Dzisiaj szybki przepis na pachnący różami, otulający, historyczny krem do twarzy doskonały na nadchodzące właśnie pierwsze przymrozki.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawne kosmetyki DIY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawne kosmetyki DIY. Pokaż wszystkie posty
22 listopada 2015
4 maja 2015
Krem przyjemnie chłodny / przepis na cold cream z 1872 r.
"All redness and roughness will strait disappear,
And the skin to a wonder be charmingly clear;
If pimples arise, this will take them away;
If the small-pox should mark you, those marks will decay;
If wrinkled through age, or bad dawbing the face is,
'Twill be smooth in a trice, as the best Venice glass is;"
And the skin to a wonder be charmingly clear;
If pimples arise, this will take them away;
If the small-pox should mark you, those marks will decay;
If wrinkled through age, or bad dawbing the face is,
'Twill be smooth in a trice, as the best Venice glass is;"
Dr. Russell, 1814 r.
Powyższy tekst jest fragmentem wiersza, który niejaki dr Russell poświęcił popularnemu kosmetykowi w 1814 roku. Słynny cold cream - krem, dający na skórze wrażenie przyjemnego chłodu i natychmiastowego nawilżenia znany jest od bez mała 2000 lat. Wynalazł go rzymski lekarz, Galen i od starożytności aż po dziś dzień (tu przykłady współczesnych cold creams) ów słynny CC święci triumfy.
Sekret jego formuły polega na umiejętnym połączeniu oleju z wodą za pomocą stosownych emulgatorów. Otrzymana w ten sposób emulsja jest wodniście lekka, a jednocześnie długotrwale nawilżająca. W XVIII i XIX wieku cold cream oczywiście był całkiem popularnym kosmetykiem. W moich poszukiwaniach trafiłam na kilka receptur (z różnych lat) przyrządzania przyjemnie chłodnego kremu i każda była inna! Może kiedyś wypróbuję te wcześniejsze, dziś jednak zmieszałam dla Was cold cream z 1872 roku:
"Cold cream. Weź po uncji avoirdupois białego wosku i spermacetu oraz 1/4 imperialnej pinty olejku migdałowego. Rozpuść je i wlej miksturę do marmurowego moździerza lub takiego z ceramiki Wedgwood (albo porcelanowego) ogrzanego wcześniej poprzez zanurzenie na jakiś czas we wrzącej wodzie. Dolewaj stopniowo 4 uncje wody różanej, wytrwale ucierając mieszaninę aż do otrzymania emulsji i całkowitego wystygnięcia. Na koniec, przed użyciem lub sprzedażą, przełóż krem do porcelanowych lub glinianych słoiczków."
- 28 g białego wosku,
- 28 g oleju jojoba (roślinny zamiennik tłuszczu z głowy wieloryba --> fuj),
- 142 ml oleju ze słodkich migdałów,
- 28 ml wody różanej
- Ilość potrzebnych składników podzieliłam tak, by otrzymać małą porcję kremu. Do ich odmierzenia użyłam znów łyżeczek miarowych. Nie skorzystałam z moździerza, bo do ucierania takiej ilości wystarczyła zwykła zlewka i bagietka :)
- Do zlewki wsypałam wosk i wlałam oba oleje.
- Całość podgrzałam w kąpieli wodnej.
- Dolałam wodę różaną i ucierałam do całkowitego wystudzenia i otrzymania kremu.
Przyznam szczerze, że myślałam, że to nie wypali, jednak cold cream okazał się całkiem fajny. Przede wszystkim przez cały czas testowania (ok. 2 tygodnie) nic się nie rozwarstwiło, co bardzo pozytywnie mnie zdziwiło. Konsystencja kremu jest gładka i chłodna w dotyku. Podczas nakładania ma się wrażenie kojącego nawilżenia, a po wmasowaniu, na skórze zostaje lekki, otulający ją film. Krem bardzo delikatnie pachnie różami, w dodatku ma również działanie rozjaśniające i, dzięki zawartości wody różanej, powinien spełniać wszystkie obietnice z wiersza dra Russella. No, może oprócz wygładzenia śladów po ospie ;) Ja używałam go na suche dłonie i tu, stosowany wieczorem sprawdził się całkiem fajnie. Myślę, że osoby obdarzone suchą skórą mogą go jak najbardziej wypróbować. Ponieważ nie zawiera konserwantów, ma prosty i naturalny skład, na pewno lepiej spełni swoje zadanie, niż drogie i przeładowane syntetykami współczesne cold creams.
I jak, skusicie się na ten cud dziewiętnastowiecznej kosmetyki?
ENGLISH:
Yup, another 19th century cosmetic! I am really addicted to those recipes, love to work with them and so this way experiment with the past. Today I made a famous cold cream, which was quite popular during regency and victorian periods. I followed the recipe and recieved the really cold cream. It is nicely smooth and moisturizes the skin well. Firstly it feels a bit watery and then comes the light, oily layer that protects the dry skin. It turned out to be helpful to keep my extra dry hands :( in a good condition, so I can recommend it to all of you, who have the problem of dry skin :)
12 kwietnia 2015
Królewna z marcepanu / migdałowa pasta oczyszczająca (1872 r.)
Ciekawi, czym w XIX wieku oczyszczano twarz? Tak, mydłem z wodą oczywiście, ale nie tylko...
Gdy przeglądałam receptury do nowej serii postów, natrafiłam na tę i od razu skojarzyła mi się ze słynną pastą oczyszczającą brytyjskiej manufaktury Lush. Kosmetyki Lush uwielbiam i żałuję, że nie można ich kupić w Polsce. Ostatnio udało mi się nabyć je w Petersburgu, ale ponieważ na razie nie planuję żadnych dalekich wojaży, chętnie sięgnęłam po przepis z 1872 roku z książki Encyclopedia of practical receipts and processes:
"Pasta migdałowa. Rozdrobnij blanszowane migdały na gładką pastę, cierpliwie ubijając je w marmurowym moździerzu. Pod koniec dodaj stopniowo odrobinę wody różanej lub z kwiatu pomarańczy z kilkoma kroplami olejku różanego lub neroli, albo odrobiną wody kolońskiej czy innym pachnidłem według uznania. Na koniec przełóż pastę do porcelanowych pojemników lub słoików z pokrywkami"
- migdałów,
- wody różanej lub z kwiatu pomarańczy,
- opcjonalnie olejków zapachowych (różany lub neroli)
- Jeśli migdały są całe, najpierw trzeba je zblanszować, czyli zwyczajnie sparzyć, przepłukać zimną wodą i obrać ze skórki.
- Blanszowane migdały przełożyłam do moździerza i rozdrobniłam.
- Pod koniec dolałam trochę wody z kwiatu pomarańczy, dzięki czemu powstała gładka pasta.
- Voila!
Już podczas ubijania pasta zaczęła przypominać mi coś, na co od tygodnia mam ogromną fazę. Marcepan! Nie mogłam się powstrzymać i spróbowałam trochę. Tak, gdyby zamiast wody z kwiatu pomarańczy dolać syropu z wody i cukru, powstałby najprawdziwszy w świecie marcepan! :D Co z resztą nie jest niczym dziwnym, bo przecież tak się go wytwarza ;)
A jak z kosmetycznymi właściwościami pasty?
Ze względu na swoje właściwości (podczas ucierania w moździerzu z migdałów wydobywa się ich naturalny olejek) pasta nadaje się doskonale do oczyszczania bardzo delikatnej i suchej cery. Dziewczyny, które nie używają wody do mycia twarzy, a podczas historycznych imprez nie chcą używać współczesnych mleczek, śmiało mogą sięgnąć po ten kosmetyk :)
Podczas masowania wilgotnej twarzy pastą, zmienia ona formułę, stając się czymś w rodzaju mleczka, które (o ile jest na to czas) można zostawić na twarzy na kilka minut jak maseczkę. Wypróbowałam ten sposób i po spłukaniu twarzy cera była bardzo miękka, delikatna w dotyku i rozjaśniona.
A jeśli by dodać do pasty odrobinę białej glinki, glicerynę i olejki eteryczne, powstanie idealna podróba słynnej pasty Lusha, tylko dostępna właściwie od ręki, o wiele tańsza i w pełni historyczna. Polecam spróbować!
ENGLISH:
Today I tried another cosmetic recipe and this time it was an Almond paste cleanser from "Encyclopedia of practical receipts and processes". I did everything as the formula says, except adding optional attar of roses / neroli (I didn`t want to). The paste looks very similar to marzipan, which is quite a fun (let me wash my face with a dessert, yo!) and if we add some extra ingredients as kaolin and essential oils it will be a perfect, historical accurate imitation of the famous Lush Angels on bare skin. Excellent!
29 marca 2015
Prawie do zjedzenia / Kakaowa pomada z 1872 r.
Lubicie kosmetyki o jadalnych zapachach? Ja uwielbiam! W końcu karmelowo-czekoladowy błyszczyk do ust w ogóle nie tuczy, a pachnie tak samo smacznie. W dzisiejszym poście przetestowałam przepis na kakaową pomadę z 1872 roku. Pachnie? Nie pachnie? Sprawdźcie sami:
Przepis pochodzi z książki Encyclopedia of practical receipts and processes z 1872 roku, ale myślę, że może być wcześniejszy, bo w tej encyklopedii w dziale z kosmetykami znalazłam wiele przepisów skopiowanych w wcześniejszych publikacji. W każdym razie tego jeszcze nie robiłam. Po polsku brzmi on tak:
"Weź tę samą ilość masła kakaowego, oleju z migdałów i czystego, białego wosku. Rozpuść je razem i mieszaj aż do wystudzenia. Używany jako kosmetyk nawilżający, szczególnie na spierzchnięte usta, ręce itp. Czasem barwi się go odrobiną oleju palmowego. Można dodać zapach. Szczególnie doceniany jako pomada do włosów"
Potrzebne składniki:
- masło kakaowe,
- olej z migdałów,
- wosk
- odrobina oleju palmowego do zabarwienia
- Składniki odmierzyłam łyżeczką miarową, ale do tego celu można też użyć zwykłej łyżeczki do herbaty.
- Do zlewki wlałam olej migdałowy, dodałam masło kakaowe i na końcu rozpuszczony nad płomieniem wosk.
- Mieszałam chwilę w kąpieli wodnej, aby składniki miały tę samą temperaturę.
- Na końcu dodałam odrobinę czerwonego oleju palmowego, który zabarwił całość na żółto (magia :D )
- Przelałam pomadę do czystego słoiczka i zaczekałam, aż wystygnie.
I to wszystko! Gotowa pomada nie smakuje co prawda czekoladą (jaka szkoda!), ale za to porządnie nawilża. Używałam jej do ust i na moje wiecznie przesuszone dłonie na noc i przyznam, że nawilża całkiem nieźle i do tego bardzo uelastycznia skórę. Jedyne, co bym zmieniła w przepisie to proporcje. Dodałabym mniej wosku, bo przy takiej ilości pomada jest dla mnie trochę za twarda.
Spróbujecie?
ENGLISH:
Today I tested one of the 1870s "Encyclopedia of practical receipts and processes" receipts. Making Cacao Pomade I followed the original formula. It came out nice but little too stiff so next time I will add less wax. Used for chapped lips, it moisturizes nicely and for dry hands makes skin resilient. But... I wish it smelled chocolate :D
12 grudnia 2014
Wizaż historyczny / o makijażu do kostiumu historycznego
Aby suknia historyczna miała
zadowalający kształt, szyjemy odpowiednią bieliznę - gorsety, halki,
stelaże itd.; aby wyglądała dobrze, dobieramy stosowne dodatki,
pasmanterię, szyjemy ją z odpowiedniego materiału. Tych wszystkich
zabiegów nie widać, a jednak przekładają się one na ostateczny efekt. Z
makijażem do kostiumów jest tak samo.
![]() |
| Olga i ja w makijażach historycznych. Obok (z lewej) ryciny modowe z lat 30. XIX wieku (źródła 1, 2); z prawej: Maria Dietsch na portrecie J. K. Stielera, 1850 (źródło) i Nanette Heine na portrecie J. K. Stielera, 1829 (źródło) |
Jak
wyglądałaby suknia uszyta z elastycznej dzianiny, z plastikowymi
dżetami, założona na współczesną bieliznę? Do tego fryzura "weselna" i
ostry makijaż. Czy to ma coś wspólnego z wizerunkami kobiet na
portretach lub modowych rycinach? Nie? A co w takim razie powiecie na
suknię uszytą ze zgrzebnej bawełny w szarawych barwach, nałożoną na
bezkształtne halki? Do tego włosy ściągnięte w smutną kitkę, całkiem
rozpuszczone lub przykryte czepcem i zupełny brak makijażu. Zgodność
historyczna jest, ale czy taki ubiór ma coś wspólnego z ówczesną
estetyką?
K.Bryullov, Portret E. P. Bakunin, 1834 (źródło) i A. Brulloff, Portret Natalii Puszkin, 1831-1832 (źródło)
Wszystko zależy od tego, jak postrzegamy historię i na czym nam zależy. Przyznam się Wam, że bardzo długo szukałam odpowiadającego mi podejścia do odtwarzania historii, a droga była i nadal jest długa i kamienista :) Niemniej jednak doszłam do tego, że aby efekt był "jak z epoki" należy stosować się do obowiązującej w tej epoce estetyki. I o ile w strojach i uczesaniach nie ma takiego problemu, bo są liczne źródła i opracowania naukowe, po które wystarczy sięgnąć, tak w przypadku makijażu jest zupełnie inaczej. Zawsze bolało mnie, że w XIX wieku łączyły się z nim negatywne skojarzenia i stereotypy, zabraniające ówczesnym kobietom sięgać po różne upiększacze (po które jednak i tak czasem ukradkiem sięgały), a jednocześnie wymagano, by cera była idealna, oczy duże i wyraziste, usta symetrycznie wykrojone i naturalnie różowe oraz zaróżowione policzki. Dziewiętnastowieczne kobiety miały więc do czynienia z sytuacją nierozstrzygalną, a presja otoczenia i surowość własnych sądów stawały się dla nich przyczyną samoudręczenia i melancholii (chyba, że któraś akurat miała szczęście i wpasowała się urodę w obowiązujące wytyczne piękna).
To
jest oczywiście temat na osobny wpis, który mam w planach, a dzisiaj
opowiem o tym, jak współczesnym makijażem naśladować urodę bohaterek
historycznych portretów.
![]() |
| Pomalowana przeze mnie Marylou i Eugenia Hortensja Augusta Napoleon de Beauharnais na portrecie J. K. Stielera, 1826 (źródło) |
Najlepiej
podejrzeć pracę profesjonalistów, zajmujących się makijażem w filmach
kostiumowych. Grające w nich aktorki zawsze wyglądają pięknie, a
jednocześnie oko widza nie jest w stanie dostrzec wielu warstw makijażu
na ich twarzach. Za każdym razem, gdy bohaterka filmu wyglądała "jak z
obrazu", zatrzymywałam film i przyglądałam się jej twarzy, próbując
przeanalizować, jak ją pomalowano, jakich kolorów użyto, jaką formułę i
wykończenie mogą mieć zastosowane kosmetyki gdzie je nałożono i w jaki
sposób. Tym samym nauczyłam się malować tak, aby oszukiwać naturę,
upodabniając się nieco do kobiet z portretów z tej samej epoki, w którą
celowałam ze strojem i uczesaniem.
Malując dziewczyny na bal, wiedziałam już, że nie istnieje jeden dobry model makijażu "historycznego". Co prawda istnieją ogólne wytyczne, do których dobrze jest się stosować, jednak tak naprawdę to, gdzie położymy jaki kolor i w jaki sposób to zrobimy, zależy od cech indywidualnych takich, jak układ kości twarzy, wielkość i kształt oczu i ust oraz karnacja, rodzaj cery, grubość skóry itd. Nasycenie makijażu zależy również od tego, czy będziemy nosić go w dzień w świetle jasnym (latem) albo szarawym (zimą), czy też w nocy w świetle świec lub żarówek. Najważniejsze jest jednak to, by osoba pomalowana dobrze się w nim czuła, dlatego część makijaży wykonywałam moimi kosmetykami, a część tymi, które dziewczyny przyniosły ze sobą. Bo idealnie dobrane kolory nie sprawdzą się, jeśli pomalowana dziewczyna z zasady ich nie lubi i po prostu źle się czuje w takich barwach.
![]() |
| Sofia, arcyksiężna Austrii na portrecie J. K. Stielera, 1832 (źródło) i Maqda pomalowana przeze mnie |
Malując dziewczyny na bal, wiedziałam już, że nie istnieje jeden dobry model makijażu "historycznego". Co prawda istnieją ogólne wytyczne, do których dobrze jest się stosować, jednak tak naprawdę to, gdzie położymy jaki kolor i w jaki sposób to zrobimy, zależy od cech indywidualnych takich, jak układ kości twarzy, wielkość i kształt oczu i ust oraz karnacja, rodzaj cery, grubość skóry itd. Nasycenie makijażu zależy również od tego, czy będziemy nosić go w dzień w świetle jasnym (latem) albo szarawym (zimą), czy też w nocy w świetle świec lub żarówek. Najważniejsze jest jednak to, by osoba pomalowana dobrze się w nim czuła, dlatego część makijaży wykonywałam moimi kosmetykami, a część tymi, które dziewczyny przyniosły ze sobą. Bo idealnie dobrane kolory nie sprawdzą się, jeśli pomalowana dziewczyna z zasady ich nie lubi i po prostu źle się czuje w takich barwach.
Mam
nadzieję, że dziewczyny w moich makijażach dobrze się czuły i wczuły w
nastrój lat 30. XIX wieku oraz że będę mogła jeszcze kiedyś kogoś
historycznie pomalować :)
26 września 2014
Włosy lśniące i pachnące
Co prawda jeszcze w XVIII wieku uwielbiano włosy matowe, a twarz błyszczącą, ale w wieku XIX wszystko zaczęło się zmieniać i już w połowie stulecia każda panna marzyła zdrowej cerze i włosach gęstych, grubych i błyszczących jak polakierowane.
Czego użyłam:
Wykonanie:
Połysk i zdrowy wygląd miały zapewnić im (oprócz wyczesywania szczotkami z naturalnego włosia) różne pachnące płyny i inne kosmetyki, z których jeden wykonamy dzisiaj metodą krok po kroku :)
Przepis, jak wszystkie ostatnio, pochodzi z książki The new household receipt book z 1853 roku autorstwa Sarah Josephy Hale:
"514. By oczyścić i upiększyć włosy.- Doskonałą metodą, by utrzymać włosy słodkie (?! - P.), czyste, lśniące i skręcone jest szczotkowanie ich twardą szczotką o włosiu zwilżonym "Wodą Portugalską". Aby mieć ją świeżą i dobrej jakości, weź pintę wody z kwiatu pomarańczy, pintę wody różanej i pół pinty wody z mirtu. Dodaj do nich ćwierć uncji destylowanego piżma i uncję ambry. Wstrząśnij całość. Woda jest gotowa do użytku. Najlepiej mieszać ją w małej ilości, ponieważ nie zachowuje właściwości na długo. Wyjątkiem jest umiarkowana pogoda, gdyż płyn wykazuje skłonności do psucia się w chłodzie i upale"
![]() |
| Dopiero teraz zauważyłam, że pomieszałam obrazki -_- |
Czego użyłam:
- wody z kwiatu pomarańczy,
- wody różanej,
- ambry roślinnej (esencja z nasion ambrette).
- (niestety, wody z mirtu i piżma nie udało mi się znaleźć)
Wykonanie:
- Buteleczkę wypełniłam wodą z kwiatu pomarańczy i wodą różaną w proporcjach pół na pół
- i dodałam kilka kropli ambry (lepiej dodać jej mniej, aby zapach nie był za intensywny i nie tłumił zapachu innych składników)
- Butelkę zakorkowałam i wstrząsnęłam nią kilka razy, aby składniki dobrze się wymieszały.
Jak widać, woda w słońcu mieni się i lśni! A jak sprawuje się na włosach?
Całkiem fajnie :) Nie nabłyszcza może tak mocno, jak dzisiejsze silikonowe odżywki, ale jednak (używana z umiarem) sprawia, że włosy ładnie lśnią, są sypkie i cudnie pachną. Nie wyczesywałam ich szczotką ze zdjęć, bo niestety ta szczotka należy do kota ;) ale robiłam trochę inaczej: wylewałam odrobinę płynu na dłoń, rozcierałam i gładziłam tak zwilżonymi dłońmi włosy, a następnie ponownie przeczesywałam je szczotką. Zapach utrzymywał się jeszcze następnego dnia :) I tak właśnie najlepiej używać tego płynu - raz na kilka dni, wtedy można osiągnąć najlepsze rezultaty.
11 września 2014
Tonizuje i odświeża
- dziewiętnastowieczna woda do mycia twarzy
O tym, że w XIX wieku jasna, nieskazitelna cera była jednym z atrybutów ówczesnych piękności wiemy od dawna. Wiadomo również, że tylko niektóre kobiety mogą się poszczycić taką skórą. Dziś głównymi sojusznikami są makijaż i kosmetyczka, dawniej były nimi przeróżne mikstury. Czas na wypróbowanie kolejnej - toniku, dodawanego do wody, w której będziemy myć twarz.
Oto przepis:
![]() |
| przepis pochodzi z książki The new household receipt book z 1853 roku autorstwa Sarah Josephy Hale |
"Płyn do mycia twarzy.- Cztery uncje potażu, cztery uncje wody różanej, dwie uncje czystej brandy i dwie uncje soku z cytryny; rozpuść te składniki w dwóch kwartach wody i podczas mycia dodaj 1-2 łyżki mikstury do wody w miednicy, w której się myjesz"
Potrzebne składniki:
- ałun (zamiast potażu),
- woda różana,
- alkohol,
- sok z cytryny,
- woda (najlepiej świeżo otwarta mineralna)
Wykonanie:
- W zlewce z miarką odmierzyłam tę samą ilość ałunu
- i wody różanej.
- Następnie dolałam alkohol (objętość połowę mniejsza, niż wody różanej)
- i sok z cytryny (objętość j. w.)
- Zlewkę dopełniłam wodą, przelałam płyn do butelki, zakorkowałam i potrząsnęłam nią kilka razy, by składniki się wymieszały.
Następnego dnia wypróbowałam płyn zgodnie z dziewiętnastowiecznymi zaleceniami. Podczas mycia twarzy, zaraz po spłukaniu mydła dodałam pół butelki (ok. 1-2 łyżki) płynu do wody w miseczce i opłukałam nią twarz. Woda okazała się bardzo przyjemnie tonizować i odświeżać skórę bez przeciążania jej odżywczymi składnikami (były upały). Przy następnym myciu zużyłam resztę i podczas kolejnych upałów (jeśli jeszcze się trafią w tym roku) chętnie zrobię tonik ponownie.
Polecam Wam spróbować :)
8 września 2014
Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda
...czyli myjemy zęby po dziewiętnastowiecznemu ;)
Zastanawiało Was kiedyś, czym myli zęby dziewiętnastowieczni? I czy w ogóle je myli? :D
W miarę, jak zgłębiałam tajniki ówczesnego życia, kwestie higieny i jeszcze kilku innych rzeczy ;) stawały się dla mnie coraz bardziej intrygujące. W XIX wieku zdrowe, białe zęby były taką samą oznaką zdrowia i urody, jak dzisiaj, z tą różnicą, że ówcześnie nie istniały tak zaawansowane metody dbania o nie, nie mówiąc już o dentystyce, która dopiero powstawała (wiedzieliście, że jeszcze w XVIII wieku ból zęba przypisywano siedzącemu w nim robakowi?).
W pielęgnacji idealnego uśmiechu stosowano jednak nieco podobne metody do tych, z których korzystamy dzisiaj. Ponieważ nie istniała jeszcze pasta do zębów, jaką współcześnie znamy (wynalazł ją dopiero Oskar Troplowitz w 1905 roku), dziewiętnastowieczni radzili sobie inaczej, używając do tych celów specjalnych proszków lub płynów.
Ten drugi metodą krok po kroku wykonamy dzisiaj. Przepis pochodzi z książki The new household receipt book z 1853 roku autorstwa Sarah Josephy Hale:
"Płyn do mycia zębów. - Sproszkowana i rozpuszczona w pincie wina (destylowanego - P.) uncja mirry. Szczoteczka zanurzona w odrobinie płynu jest doskonała dla zębów i dziąseł"
Potrzebujemy:
- mirry,
- alkoholu
- Mirrę trzeba pokruszyć i zetrzeć na pyłek (w moździerzu),
- a następnie dolać do niej alkohol
- i potrząsać do całkowitego rozpuszczenia (1-2 dni).
Przepis jest wręcz banalny w wykonaniu, poza tym niezłą satysfakcję daje obserwowanie, jak mirra się rozpuszcza :)
Ale pewnie jesteście ciekawi, czy użyłam tego płynu i czy spełnił on swoje zadanie! Otóż użyłam go pewnego poranka i na jeden raz poszła cała buteleczka, bo miałam wrażenie, że myję zęby samą szczoteczką i przez to ciągle go dolewałam :D Płyn oczywiście się nie pieni i ma dziwny, trochę winny, a trochę żywiczny smak, ale czyści nawet nieźle. Po umyciu nim zębów (i zjedzeniu czegoś, żeby pozbyć się dziwnego smaku - do receptury można by dodać 1-2 krople miętowego olejku eterycznego) czułam się właściwie normalnie i zapomniałam, że tego dnia myłam zęby po dziewiętnastowiecznemu ;) Nie wiem tylko, co na to dentysta, ale myślę, że używany raz na jakiś czas płyn nie powinien wyrządzić szkody.
Wypróbujecie? ;>
24 kwietnia 2014
Loki cesarzowej Eugenii
Jedną z tajemnic dziewiętnastowiecznych, kobiecych upięć i sposobów układania włosów przez ówczesnych mężczyzn były kosmetyki do stylizacji, czyli innymi słowy pomada.
Dzisiaj zrobimy właśnie taka pomadę, która utrwano niejedną kunsztowną fryzurę. Przepis pochodzi z książki The new household receipt book z 1853 roku autorstwa Sarah Josephy Hale i, jak wszystkie przepisy z tego typu książek (przeznaczonych do użytku domowego, nie dla ówczesnych farmaceutów) jest łatwy:
"Aby zrobić płyn skręcający włosy. - Rozpuść kawałek białego wosku pszczelego wielkości orzecha włoskiego lub dużej fasoli w uncji oliwy. Dodaj jedną lub dwie krople olejku różanego (esencji różanej) albo inny dodatek zapachowy"
Potrzebne składniki:
- oliwa z oliwek,
- biały wosk (na tę ilość wzięłam mniej, niż na pierwszym zdjęciu),
- esencja różana lub jakieś inne pachnidło. Można też zrezygnować z dodatków zapachowych.
- Najpierw przelałam oliwę do szklanego słoiczka, który wstawiłam do kąpieli wodnej.
- Następnie, umieszczając łyżkę nad płomieniem, roztopiłam znajdujący się w niej wosk
- i dolałam go do ogrzanej oliwy.
- Dokładnie zamieszałam,
- a na koniec uperfumowałam pomadę kroplą aromatu różanego.
Pomada jest gęsta (gdyby dodać więcej oliwy, powstałby płyn, ale jego właściwości utrwalające chyba w ogóle by zniknęły. W XIX wieku ludzie lubili mieć czymś natłuszczone włosy, my - niekoniecznie) i dość lepka. Po rozgrzaniu odrobiny w palcach, kosmetyk zamienia się w kremową pastę, którą możemy utrwalić upięcie lub krótszą (męską) fryzurę.
Najlepsze jest to, że ten kosmetyk sprzed ponad 160 lat nie różni się zbytnio składem od dzisiejszych past i wosków do stylizacji! Współczesne kosmetyki tego typu na pierwszych miejscach w składzie mają oleje lub parafinę i wosk, potem następują chemikalia polepszające konsystencję i konserwujące oraz alkohol, a na końcu - dodatek zapachowy. Także ta pomada może być też używana na co dzień przez fanki i fanów życia bliżej natury :)
10 kwietnia 2014
Cera mlecznobiała, delikatna jak płatki róż (+ gdzie kupić produkty do wytwarzania dawnych kosmetyków)
Taka właśnie cera była ideałem w XIX wieku, a jako, że nie każda panna
mogła się taką poszczycić, z odsieczą przychodziły ówczesne kosmetyki. Dzisiaj zrobimy bardzo lekkie mleczko różane, które zapewni nam równie różaną cerę.
Przepis, jak kilka ostatnich, pochodzi z książki The new household receipt book z 1853 roku autorstwa Sarah Josephy Hale. Jest znów bardzo, bardzo łatwy*
"By zrobić Mleczko Różane. - Do pinty wody różanej dodaj uncję olejku z migdałów i dziesięć kropli potażu.
(Nota Bene?) - Dodać potaż na sam koniec."
![]() |
| Po kliknięciu w obrazek, całość się powiększy i będzie lepiej widoczna :) |
Nie byłabym sobą, gdybym nie namieszała w recepturze :) Potaż (węglan potasu) nie jest dostępny w żadnym ze sklepów, w których jak dotąd robiłam zakupy. Wiem, że jest używany w ogrodnictwie i produkcji szkła, ale zastosowanie takiego przemysłowego potażu w produkcji kosmetyku nie skończyłoby się chyba dobrze dla żadnej cery (a szczególnie tak kapryśnej = trądzikowej, jak moja). Jak na razie próbuję go zastąpić różnymi innymi rzeczami, choć prawdę powiedziawszy powinnam zasięgnąć konsultacji jakiegoś wykwalifikowanego kosmetologa (a potem zrobić zbiorczy post o tych trudno dziś dostępnych surowcach i ich wpływie na skórę - i tak będzie! :) ). W każdym razie, dziś padło na ałun. Podobnie, jak u potażu, w skład tego związku chemicznego też wchodzi potas, w dodatku ałun jest naturalnym minerałem (który istniał również w XIX wieku), no i ma działanie odkażające i ściągające - a więc powinien idealnie połączyć się z formułą kosmetyku do demakijażu (mleczko).
Użyte składniki:
- maleńka, szklana buteleczka (rozmiar iście eksperymentalny),
- woda różana (w przepisie 568 ml, a więc woda stanowi większość kosmetyku),
- olej ze słodkich migdałów (w przepisie 28 g),
- ałun (kilka wiórek).
- Najpierw zeskrobałam nożem troszkę ałunu z miejsca, w którym nie był jeszcze używany (ze spodu). Kryształ okazał się bardzo "sypki" i łatwo dał się zestrugać w kilka kruchych wiórek.
- Ponieważ ałun jest rozpuszczalny w wodzie, wsypałam go na samym początku.
- Następnie dolałam do niego wody różanej i zamieszałam.
- Po rozpuszczeniu dodałam olejku migdałowego...
- i tak powstała dwufazowa emulsja.
Aby dwie warstwy połączyły się w mleczko, wystarczy kilka razy wstrząsnąć butelką. Taką emulsją można przetrzeć twarz.
Powstałe mleczko można stosować na kilka sposobów:
- jako kosmetyk do demakijażu - dobrze sobie radzi z makijażem twarzy, choć tak używane wcale nie jest wydajne. Makijażu oczu nim nie usuwałam, bo moje oczęta są alergiczne, więc wolę nie eksperymentować w tych obszarach ;)
- jako mleczko oczyszczające skórę - dla tych z nas, które nie lubią myć twarzy wodą. Ja stosowałam je w ciągu dnia spędzonego w domu, gdy moja (odpoczywająca od makijażu) skóra potrzebowała odświeżenia i tu radziło sobie całkiem fajnie.
- jako bardzo lekkie serum nawilżające - po wstrząśnięciu, w emulsji jest mało olejku, a woda różana wchłania się bardzo szybko. Myślę, że takie serum dobrze zastąpi krem nawilżający w upały. W dodatku mleczko ma jeszcze jedną, cudowną właściwość - matuje cerę! Dla właścicielek skóry tłustej i mieszanej będzie jak znalazł :)
***
Na koniec, podam Wam jeszcze listę sklepów, w których kupuję rzeczy potrzebne do wytwarzania dawnych kosmetyków, bo ostatnio o to pytałyście :)
- ZSK - tutaj możecie kupić wszystkie oleje, olejki eteryczne, wodę różaną, wodę z kwiatu pomarańczy (ale bez atestów spożywczych, więc nie nadadzą się one do gotowania...), wyciągi roślinne i część składników sypkich.
- Kolorówka - stąd pochodzą moje pigmenty, których używam do wytwarzania kosmetyków kolorowych (róż), a także spora część pojemników i sprzętu potrzebnego (ale nie koniecznego - on tylko bardzo ułatwia sprawę) do mieszania.
- Lokalne sklepy z arabskimi kosmetykami - warto się za nimi rozejrzeć, bo mają tam dużo interesujących składników (m. in. ałun). Tu niestety nie podam Wam żadnego konkretnego, bo to moja mama w nich kupuje i znosi do domu różne cuda ;) , a ja wciąż się wybieram i wybrać nie mogę :P (zanim skończę pracę i dojadę na miejsce, sklep będzie już zamknięty - mają tylko do 17 :( )
- Sklepy z półproduktami do wytwarzania biżuterii (stacjonarne lub w sieci np. Beads.pl) - w nich możecie kupić te urocze, szklane, zakorkowane buteleczki - bardzo dziewiętnastowieczne :) Trzeba tylko pamiętać, żeby wygotować je (i wyparzyć korek), zanim zabierzecie się za przelewanie do nich kosmetyków.
- Małe, osiedlowe sklepiki - tu można znaleźć prawdziwe skarby! W takim sklepiku w Czechach kupiłam kiedyś słoiki do przechowywania suszonych kwiatów / herbaty i in. oraz mój "porcelanowy" (tak na prawdę fajansowy) moździerz z tłuczkiem po wyjątkowo okazyjnej cenie. Kosztował tylko 27 Kč, czyli 4,10 zł. Za taki sam w Kolorówce dałabym 32, 90 zł! :O Także warto się rozglądać :)
Miłego mieszania!
* Te przepisy powoli stają się dla mnie zbyt łatwe, dlatego poszukam jakiejś dawnej książki dla ówczesnych farmaceutów. Tam pewnie będzie więcej zabawy przy mieszaniu :)
20 marca 2014
Ogród w zapachu zaklęty, ogród w butelce zamknięty
Bardzo dawno nie było już dziewiętnastowiecznych eksperymentów z kosmetykami! Jednak zima jakoś nie sprzyja tego typu zabawom - zdecydowanie najlepiej miesza się wiosną i latem! :D
Kto z Was ma już dość zimy? Kto chciałby przenieść się choć na chwilę do jasnego, ukwieconego, pachnącego ogrodu i pospacerować jego ścieżkami? W tej chwili wszystko jeszcze czeka na swój czas, kwiaty jeszcze leżą uśpione w ziemi... Dlaczego by więc nie zacząć nosić zaklętej w szklanej buteleczce miniatury tego ogrodu i nie przywoływać go do siebie zapachem choć kilka razy dziennie?
Przepis na perfumy jest (jak chyba wszystkie z The new Household receipt-book) łatwy i przyjemny w wykonaniu :) To, co interesowało mnie w nim najbardziej, to możliwość zabawy w Pachnidło :P i zaspokojenia ciekawości, czym to pachniało w dawnych buduarach. A czym?
Woda o słodkim zapachu - Wlej kwartę wody różanej i tę samą ilość wody z kwiatu pomarańczy do dużej szklanki o szerokich brzegach. Wsyp do środka dwie garści kwiatów jaśminu. Włóż szklankę do bemaru (chodzi tu chyba o łaźnię wodną) lub postaw na wolnym ogniu i po przedestylowaniu dodaj trochę piżma oraz tę samą ilość ambry.
Składniki:
- woda różana,
- woda z kwiatu pomarańczy,
- kwiaty jaśminu (tak, to te, które nazbierałam latem ;) ),
- piżmo i ambra - z nich musiałam zrezygnować, bo nie dało się ich nigdzie kupić :( W końcu, już po zrobieniu perfum udało mi się zdobyć roślinny substytut piżma, ale niestety jest to macerat, a jako, że olej nigdy nie połączy się z wodą, nie będę dolewać go do gotowych perfum...
- Do zlewki z miarką odlałam takie same ilości wody różanej i pomarańczowej,
- po czym dodałam kwiaty jaśminu
- i podgrzałam całość w łaźni wodnej.
- Gdy kwiaty zmiękły, a ich płatki zrobiły się przezroczyste, wyjęłam zlewkę z gorącej wody
- i zlałam płyn do buteleczki z atomizerem.
Voila!
![]() |
| W tle Huśtawka Fragonarda - właśnie z takim ogrodem kojarzy mi się zapach. Nie mogę się już doczekać, aż wszystko zakwitnie i będę mogła robić zdjęcia w plenerze! |
Perfumy pachną bardzo delikatnie i ich zapach nie jest trwały - mgiełka unosi się tylko przez chwilę, co sprawia, że byłyby świetnym odświeżaczem w upały. I tak z resztą mi się kojarzą: ze skwarnym latem, zapachem kwiatów w ogrodzie zroszonych jeszcze po porannym deszczu, rześkim i lekko zamglonym, zapowiadającym upalny dzień powietrzem. To bardzo delikatny, właśnie taki powietrzny zapach - tak lekki, że te z nas, które nie mają alergii na kwitnące krzewy (ja mam chlip, chlip) mogłyby używać go nawet jak toniku do twarzy! Po rozpyleniu perfum skóra jest miękka, a właściwości składników (woda różana - łagodzące i nawilżające, woda z kwiatu pomarańczy - regenerujące, odświeżające, poprawiające koloryt skóry, jaśmin - wzmacniające i odprężające) sprawiają, że wygląda i czuje się lepiej :)
Gdybym zdecydowała się pomieszać perfumy z moim oleistym piżmem i ambrą, której nie mam, zapach zyskałby pewnie głębię, a te bogate aromaty na pewno odpowiednio by go dociążyły i stałby się przez to o wiele bardziej odpowiedni do epoki i balowych strojów. W wersji light, zapach kojarzy mi się z radosną i młodą Elizabeth Bennet, mimo iż receptura jest dokładnie 40 lat starsza od Dumy i Uprzedzenia - pochodzi z 1853 roku.
A Wam, z jaka postacią kojarzą się tak lekkie zapachy? Chciałybyście wypróbować tę recepturę i nosić w torebce swój mały, prywatny ogród?
10 listopada 2013
Osiemnastowieczny sposób na mocne paznokcie
Dzisiaj miało być co prawda co innego, ale tak to już czasem bywa, że nie zawsze się da (o czym pisałam na facebooku), toteż, dla odmiany, zajmiemy się czymś lekkim i przyjemnym...
Z racji tego, że mam bardzo słabe paznokcie, które ciągle muszę czymś wzmacniać, postanowiłam wypróbować działanie osiemnastowiecznego kosmetyku i zobaczyć, czy jest bardziej skuteczny od współczesnych odżywek i olejków. Przepis pochodzi z książki The Toilet of Flora z 1779 roku i, podobnie, jak poprzednie receptury, wygląda na łatwy w przygotowaniu:
Mazidło pobudzające wzrost i regenerację paznokci
"Weź dwie drachmy aurypigmentu, drachmę Manny, tę samą ilość aloesu i kadzidła oraz sześć drachm białego wosku. Z podanych składników stwórz mazidło, a następnie nakładaj je jako ochronę na końce palców"
(thumbstall - wie ktoś, jak to sensownie przetłumaczyć? )
Przepis wydaje się nie najgorszy, choć niektóre składniki mogą być trudne do zdobycia:
- Kosmetycznego zastosowania aurypigmentu nie znalazłam, ale sam fakt, że składnikiem tego minerału jest Arsen (ten od arszeniku ;) ) sprawił, że zrezygnowałam z poszukiwań.
- Czym jest Manna, niestety nie udało mi się dowiedzieć, ale wnioskując z reszty składników, musi być to coś oleistego (inaczej nie powstałoby mazidło). Dlatego Mannę zastąpiłam uniwersalną oliwą z oliwek.
- Aloes (w formie ekstraktu) i wosk są łatwo dostępne :)
- Kadzidła szukałam długo, w akcie desperacji chciałam nawet iść do proboszcza :D i zapytać, skąd zamawia kadzidło do kościoła :P Na szczęście to nie było konieczne, bo znalazłam sklep internetowy, mający je w ofercie.
A zatem znów będzie to bardziej adaptacja, niż rekonstrukcja przepisu. Dzięki temu odżywka będzie wykonalna dla większości z Was (i dla mnie też) :)
Jak ją zrobiłam?
- Przygotowałam niezbędne składniki.
- W torebce do zaparzania herbaty (możecie też użyć filtra do ekspresu do kawy) schowałam ekstrakt z aloesu i kadzidło, a następnie...
- ... próbowałam rozdrobnić je na proszek za pomocą różnych śmiercionośnych narzędzi :D
- Kadzidlany proszek wymieszałam z oliwą i podgrzałam w kąpieli wodnej.
- Na koniec do gorącej mieszaniny dolałam rozgrzany, płynny wosk i mocno, dokładnie zamieszałam całość.
Co myślę o przepisie?
Jest łatwy w wykonaniu, choć kadzidło nie do końca dało się rozdrobnić na proszek i wymieszać z resztą składników. Podczas prób połączenia całości, kadzidło oblepiało bagietkę, tworzyło grudki... A po zastygnięciu te nierozpuszczone drobinki znalazły się na dnie :/ To, oraz dostępność składników to zdecydowanie wady receptury, a jak sprawa ma się z działaniem?
Ilość, którą wykonałam wystarczyła mi na kilka tygodni używania. Mazidło stosowałam na noc (ze względu na sposób nakładania - tłustymi palcami nie da się nic robić!), wcierając je w każdy paznokieć z osobna i w otaczające go skórki. Przez czas stosowania jakieś tam efekty były... Paznokcie zostały dobrze nawilżone (oliwa i aloes), stały się nieco mocniejsze, choć nie było to spektakularne wzmocnienie oraz faktycznie rosły trochę szybciej, niż zazwyczaj (na tym to mi akurat jakoś szczególnie nie zależało). Jeśli zaś chodzi o zapach, to mocno wyczuwałam kadzidło, czasem czułam się wręcz jak w kościele, albo raczej cerkwi, bo to taki cerkiewny zapach...
Jeśli któraś z Was ma słabe paznokcie, a chciałaby spróbować wzmocnić je czymś naturalnym, to polecam tę odżywkę. Działa dobrze, jest łatwa w wykonaniu, a poza tym... używając jej możemy mieć satysfakcję ze stosowania czegoś osiemnastowiecznego :)
12 października 2013
Osiemnastowieczny róż - wersja uwspółcześniona
Pamiętacie różowy post z sierpnia? Zrobiłam róż według przepisu z 1754
roku, ale nie przypuszczałam, że goździki mogą barwić i to namieszało mi
w kolorze :D
Dzisiaj próba nr 2, na bardziej współczesnych składnikach.
Dla przypomnienia, przepis:
Olejek barwiący policzki na czerwono
"Weź pięć funtów słodkich migdałów, uncję sproszkowanego sandałowca, uncję goździków; ubij je razem w moździerzu, dolej cztery uncje białego wina i trzy uncje wody różanej. Potrząsaj pojemnikiem przez osiem dni. Wyciśnij olej w ten sam sposób, w jaki uzyskuje się olejek ze słodkich migdałów"
Tym razem maksymalnie uprościłam całość, korzystając ze współczesnych składników.
Użyłam:
- oleju ze słodkich migdałów,
- różowego pigmentu,
- toniku do twarzy na bazie alkoholu (może być też jakikolwiek inny alkohol) - zamiast wina,
- wody różanej.
Mierzyłam wszystko na oko, bo proporcje oryginalnego przepisu i tak już zostały zachwiane. Ważne, aby alkoholu i wody różanej nie było za dużo.
- Przelałam wodę różaną i tonik do większego naczynia,
- dodałam oleju migdałowego (widzicie, jakie ładne warstwy? :) ),
- a następnie dosypałam pigmentu.
- Całość, przypominającą koktajl truskawkowy, zamieszałam i przelałam do buteleczki z korkiem.
Zgodnie z przepisem, róż powinien trochę postać, żeby się zagęścić, choć ten mój od sierpnia zgęstniał tylko trochę :)
Jak wyszedł róż?
Powyżej macie efekty na nadgarstku :) Róż ładnie wchłania się w skórę, zostawiając na niej (nareszcie!) różowy kolor. Ponieważ niełatwo dostać całkiem matowy pigment, mój róż lśni w słońcu księżycowym blaskiem. Efekt jest bardzo osiemnastowieczny, ponieważ ówcześni lubili świecącą się cerę :)
Wypróbujecie go?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































