Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawne sukienki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawne sukienki. Pokaż wszystkie posty

14 sierpnia 2014

"Idzie w Piękności, jak noc, która kroczy" / suknia a la merveilleuse z lat 1795-1800




 Idzie w Piękności, jak noc, która kroczy
W cichym gwiazd gronie przez bezchmurne kraje;



Co cień i światło w sobie kras jednoczy,
To w jej obliczu i w jej oczach taje
I razem spływa w taki stan uroczy,
Jakiego niebo dumie dnia nie daje.
 




Mniej jednym blaskiem, więcej jednym cieniem
Zgasłby w połowie ten wdzięk, który słania
Każdym jej kruczych warkoczów pierścieniem
Lub przez twarz światło łagodne przegania,
Gdzie myśli świadczą pogodnym promieniem,
Jak czystą, lubą jest głąb ich mieszkania.




A na tym czole, na tej cichej twarzy,
Spokojnej, niemej, a wymownej tyle,
Uśmiech, co nęci, ogień, co się żarzy,



Zwiastują w cnocie zbiegłe życia chwile,
Duszę co wszystkich swym pokojem darzy,
I serce ufne w niewinności sile.



_______________________________
Tekst: George Gordon Byron, w tłumaczeniu Stanisława Egberta Koźmiana
Muzyka: Sissel Kyrkjebø, Mychael Danna
Kostium: sukienka z lat 1795-1800 (Buduar Porcelany), indyjski szal
Koafiura, makijaż: Buduar Porcelany, na wzór zachowanych portretów
Źródła użytych obrazów: 1, 2, 3, 4, 5


7 sierpnia 2014

Wyrafinowane haute couture lat 60.

Lata 1860. dla cesarzowej Eugenii stanowiły kontynuację jej modowego dzieła z poprzedniej dekady. Sylwetka nabrała jednak lekkości, a dodatki i kroje stały się bardziej wysmakowane. Wszystko podkreślało splendor epoki II Cesarstwa, która, wraz z nadejściem wąskiej i spiętrzonej w tyle turniury, miała się wkrótce zakończyć...



Blisko dziesięć lat triumfu krynoliny - nieśmiało pojawiającej się (pod postacią sznurkowej halki) w latach 40. i dociążonej, masywnej konstrukcji w latach 50. sprawiło, że kobiety w końcu zapragnęły lekkości. Dzwonowaty kształt spódnicy zmienił się więc, tracąc na symetrii i zyskując na wysmakowaniu. Teraz krynoliny (za radą słynnego projektanta mody Wortha) nosiło się spłaszczone z przodu i wydłużone w tyle, z dodatkiem trenu. Spódnicę szyto z prawie trójkątnych klinów, co przy skróceniu stanu oraz dodatkowym zwężeniu jej obwodu na górze i licznych fałdach dodanych w tyle, nadawało sylwetce smukłości, mimo wciąż wielkich rozmiarów krynolin.



Czas największych, wręcz groteskowych rozmiarów spódnic (szczególnie w sukniach balowych) przypadł na pierwsze lata dekady, po czym od 1863 roku spódnica zaczęła się zwężać. Około roku 1867 krynolinę zastąpiła lżejsza półkrynolina (crinolette) - jej węższa i wyposażona w dodatkową obręcz, unoszącą suknię w tyle i na biodrach siostra.
W latach 1860. suknie zaczęto bogato zdobić kokardami i falbanami, akcentując ich tył. Berta przy sukniach balowych stała się ogromna, nierzadko sięgająca talii, zaś dekolt obniżył się, ukazując kształtne, marmurowe ramiona. Zainteresowano się również tym, jakie efekty może dać drapowanie połyskującego materiału sukni, choć na prawdziwe szaleństwo drapowania czas przyszedł dopiero w następnej dekadzie. W latach 1860. pozostano przy fartuszku / tunice, będącej wierzchnią warstwą zakładaną na spódnicę spodnią i marszczoną tak, by obie były widoczne.



Około roku 1865 cesarzowa Eugenia wprowadziła do mody trend, czerpiący z ubiorów noszonych w czasach jej poprzedniczki - Marii Antoniny. Nową modę cechowały krótsze spódnice dzienne, długie rękawy z koronkowymi mankietami, staniki sukni wyposażone w baskinkę lub szyte na wzór męskich kamizelek oraz żakiety zapinane na guziki, które dały początek różnym odmianom: noszonemu do dziś bolero, żuawce i żakietowi a la Garibaldi. Inny modny element tej dekady stanowiły orientalizujące elementy stroju, na które składały się kaszmirowe lub sukienne kamizelki, najczęściej granatowe bądź czerwone z naszytym zdobieniem ze złotego lub czarnego sznureczka oraz szamerunkiem.



Jednak prawdziwe bogactwo lat 1860. stanowiły dodatki.
W pierwszej połowie dekady fryzury noszono wyższe z długimi, angielskimi lokami i dobierano do nich okrągłe kapelusze. Natomiast od 1865 roku koafiury zaczęły maleć, by zrobić miejsce na nasunięty na czoło (a niekiedy nawet i na oczy) mały, obszyty wstążeczkami i przypominający bombonierkę toczek.



Na balach (oprócz dodatków wspomnianych we wcześniejszych postach --> 1, 2), chętnie posługiwano się zdobnymi karnecikami, których funkcję czasem przejmował również wachlarz. Ten ostatni zaś powrócił do łask i noszono go z wielkim upodobaniem. Wachlarze z resztą wpisywały się w najnowszy ówcześnie trend osiemnastowieczny. W wersji droższej wykonywano je z masy perłowej i ręcznie malowano lub nawet przerabiano oryginalne, osiemnastowieczne (nigdy nie jestem pewna, czy bardziej mi ich szkoda, czy też raczej fascynuje mnie historia takich przeróbek...). Natomiast tańsze wykonywano z drewna, wycinając na nim ażurowe wzory, pokrywając papierem z odbitą litografią wzorowaną na malarstwie rokokowym.


Po industrialnej i pełnej siły piątej dekadzie XIX wieku, lata 1860. okazały się jej bardziej wyrafinowaną i wyszukaną wersją. Lżejszą, wysmukloną, bardziej finezyjną, jednak bez efektu zbytniego przeładowania detalami. Wraz z końcem dziesięciolecia romantyczny czas krynolin stał się już historią, zwalniając pola nadchodzącej wąskiej, wyemancypowanej modzie lat późniejszych.


_______________
Źródło obrazków: pinterest

24 lipca 2014

Misterne konstrukcje lat 50.

Czuli i subtelni dziewiętnastowieczni w latach 50., po burzowym czasie Wiosny Ludów, pod koniec rewolucji przemysłowej i w czasie zapowiadającym niezwykłą erę wynalazków i triumfu nauki na dobre otrząsnęli się z romantycznych marzeń i snów. Nowy splendor przemysłu oraz nauki miał również wpływ na ówczesną modę, ale zanim zajmiemy się historią tego romansu (w kolejnym poście z serii), przyjrzyjmy się samej modzie tej dekady.

Federico de Madrazo, Amalia de Llano y Dotres, księżna Vilches (1853)
Po delikatności lat 40. kobieca sylwetka kolejnego dziesięciolecia nabrała masywności i zdecydowania. Liczyła się siła i trwałość - te właśnie wartości znajdowały odzwierciedlenie w kształtach ówczesnych kobiet. Za pomocą (najpierw) mnóstwa sztywnych halek, a od 1856 roku - krynoliny dążono do tego, by nadać podstawie sukni jak najszerszy obwód. W latach 1858-1860 krynolina osiągnęła swoje maksymalne, niekiedy wręcz nieprawdopodobne (w sukniach balowych) rozmiary, kształtem przypominając dzwonek. Suknie te nie posiadały jeszcze wydłużonego tyłu z trenem ani nie były spłaszczone z przodu, zaś ich dodatkowe poszerzenie w obwodzie zapewniały falbany i plisowania doszywane do spódnicy. 

Podobne suknie na obrazach i w rzeczywistości
Stanik sukni nadal był dopasowany, talia wciąż znajdowała się w swoim anatomicznym miejscu, ale nie podkreślano już tak skwapliwie spadzistych ramion. Mimo, iż nadal z upodobaniem ozdabiano staniki dzienne kołnierzykami tuż przy szyi, a wieczorowe - coraz większą bertą, w tej dekadzie dodatkowo dociążano sylwetkę rozkloszowanymi rękawami en pagode (nie lubię ich właśnie za efekt ciężkości, który nadają), których szeroki mankiet często wypełniały półrękawki, imitujące dodatkową warstwę znajdującą się pod suknią. W zimne dni na wierzch zarzucano krótki, kolisty płaszczyk o kloszowym kroju, kaszmirowy szal lub muślinową, czy też wełnianą chustę składaną po przekątnej.

Bogate zdobienia na stanikach sukni i wzorzyste materiały
Tkaniny, z których szyto suknie były najczęściej wzorzyste. Lubiono roślinne desenie, kwieciste wzory, prążki, kratki... oraz bogate materiały (tafta, aksamit, atłas, mora, welur) na wieczór i lżejsze (bawełna, tiul, gaza) na dzień. Stroje dodatkowo dekorowano, doszywając do nich falbany i różne aplikacje oraz pasmanterię w kontrastowych kolorach.
Obuwie zakładano ciemne, wysokie ponad kostkę, sznurowane lub zapinane na rząd małych guziczków (do zapinania ich używano specjalnego narzędzia), a na wieczór lub bal - lekkie, wycięte pantofelki na obcasie.

Szerokie rękawy, zdobny kapelusz - budka i koronkowa parasolka

Popularnym akcesorium stały się parasolki spacerowe. Małe, ze składaną rączką z kości słoniowej inkrustowanej metalem, kamieniami szlachetnymi lub kolorową emalią parasolki miały różne rodzaje wymienianych zależnie od okazji pokryć. Na wieś wybierano pokrycie z kolorowego perkalu, zaś na miejski spacer - z barwnego jedwabiu. Najbardziej popularne były jednak parasolki z pokryciem koronkowym na tle jasnego materiału.


Balowa suknia z tiulu i tafty, grzebienie, sekretnik, biżuteria z kameami

Lata 50. to również prawdziwy przepych w biżuterii. Ówczesnym jubilerom powodziło się dobrze, bo mieli za co i dla kogo tworzyć. Na co dzień kobiety piątej dekady XIX wieku nosiły owalne medaliony lub sekretniki (otwierane, w których można było przechowywać pukiel włosów, portret lub inny drobiazg), bransolety w formie obręczy lub tzw. porte-bonheur zawierające dowolną ilość ruchomych elementów (coś jak nasza Pandora :) ). Bardzo modne stały się również kamee i inne motywy antyczne w biżuterii. Do kreacji balowych dobierano kolie z diamentów lub oprawnych w srebro kamieni szlachetnych i długie kolczyki.

Fryzura cesarzowej Eugenii, kolczyki z turkusami i suknia z wzorzystej bawełny

Niskie fryzury zdobiono kwiatami, a z tyłu wpinano grzebienie z perłami, ametystami, opalami lub małymi kameami.. Wśród nakryć głowy królowały wciąż kapelusze - kapotki (budki) przybrane kwiatami, wstążkami, riuszkami...

Społeczeństwo (wyższe warstwy, oczywiście) lat 1850. bogaciło się, przemysł rósł w siłę, a władzę w dwóch największych państwach ówczesnej Europy - Wielkiej Brytanii i Francji (w dziedzinie mody) sprawowały przyjaźniące się kobiety: Wiktoria i Eugenia. 
Siła, energia twórcza oraz przepych oparte na misternej konstrukcji krynoliny - tym była moda lat 1850.


___________________________________________
Wszystkie obrazki wykorzystane w poście pochodzą ze strony pinterest.com

10 lipca 2014

Subtelne harmonie lat 40.

Niewinna, skromna, delikatna - taka była kobieta lat 1840. Pożądane u kobiet cechy dodatkowo podkreślał ubiór i sylwetka lansowane w czwartym dziesięcioleciu XIX wieku. W tej dekadzie liczyła się lekkość i eteryczność.
Portret Zinaidy Yussupovej Robertson, lata 1840.
Po szalonych latach 30. - dekadzie wielkich rękawów, kosmicznych koafiur i mnóstwa zdobień, lata 40. okazały się prawdziwym wytchnieniem. Od 1834 roku krótka wcześniej spódnica zaczęła powoli sięgać ziemi, odkrywając jedynie czubek pantofelka. Teraz szyta była z kilku prostych kawałków materiału układanych w zakładki, co dodatkowo ją poszerzało. Gorset dbał o wydłużoną, smukłą talię i kształtne biodra, a halki nadawały spódnicy kopulasty kształt. Od II połowy lat 30. i przez całe lata 40. w sylwetce kobiecej podkreślano linie wertykalne, co nadawało jej smukłości.


Usztywniany dodatkowymi fiszbinami stanik sukni komponowano na kształt litery V. Jego boczne części ściśle przylegały do sylwetki, a przód zdobiło marszczenie właśnie w kształcie tej litery. Spadziste ramiona, akcentujące łagodność postaci osiągano za pomocą dekoltu - wydłużonego, łódkowatego lub małego, tuż przy szyi, oraz rękawów, których charakterystyczne, poszerzające sylwetkę w latach 30. bufki zostały przeniesione w dolną ich część i spięte mankietami po to, by w II połowie dekady zaniknąć na rzecz wąskich, przylegających rękawów.
Najczęściej zdobiono je pasmanterią lub zakładkami przy ramieniu i cienkimi, koronkowymi (lub haftowanymi drobnym haftem) mankiecikami, do pary z koronkowym kołnierzykiem przy szyi. Kołnierzyk ten mógł być wąski (przy wydłużonym wycięciu stanika) lub szeroko zachodzić na ramiona. 

Większy dekolt w sukniach wizytowych i balowych podkreślano bertą - rzędem płaskich fałd uszytych z tej samej tkaniny, co suknia, a przy delikatniejszych kreacjach - z koronki lub haftowanego batystu, i doszytym wzdłuż linii dekoltu sukni.
Do wydekoltowanych kreacji dobierano podwłośnik (kanzu), czyli pelerynkę z muślinu, której końce wkładano z przodu za pasek lub spinano broszką. Zamiast kanzu decydowano się też na złożone po przekątnej i narzucone na ramiona chustki "tryftykowe", czyli z indyjskiej wełny kaszmirowej.


Inne akcesoria charakterystyczne dla lat 40. stanowiły haftowane chusteczki służące tylko do trzymania ich w ręce, sakiewka na drobne monety i portfelik - haftowane lub ozdobione małymi, ponaszywanymi koralikami, fanszonik - koronkowy stroik na głowę (o ile więcej ma on uroku, niż czepce z poprzedniej dekady!), a do sukni balowej - opaska z kwiatami po bokach i oprawki na bukiet.



Bukiety balowe wykonane były z ułożonych płasko małych kwiatów, których łodyżki usztywniano drucikami. Bukiet dodatkowo ochraniał kartonik wycięty we wzór, imitujący koronkę. Taką wiązankę wsuwano do oprawki i zabezpieczano iglicą. Podobno podczas tańca najwytworniejsze panny wieszały swoje bukieciki w oprawkach na palcu dłoni (ale jakoś sobie tego nie wyobrażam :D ).



Fryzura również uległa zmianie. Z wysokich, wymyślnych upięć poprzedniego dziesięciolecia nie pozostało zgoła nic. W latach 40. włosy noszono zaczesane gładko, jak najbliżej głowy, z przedziałkiem pośrodku i dwiema kaskadami loków przy twarzy lub (w wersji dziennej) - warkoczami, które przechodziły miękką linią do upięcia w tyle głowy. Na taką fryzurę zakładano kapelusz-budkę zdobny w kwiaty i wiązany pod brodą wstążką.




Nie ukrywam, że bardzo podoba mi się moda tej dekady i mam ochotę na sukienkę z lat 40. Swego czasu pisałam o tej szarej z Jane Eyre, ale pomysł ewoluował i chyba wybiorę coś lżejszego, jakąś muślinową suknię dzienną, w której można do woli zbierać kwiaty i zioła, biegać po wrzosowiskach z tomikiem poezji Emily Bronte w ręce i przysłuchiwać się leśnym ptaszkom, ponuremu wyciu wiatru i wszechobecnej melancholii, która nie podlega wpływom czasu.


[Edit. 20 VII]

Pod postem zastanawiałyśmy się z Gabrielle nad suknią Zinaidy Yussupovej Robertson z pierwszego obrazka i nad tym, jakie są jej powiązania z modą XVIII wieku. Wczoraj przez przypadek trafiłam na suknie poranne / dressing gowns z późniejszej dekady (lata 50.) o bardzo podobnym kroju:


Więc wychodzi na to, że Zinaida ma na sobie suknię poranną (więcej o nich w tym poście). Bardzo interesujące są te nawiązania do robe volante w XIX wieku. Jak widać, kobiety ceniły swobodę i lubiły od czasu do czasu przyodziać się w luźniejszą suknię, nie rezygnując przy tym z modnej w połowie XIX wieku stylistyki "na wiek XVIII". Tutaj jeszcze jeden przykład takiego nawiązania, tym razem do osiemnastowiecznej plisy a la Watteau :)

_____________________
Źródło zdjęć: pinterest

2 lipca 2014

Od negliżu do kreacji balowej

- czyli wszystkie rodzaje dziewiętnastowiecznych sukni w jednym miejscu


Zanim przejdziemy do różnic w ubiorach kolejnych dekad XIX wieku, zatrzymajmy się chwilkę przy samej filozofii ówczesnego stroju. Dzisiaj wszystko jest proste. W domu nosimy byle co ( :P ), a idąc rano do pracy zakładamy ubrania, w których spędzamy cały boży dzień. No chyba, że idziemy na siłownię / basen / do teatru / na imprezę. Wtedy wyjątkowo zakładamy co innego. Tymczasem w XIX wieku przebierano się w ciągu każdego dnia ok. 4 razy. Mowa tu oczywiście o klasach (bogatszej) średniej i wyższej, które było na to stać. Ówczesne kobiety miały być między innymi ozdobą domu i osłodą życia swojego dżentelmena (meh), stąd tyle strojów na różne okazje i pory dnia.

Suknia dzienna i suknia poranna

Zacznijmy od rana. Do śniadania każda kobieta przebierała się w tzw. negliż poranny. Była to wygodna kreacja z lekkich materiałów (batyst, muślin) o prostym kroju, zdobiona jedynie haftem. W XIX wieku założenie zbyt strojnej sukni rano było uznawane za przejaw złego gustu. Lekkość ubioru miała harmonizować z lekkością poranka. Dekolt oczywiście był zakryty, a rękawy długie. Pierwsza tego dnia kreacja musiała być skromna. Do dziś zachowało się mniej takich sukni, niż np. balowych, które ze względu na cenę i niezwykłość (negliże noszono codziennie, a balowe raz na jakiś czas) zostały widocznie uznane za warte zachowania, w przeciwieństwie do prostych sukni śniadaniowych... Myślę, że ta biała po prawej mogłaby być dobrym przykładem takiej sukienki (choć nie znalazłam jej opisu, więc tylko wnioskuję z tego, jak wyglada)

Suknia wieczorowa i spacerowa. Motyle to chyba mój ukochany motyw na tych sukniach! Kiedyś na pewno sobie taką uszyję <3 Ta po prawej jest w dodatku w Polsce - w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie i można ją sobie pooglądać w wizualizacji 3D (tutaj)


Po śniadaniu czas zażyć zdrowej aktywności fizycznej, czyli iść na spacer lub "na świeże powietrze" - do ogrodu. W tym celu przebierano się w suknie dzienne, tzw. spacerowe. Jeśli kobieta zamierzała tylko spacerować po ogrodzie lub odbyć przejażdżkę powozem, zakładała lekką sukienkę jedwabną w żywszych kolorach, niż jasna poranna, a do niej dobierała parasolkę, chroniącą od słońca. Jak widać powyżej (po prawej), w upalne dni spędzane w ogrodzie dobrze sprawdzał się też drukowany muślin. Kobiety, które dużo chodziły pieszo i przez to narażone były na chłodny wiatr, przelotne deszcze i zabrudzenia rąbka sukni, decydowały się na grubsze ubrania szyte z wełny, wciąż proste i pozbawione przesadnych ozdób. Na ramiona narzucały szal. Suknie dzienne, podobnie, jak poranne wyposażone były w długie rękawy i nie miały dużego dekoltu.

Tak dla krynoliny w kolorze bloga! :D Ta sama suknia ze stanikiem dziennym (po lewej) i wieczorowym (po prawej)

Z okazji popołudniowej herbaty przebierano się raz jeszcze. O ile stroje poranne były skromne, tak popołudniowe pozwalały już na odrobinę zdobień. Suknie, w które przebierano się na podwieczorek (tzw. negliż wieczorny) szyte były często z atłasu i zdobne w pasmanterię oraz koronki. Pozwalano sobie również na (mniejszy) dekolt i w niektórych sytuacjach krótkie rękawy (choć częściej wybierano te dłuższe).
W latach, którym poświęcona jest ta seria postów ogromną karierę zrobiły też tzw. Robe à Transformation - suknie, które posiadały dwa staniki - dzienny i wieczorowy - na różne okazje. Było to na pewno ekonomiczne i przydawało się nie tylko biedniejszym pannom (co pozwalało zaoszczędzić materiału, gdyż na obszycie szerokiej spódnicy schodziły całe metry tkanin i pasmanterii), lecz także w podróży. Wystarczyło spakować dodatkowy stanik i już miało się dwie suknie :)

Poniżej drugi przykład Robe à Transformation:
Jak zobaczyłam tę wersję wieczorową, to aż zatrzepotało mi serce - jest boska!

Na proszone herbaty i wieczorki przebierano się w strój wieczorowy, a dokładniej jego skromniejszą odmianę. Tu królował dekolt i krótkie rękawki. Stroje wizytowe szyte były często z atłasu i zdobione koronkami, przy czym ich bogactwo odzwierciedlać miało status społeczny męża (kobieta "pokazywała" strojem pozycję jego i rodziny). Z tego powodu panny musiały poprzestać na skromniejszych, prostszych ubraniach szytych z lekkich materiałów i obyć się bez biżuterii - wyjątek czyniono jedynie dla pereł. Tymczasem mężatki pozwalały sobie na suknie jedwabne z dużym dekoltem i liczne dodatki: koronki, futrzane elementy oraz biżuterię. Matrony (40+ czyli o jakieś 20 lat wcześniej, niż dziś :O ) musiały ograniczyć ozdoby i skromnością stroju podkreślić swoją stateczność.

Podobne suknie. Po lewej skromniejsza wieczorowa wizytowa, a po prawej - balowa

Ostatnim strojem, w który się przebierano, i to też nie zawsze, tylko "w sezonie", była suknia balowa. Stanowiła ona odmianę sukni wieczorowej, przy czym mogła być tak szeroka w obwodzie, tak wydekoltowana i tak strojna, jak tylko pozwalały zasoby finansowe. Bal (a niekiedy i wieczór spędzony w teatrze, czy operze) był od tego, by się pokazać. Stosowano tu najdroższe materiały, głównie jedwabne, obszywano kreację mnóstwem fantazyjnych, pasmanteryjnych zdobień, do tego dodawano liczne falbany oraz kokardy. Berta (falbana przy dekolcie - będzie o niej później) odsłaniająca ramiona była ogromna i bogato przybrana kwiatami. We włosy również wpinano kwiaty i pióra. Biżuterię wybierano ze szlachetnych kruszców, drogich kamieni, pereł i diamentów. Jako modne akcesorium służyła też zdobiona, metalowa oprawka na bukiet kwiatów. Pozwalano sobie również na mocniejsze perfumy, których rano nie używano wcale, a po południu przyzwalano ledwie na mgiełkę zapachu.

Suknie balowe
Jak widać, ówczesny podział strojów i filozofia mody bardzo różniły się od dzisiejszych, przez co trudno dziś dookreślić dokładnie, czy mamy do czynienia z suknią już balową, czy jeszcze wizytową. Wszystko zależało od zasobów finansowych kobiety (czy raczej jej męża - meh). Najbogatsze rody mogły pozwolić sobie na nieprawdopodobne suknie odzwierciedlające ich splendor, podczas gdy panna z średniozamożnej klasy średniej na bal włożyłaby suknię, która w arystokratycznych kręgach nie uchodziłaby za odpowiednią nawet na herbatkę. Dlatego chyba najbezpieczniej jest określać suknie najpierw jako dzienne lub wieczorowe, a dopiero potem zastanawiać się nad dalszą klasyfikacją na negliże poranne i suknie dzienne, a wśród nich spacerowe oraz suknie popołudniowe, wizytowe i balowe.

Mam nadzieję, że udało mi się jasno opisać to, co wiem na temat podziału sukni w latach 1840-1870. A w następnym poście z tej serii pooglądamy sobie bliżej stroje damskie z lat 1840. :)


[Edit. 20 VII]

W komentarzu pod postem Kajani wyraziła podejrzenia co do białej sukni porannej - i słusznie. Przypadkowo trafiłam na nią w innym miejscu i tym razem była już podpisana jako kostium filmowy (klik).



Tego samego dnia natomiast trafiłam na suknie opisywane jako... szlafroki (wrapper, dressing gown) i zastanawiam się, czy one nie byłyby właśnie tymi sukniami porannymi... Co prawda są z cięższych materiałów, mają ciemniejsze kolory oraz dość rzucające się w oczy wzornictwo, ale z drugiej strony ten luźny krój mógłby świadczyć o tym, że to są właśnie zachowane suknie poranne. Co o tym myślicie?

______________________________
Źródła obrazków: pinterest, retrorack, muzea.malopolska

29 czerwca 2014

Dłonie jak z obrazka

Dzisiaj trochę o ideale pięknych, dziewiętnastowiecznych dłoni z dawnych obrazów i odkrytym niedawno sekrecie manicure`u z filmów kostiumowych.

Moje łapsko w takim towarzystwie to raczej żart. Trzeba było nie zmywać bez rękawiczek ;___; Źródła: 1, 2, 3


Za każdym razem, gdy oglądam dawne portrety, moją uwagę, oprócz pięknych sukni, pejzażowego tła, wyrafinowanego ułożenia modelki i samej namalowanej postaci, zwracają idealne dłonie portretowanych osób. Wszystkie, chyba bez wyjątku, rączki są doskonale ukształtowane i ułożone tak, by dodatkowo podkreślić ich delikatność. Można by z pewnością nabawić się kompleksów, gdyby nie niezwykłe podobieństwo tych dłoni...
...za które odpowiedzialny był dziewiętnastowieczny photoshop, zwany akademizmem i zainstalowany w oczach artysty :) Idealne dłonie damskie w XIX wieku miały być drobne, białe, pulchne (bez odznaczających się żyłek i kostek), a jednocześnie smukłe, o długich, jakby toczonych z gładkiego marmuru palcach. Ich opuszki były delikatne i różowe, a paznokcie podłużne, zakończone półokrągło, nie krótsze (ani dłuższe) niż koniec palca; lśniące i zaróżowione.
Oczywiście tylko niektóre kobiety mogą (i mogły) poszczycić się takimi dłońmi. Te, które miały brzydsze ręce, chowały je w rękawiczkach, jak słynna piękność lat 30. Maria Wodzińska, a na obrazach zdawały się na wyczucie malarza, jak królowa Wiktoria, która podobno miała dłonie raczej szerokie, o krótkich palcach, a na portrecie Winterhaltera - idealne:

Na pierwszym obrazku dłonie królowej Wiktorii "stworzone" przez Winterhaltera. Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Podobny ideał dłoni jest dla nas raczej nieosiągalny (tym bardziej, że w przeciwieństwie do ówczesnych arystokratek, często pracujemy dłońmi i sprzątamy dom, co jak to określano w XIX wieku "deformuje dłonie"), dlatego przygotowując się do kolejnego spotkania kostiumowego, warto podpatrzeć, jak z tym problemem radzą sobie w filmach kostiumowych. 
Doskonałym przykładem będą tu filmy Wrighta, który upodobał sobie zbliżenia dłoni bohaterów:

źródło

źródło
źródło

źródło
źródło
Najwięcej takich ujęć jest chyba w najnowszej Annie Kareninie. Dające mocny blask światło zastosowane w filmie, dodatkowo podkreśla wypielęgnowane dłonie aktorów i... błyszczące paznokcie. Długi czas zastanawiałam się, co to za lakier i sama próbowałam różnych kombinacji, aby uzyskać taki efekt. Niestety, ani mleczne róże, ani różane, półprzezroczyste róże, ani (tym bardziej!) kryjące róże, ani nawet bardzo cienka warstewka zwykłego, bezbarwnego lakieru nie dawała takiego, ani nawet choćby zbliżonego efektu.
Dziewiętnastowieczne sposoby pielęgnacji: mazidło i pocieranie plasterkami cytryny (sposób Mme Bovary) też nie pomagały. Efekt był, ale tylko na chwilę, a trudno podejmować normalne, życiowe aktywności z palcami tłustymi od olejku lub mokrymi od cytryny ;)

Daniela Denby-Ashe (Margaret z Północy i Południa) ma szczęście mieć idealne, dziewiętnastowieczne dłonie *_* źródło


I wtedy, zupełnie przez przypadek odkryłam dokładnie ten sposób!

Wszystko zaczęło się w lutym, gdy po dwóch miesiącach dość ciężkiej dla dłoni pracy bez ochrony w postaci materiałowych rękawiczek (pracodawca je zapewnia, tylko ja, głupia, nie korzystałam :/ ), bardzo zniszczyłam moje z natury słabe paznokcie. Ich stan był tragiczny już nie tylko ze względów estetycznych (na Balu Arsenału i w teatrze, sposobem panny Wodzińskiej, miałam rękawiczki :D ). Paznokcie były tak rozdwojone i przez to cienkie, że chwycenie zwykłej szpilki kończyło się wyginaniem ich na drugą stronę i bólem. Do tego łamały się, pękały i to na części przyrośniętej do skóry (nawet nie myślałam, by w takim stanie pozwolić im urosnąć choć trochę ponad skórę), po czym pęknięcie zadzierało się i haczyło o wszystko nawet podczas ubierania się, czesania czy innej zwykłej czynności. I oczywiście bolało.
Nigdy wcześniej nie miałam paznokci w tak złym stanie i może dlatego żaden ze znanych mi sposobów na wzmocnienie nie zadziałał. W końcu zdecydowałam się na serię zabiegów japońskiego manicure i to było to! Teraz stan moich paznokci jest o niebo lepszy, a przy okazji odkryłam, co jest przyczyną dobrego wyglądu dłoni bohaterek (i bohaterów - widziałyście dłonie Wrońskiego? :D ) filmów kostiumowych :)


Paznokcie po zabiegu wyglądają identycznie, jak te na filmach, a w dodatku mają cechy idealnych paznokci dziewiętnastowiecznych. Są lśniące i lekko zaróżowione, a przy tym nie ma na nich żadnej widocznej, sztucznej warstwy. Sam zabieg jest też bardziej historyczny niż lakiery (ma podobno 400 lat, a jeśli weźmiemy od uwagę zamiłowanie dziewiętnastowiecznych do orientalizmu... ;) ). Polega on na wcieraniu w paznokcie dwiema specjalnymi polerkami dwóch past: zielonej, zawierającej witaminy A i E, krzemionkę z Morza Japońskiego, pyłek pszczeli i keratynę, oraz różowej - pudru nadającego blask i delikatną, różową poświatę. Sam zabieg kosztuje 30-40 zł i myślę, że może być świetnym rozwiązaniem dla tych z Was, które planują ślub, 18 urodziny, czy inne podobne wydarzenie w konwencji kostiumowej i chcą, by ich dłonie wyglądały dobrze, a jednocześnie odpowiadały realiom historycznym. Oczywiście na normalny zlot Krynolinowy też się nada :)

A Wy, co o nim myślicie? Macie jakieś swoje sposoby na "historycznie ładne" dłonie?


24 czerwca 2014

Falbanki, koronki i hafty

czyli bielizna damska w połowie XIX stulecia

Czas na pierwszy z obiecanego jakiś czas temu cyklu postów o strojach damskich w trzech dekadach: latach 40., 50. i 60. XIX wieku. Bieliznę zrobiłam przekrojowo, ale późniejsze posty podzielę chyba na epoki.


Bielizna w "grzecznym" XIX wieku była o wiele bardziej obfita, niż w frywolnym wieku XVIII. Oczywiście jej kolejne warstwy przybywały stopniowo. Jak pamiętamy z poprzedniego wpisu bieliźnianego, na przełomie wieków stylizujące się na greczynki elegantki pozbywały się nie tylko stelaży i poduszek, lecz często nawet i gorsetu. Po burzliwym okresie wojen napoleońskich, w miarę stabilizacji nowego ładu społecznego i utrwalania się nowego podziału Europy, moda również wracała do swojej wcześniejszej, obfitej wersji. Działo się to głównie w latach 20. i 30. XIX wieku, o których tu nie piszę, bo za modą tych dekad jakoś nie przepadam (tj. nieszczególnie chce mi się z nich szyć coś na siebie, ale może kiedyś się to odmieni ;) ). 


Z każdym kolejnym rokiem talia się obniżała, a spódnica rosła wszerz, po to, by w latach 40. wyglądać tak, jak na obrazku powyżej. Ze wszystkich elementów bieliźnianych koszula przez okres rewolucji i wojen napoleońskich przeszła bez szwanku i w latach późniejszych nadal była obowiązkowym elementem, rozpoczynającym poranny rytuał ubierania. To samo tyczy się pończoch, które (szyte z bawełny lub jedwabiu) sięgały za kolano i były przytrzymywane haftowanymi podwiązkami. Długi gorset, formujący talię w jej anatomicznym miejscu, unoszący oraz zaokrąglający biust i kształtujący biodra usztywniany był drewnianym lub metalowym płaskim buskiem, przypominającym deseczkę wsuwaną z przodu. Dodatkowym usztywnieniem były fiszbiny wielorybie, umieszczone głównie na przodzie, lecz także po bokach i w tyle gorsetu.
Nowością dziewiętnastowieczną (mniej więcej od lat 1820.) stały się pantalony - dwie połączone w pasie i obszyte koronką u dołu nogawki, zasłaniające nogi... i tylko nogi. Dzisiaj ten fakt jest zadziwiający. Wszak pantalony to zupełna odwrotność współczesnej nam bielizny! :D Niekiedy nakładano je na koszulę, wyciągając jej rożki z przodu i z tyłu, a kiedy indziej to koszula przysłaniała pantalony.
Na tę pierwszą bieliznę, która była blisko ciała nakładano to, co miało formować szeroką spódnicę. Pierwsza krynolina (od crin - włosie końskie oraz lin - len) składała się z wielu sztywnych halek, których minimum stanowiły cztery: pierwsza usztywniona włosiem, na nią druga - watowana, sięgająca kolan lub poduszka poszerzająca w kształcie wałka (podobna, jak w XVIII wieku), następnie płócienna lub lniana, mocno krochmalona halka z obfitymi, również krochmalonymi falbanami, a na sam wierzch, tuż pod suknią - lekka haleczka muślinowa.



W latach 1850. wykrój koszuli z dużym dekoltem, często odsłaniającym ramiona właściwie się nie zmienił. Takie same noszono również pończochy, szyte lub dziergane i przytrzymywane podwiązkami. Wygląd pantalonów także nie uległ zmianie, małą metamorfozę przeszedł natomiast gorset. Wcześniejszy, ze względu na funkcję kształtowania bioder sięgał bardzo nisko, a sztywny, drewniany busk mógł wbijać się przy siadaniu i nie pozwalał na zachowanie naturalnej sylwetki w ruchu. Pamięć o nim musiała mocno zachować się we wspomnieniach, skoro jeszcze moja babcia powtarzała, że dawniej panienki siedziały prosto, jakby kij połknęły. Teraz już wiem, co to za "kij" ;)
Tymczasem w latach 50., pracując nad węższą i mocniej zaznaczoną talią, przy okazji skrócono i wyprofilowano też gorset tak, by był wygodniejszy w noszeniu.
Aby nie odznaczał się pod sukienką, zakładano na wierzch staniczek gorsecikowy, który mógł zawierać różne ulepszenia, powiększające biust (tutaj tego typu wiktoriański push-up zastosowany bezpośrednio w staniku sukni). Ówczesnym kobietom najbardziej zależało na wąskiej talii i odpowiadających sobie wielkością bioder i ramion / biustu, co dodatkowo podkreślało wąską kibić. O ile większy biust można było osiągnąć za pomocą ulepszeń i dodatków przy sukni (o których później), tak o odpowiednią szerokość spódnicy dbała krynolina.
Tym razem z pomocą przyszła nauka. W czerwcu 1856 roku wynaleziono krynolinę taką, jaką znamy pod tą nazwą dziś. Giętkie, metalowe druty kształtowano w obręcze i z nich, za pomocą bawełnianych taśm tworzono okrągły, kopulasty stelaż, na którym opierała się suknia. Dzięki temu jej spódnica miała pożądany kształt dzwonka, a sama krynolina była wygodniejsza od swojej włosianej poprzedniczki. Nie trzeba było kilogramów krochmalonych halek - wystarczyło kilka, by osiągnąć o wiele lepszy efekt.


W kwestii kroju koszuli, pantalonów i pończoch lata 60. nie przyniosły wielkich zmian. Gorset natomiast, w miarę postępu techniki, zyskał nowych sprzymierzeńców w formowaniu doskonale wąskiej talii. Był to przede wszystkim lekki, metalowy, zapinany busk, a oprócz niego - metalowe fiszbiny i metalowe kółka w tyle, przez które przewlekano tasiemki do wiązania gorsetu (nie znalazłam dokładnej informacji o roku, w którym się pojawiły, tylko ogólną o połowie XIX wieku, więc giętkie, metalowe fiszbiny i kółka mogły istnieć już w poprzednich dekadach).
Staniczek gorsecikowy nadal noszono z upodobaniem, tak samo, jak wierzchnie halki, wyposażone dodatkowo w nadające miękkości sukni falbany. Natomiast krynolina pod nimi w 1862 roku uległa zmianie. Wyjęto części obręczy z przodu (co dało efekt spłaszczenia) po to, by dodatkowo uwypuklić suknię w tyle. Ta na powyższym obrazku ma jeszcze dodatkowe, małe półobręcze unoszące suknię na wysokości pośladków, co niewątpliwie jest już nieśmiałą zapowiedzią późniejszej mody na turniurę.




Wracając do krynoliny, nie obyło się również bez skandalu. Niektórzy moraliści uznali ją za nieodpowiednią, ponieważ nogi, zamiast być ściśle otulone halkami, pod stelażem zyskiwały wolność. Nietrudno było również o liczne wypadki z udziałem krynoliny. Można się było nie zmieścić w drzwiach. Można się było zaklinować w dorożce. Wiatr mógł podnieść suknię do góry i pokazać nogi. Można było w tańcu zarzucić obręczą i ukazać rąbek halki. Horror! :D Nie mówiąc już o poważniejszych przypadkach, jak zahaczanie suknią o drobne przedmioty i istne spustoszenie nie tylko wśród modnych, kruchych bibelotów, lecz także w pracy (służące, robotnice). Ze względu na swoją niespotykaną dotąd szerokość, krynolina stwarzała też zagrożenie pożarowe. Wystarczyło, że jakaś panna chciała ogrzać się przy kominku i, zapomniawszy o rozmiarach spódnicy, stanęła za blisko ognia...

__________________
Źródła obrazków: 1, 2, 3

17 czerwca 2014

Cztery stylizacje dandysa z lat 1830. (post gościnny)

Dzisiaj post z udziałem gościa, i to znamienitego! Jeden z pierwszych polskich dandysów, znany szerzej jako poeta - Juliusz Słowacki przedstawi nam cztery stylizacje na różne okazje. Znajdą się też rady, dotyczące taniego i eleganckiego ubierania się w latach 30. XIX wieku. Ciekawi?

Nieznany gentleman o intrygującym spojrzeniu. Obraz z lat 1830. z kolekcji V&A Museum. (źródło)
Pierwszą stylizacja, przeznaczona była na spacer w modnym paryskim ogrodzie Tuilleries w roku 1832. Jej celem było zwrócenie na siebie uwagi towarzystwa i tym samym zapewnienia sobie przychylności rodziny Platerów (w której skład wchodziły całkiem urodziwe córki). Miała ona również za zadanie (poprzez całkowitą odmienność, czy wręcz przeciwieństwo w stosunku do zaniedbanego Mickiewicza) podkreślić indywidualizm twórczy Słowackiego:  

Dlaczego to robię? Oto dlatego, iż raz zostawszy poetą, chcę ujść powszechnej nagany, która ród nasz wystawia jako opuszczony i niedbały.



W lipcu 1832 roku Słowacki miał na sobie:  

białe szarawarki, kamizelkę białą kaszmirową, w ogromne różnokolorowe kwiaty, tak jak dawne suknie damskie, i kołnierz od koszuli odłożony (…), laseczkę z pozłacaną główką i glansowane rękawiczki

W tym samym roku dandys uczestniczył też w wieczorku u księżnej Czartoryskiej, na który zaplanował mocno taliowaną kreację uszytą u jednego z lepszych paryskich krawców i nowe trzewiki. Ponieważ przy takich okazjach (tańce) rękawiczki szybko się zużywały, Słowacki nie marnował na nie pieniędzy - wolał więcej wydać na dobrej jakości strój i krawca, rękawiczki zaś kupował w cenie po dwa franki za parę.
Z resztą wielokrotnie ów paryski elegant podkreślał ekonomię swoich strojów – nigdy nie był rozrzutny i, o ile to możliwe, starał się nie brudzić ubrań, a jedynym luksusem, na jaki sobie pozwalał były niezwykle modne rękawiczki w kolorze paljowym. Oczywiście mowa tu o rękawiczkach wyjściowych, a nie balowych po dwa franki ;)




Takie stroje nosił w Paryżu. Na czas genewskich wojaży i górskich wędrówek po Alpach z państwem Wodzińskimi (i ich piękną córką Marią) elegant przygotował zestaw luźny, niewymuszony i odejmujący lat: W ubiorze tym wyglądałem tak młodo, że mi dawano 15 lat wieku (!)

Ekstrawagancka stylizacja podróżna składała się z:  

płóciennej blousy, haftowanej zielonym jedwabiem czy też włóczką, pasa czarnego skórzanego, białych szarawarów, kapelusza ze słomy białej i czarnej plecionego, dosyć niskiego, z ogromnymi skrzydłami i opasanego purpurową wstążką – do tego na grubej podeszwie trzewiki – i kij (…) biały z żelaznym kolcem.

Zaś po powrocie z podróży na wschód, Słowacki przywiózł do Paryża mnóstwo modnych, arabskich przedmiotów, a wśród nich m. in. wełniany płaszcz arabski, turecki dywan, perskie skarpetki oraz nargile, których użył do stworzenia orientalnej stylizacji, noszonej podczas podejmowania porannych gości i będącej doskonałym dopełnieniem jego fantastycznych opowieści z podróży.



Na czas jesiennych chłodów, które sprzyjały romantycznym spacerom po paryskim cmentarzu Père la Chaise dandys polecał czarny tużurek, zimą zaś w dnie mniej zimne długi aż po kostki, ciemnoceglasty surdut o kroju angielskim zapinanym na jeden rząd guzików, natomiast w dnie zimne (...) granatowy płaszcz z długim kołnierzem i bobrowym futrem. Tak odziany elegant mógłby pojechać nawet do Petersburga i nie zmarznąć, zachowując przy tym dobry gust.

Jeśli chodzi o okrycia wierzchnie, zarówno pod względem doboru kroju jak i kolorystyki ubioru, Słowacki powściągał swoją ekstrawagancką fantazję – być może z powodu braku licznej publiczności - wszak zimą modne parki były zamknięte i nie miał kto podziwiać jego stylizacji. Jednocześnie Słowacki przestrzegał przed przestylizowaniem, krytykując sztuczny, sztywny ubiór polskich elegantów: 

Do nas kto z Paryża przyjedzie, zaraz ma dziwny jakiś szpiczasty kapelusz, jakiś frak wywrócony itd. W Paryżu zaś przeciwnie – nie widziałem tu elegantów tak jak u nas, z połkniętym kijem, z nakrochmalonym halsztuchem; wszyscy skromnie i zgrabnie ubrani. Ubierać zaś się można, jak się komu podoba.



W ubiorach noszonych na co dzień Słowacki stawiał na uniwersalną czerń, zawsze jednak kostium ów zawierał jakiś akcent w kontrastującym kolorze, ponieważ dandys nie chciał być kojarzony z duchownym. Doskonale zdawał sobie sprawę, że to strój go kształtuje; że jest postrzegany za takiego, na jakiego wygląda. Chcąc uniknąć zaniedbania, zawsze z wielką uwagą dobierał krawca i z upodobaniem kazał sobie szyć ciemne ubrania. Kolorystyczny wyjątek czynił tylko dla kamizelki i szarawarów oraz żółtawo – bladych białych  (tj. paljowych) rękawiczek. Nosił również modne, glansowane trzewiki, a ponad wszystko starał się, by jego strój był uniwersalny, skromny i stonowany - stosowny do każdej okazji, nawet pojedynku.

W 1841 roku dandys, biorący udział w strzelaninie z redaktorem pisma Młoda Polska (wydawcy "Młodej Polski" (…) postanowili zabić mnie lub upokorzyć) - Stanisławem Ropelewskim, starannie zaplanował swój strój, tworząc stylizację pojedynkową. Mając świadomość powagi sytuacji, z rozmysłem dobierał każdy szczegół stroju. Tym razem również postawił na czerń, jednak bez kontrastujących elementów, aby nie wskazywać przeciwnikowi niepotrzebnie celu do strzału. Niezwykłym, romantycznym dodatkiem była tym razem nie laseczka, lecz róża, która po pojedynku (czy będzie wygrany, czy przegrany) miała być przekazana Joannie Bobrowej - (ówczesnej i ostatniej) damie jego serca.

__________________________________________________________
Cytaty w poście pochodzą z książki: Juliusz Słowacki: Listy do matki. Red. Julian Krzyżanowski. Wrocław 1990.
Źródła wykorzystanych ilustracji: 1, 2, 3, 4