiedniego to sobie uszyj albo nie przychodź albo wypożycz od kogoś kto ma naprawdę dobre stroje.

      Usuń
    3. Tak, to fakt. Moi znajomi co jakiś czas pytają mnie, dlaczego nie chcę zarabiać na moich pasjach, a ja właśnie chcę, to byłoby idealne rozwiązanie, tylko nic nie poradzę na to, że to jest zbyt mało popularne, żeby mieć z tego jakieś pieniądze.
      A ze strojami to faktycznie tak jest. Te bale, z których zdjęcia oglądałam to były bale "pułkowe", dla żołnierzy - rekonstruktorów i ich dziewczyn/narzeczonych/żon, a że te kobiety pewnie nie wszystkie są zainteresowane dawnym ubiorem, to potem stroje są bardzo różnorodne jakościowo...

      Usuń
  9. Pięknie to napisałaś. Mogłabym się pod tym podpisać. Nie ma co się rzucać na prawdziwe odtwórstwo nie mając odpowiedniej wiedzy, umiejętności i pieniędzy. Ja też stroje traktuję jako zabawę. Chociaż bardziej interesują mnie wnętrza i to je usiłuję odtwarzać - a to jest dopiero studnia bez dna. Co chwila odbijam się od ściany. Albo nie ma tego co bym chciała, albo nie ma tyle ile potrzebuję, albo cena jest zaporowa. Stroje są jednak znacznie mniej kosztowne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, wnętrza są niesamowicie drogie - i to zarówno repliki mebli, jak i antyki (+ renowacja)... Ale ja się pocieszam tym, że może odziedziczyłam talent po babci (tej, która szyje) i w przyszłości będę umiała tak, jak ona kupować meble w lumpeksach (są takie specjalne meblowe :D ), a następnie przerabiać je tak, że we wnętrzu dadzą efekt, jaki chcę, lub jakoś przearanżować takie zwykłe z Ikei :) Głowę mam pełną pomysłów i już się nie mogę doczekać, aż będę miała możliwość urządzenia własnego domu :D

      Usuń
  10. uwielbiam te zdjęcia z Emily Blunt :) ... mógłbym byc na miejscu tych lokajów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bardzo je lubię, szczególnie to pierwsze ;)

      Usuń
  11. Absolutnie się z Tobą zgadzam! Dla mnie też ogromnie ważne są te wszystkie inne aspekty "dawności" - nie tylko stroje, ale też zachowanie, dodatki, fryzury, atmosfera. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te inne aspekty są po prostu równie fajne :)

      Usuń
  12. Tak ciekawa byłam, czy w tym całym precyzowaniu stanowiska (tak odbieram takie posty - przemowy) padnie określenie o tym znaczeniu, ale jest, nie zawiodłam się na tobie. W całym tym odtwórstwie życia zawsze zawieszałam się trochę na "romantycznej wizji historii" właśnie. Fajnie balansujesz między świadomością nierealności współczesnego przedstawienia a miłością do epoki.
    Na bloga przywiodły mnie posty o modzie, ale zatrzymało tu właśnie wieloaspektowe podejście. Codzienność, muzyka, kosmetyki, jedzenie, do tego książki i filmy. To wszystko jest pewną zazębiającą się sumą i nawet jeśli ma się jakiś ulubiony element, to bez całej reszty staje się wybrakowany i pusty.
    Swoje robi też genetyka - przez lata uroda zmieniła się i chodzi zarówno o sylwetkę i twarze, myślę, że skalowanie wykrojów tu nie pomoże. My, współcześni, przyzwyczajeni też jesteśmy do nowych typów materiałów, o innej fakturze, połysku, kolorach.
    Kostiumy filmowe to naprawdę złoty środek.
    A ta tandetna biała sukienka... to się na Halloween nadaje, pewnie w takim celu była robiona. Na stronach z niby to profesjonalnymi cosplayami też zdarza się ten problem - wszystko jest takie jakieś... sztuczne, nieforemne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D Bo to jest taka właśnie romantyczna wizja, nigdy nie możemy powiedzieć (nawet historycy), jak było na prawdę, bo nikt z nas nie żył w tamtych czasach. Wszystko jest jakąś wizją tego dawnego życia.

      Dziękuję :) Widzę, że odbierasz tego bloga właśnie tak, jak chciałam, żeby był odbierany. Cieszę się :)

      A tak, to swoją drogą. Kiedyś widziałam rokokową sukienkę dorosłej kobiety (różowa poloneska, o ile dobrze pamiętam), którą dzisiaj mogłaby mierzyć ewentualnie jedenastoletnia dziewczynka :O Podobno w XIX wieku zaczęliśmy tak wyrastać ;)

      Widziałam kiedyś w internecie kompilację zdjęć "cosplay costume fail" - jak widać, do każdego kostiumu trzeba mieć po prostu konkretną wizję i wypracowany gust, inaczej wyjdzie potworek, choć z drugiej strony... Każdy od czegoś zaczynał i ja przy obu sukienkach właśnie obawiałam się, że przedobrzę i wyjdzie dziadostwo :D

      Usuń
  13. Oprócz wspomnianych przez Ciebie i wszystkich chyba wypowiadających się ograniczonych możliwościach finansowych, dochodzi chyba jeszcze kwestia tego, co kto chce osiągnąć;) Bo, załóżmy nawet, że i kostiumerki w Polsce miałyby najpierw środki na zakup potrzebnych tkanin/akcesoriów, wykroje, odpowiednie umiejętności i w końcu - dostęp do pięknych, wysokiej jakości tkanin. Chociaż byłoby na pewno o niebo łatwiej, nie znaczy to na pewno, że każdy zacząłby szyć od razu tak, żeby wpasować się w wymogi historycznej poprawności;) Tak jak w filmach - choć w tym wypadku dostęp do środków jest, realizatorzy często świadomie odbiegają od historycznej wizji i uwspółcześniają stroje;) Sama ostatnio obejrzałam Annę Kareninę i kostiumy były dla mnie nie do przełknięcia. Po prostu lubię, kiedy kostiumy są odbiciem historycznych realiów (wiem, że u nas póki co nie jest to do końca możliwe) i wcale nie tak dla zasady, tylko po prostu... zachwyciły mnie kiedyś, dawno, wszystkie te cudowne tkaniny, przepiękne hafty, pieczołowitość wykonania każdej części garderoby, niezwykły smak, z jakim je projektowano.. a współczesna estetyka do mnie po prostu nie przemawia i nie trafia w mój gust, dlatego nie bardzo lubię świadomy (nie, kiedy nie ma innego wyjścia) romans historycznych strojów ze współczesnością (poza nielicznymi wyjątkami), ale - to już jest sprawa indywidualnych upodobań:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, gust też trzeba sobie wyrobić, i to do wszystkiego. Najlepiej widzę to po moich starych postach, które są straszne :D Ale to dobrze, bo widać, że idę do przodu. Tak samo ma się to do kostiumingu. Nie łudzę się, że te pierwsze sukienki będą na miarę kreacji Wortha :D ale od czegoś trzeba zacząć.
      Kostiumy w najnowszej Annie Kareninie też mnie jakoś szczególnie nie zachwyciły, a biżuteria już w ogóle mi się nie podobała. Te perły wyglądały jak plastikowe... Dlatego zdziwiłam się, że film otrzymał Oscara za kostiumy.

      No tak, ówczesny smak i wyrafinowanie są właściwie na nieosiągalnym dla nas (nawet dla współczesnych bogaczy) poziomie... Próbuję uniknąć wielu ustępstw po prostu nie stylizując się (kostiumowo) na arystokratkę. Kiedyś napisałam post o tym, gdzie finansowo byłybyśmy (= przeciętne Polki) w czasach Jane Austen i tych rozwiązań się trzymam. Lepszy rydz, niż nic ;)

      Usuń
    2. Oj, biżuteria była też okropna.. co prawda nie pamiętam za bardzo pereł, ale naszyjnik, niby z brylantów, który Anna miała co najmniej dwa razy na sobie, wyglądał dość tandetnie..
      Nie wiem, czemu uważasz, że Twoje stare posty są straszne, ja myślę zupełnie inaczej;) Zresztą powtórzę się - klimat Twojego bloga jest naprawdę bardzo przyjemny, wyróżniasz się - szatą graficzną, muzyką, co sprawia, że bardzo lubię tutaj wchodzić:) A propos sukienek - uwielbiam Twoją wishlistę, każda z wybranych przez Ciebie jest przepiękna i cudowna.. i jasne, że nie warto być malkontentem, trzeba wykorzystywać możliwości, które się ma i robić to, co można, tak jak się potrafi;)

      Usuń
    3. Miała też kolczyki w tym stylu. Nie wiem, czy na prawdę były srebrne z diamentami / cyrkoniami, ale wyglądały jak ze sklepu "wszystko po 5 zł"... Stroje nie podobały mi się jakoś szczególnie, ale też nie były (wg mnie) tragiczne. Zdarzały się gorsze ;)

      Dziękuję :) W tych starych postach denerwuje mnie to, jak są napisane i od czasu do czasu coś tam zmieniam. Drażnią mnie też te obrazki. Teraz wypracowałam (myślę) własny styl, a wtedy wszystkiego było w nich za dużo... Człowiek uczy się cały czas :)

      Z tej wishlisty najbliższa memu sercu :P jest teraz suknia z lat 50. XIX wieku (Margaret Hale / Blanka Ingram), ale trochę zmieniłam koncepcję i teraz chciałabym oprzeć ją na krynolinie. Zobaczymy, jak to z tym będzie...

      Usuń
  14. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń